sobota, 30 maja 2020

Ścieżki Północy, Richard Flanagan

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Maciej Świerkocki

OPIS: Australijska Wojna i pokój. Nagroda Bookera 2014
Osadzony w japońskim obozie, którego jeńcy są wykorzystywani do pracy przy budowie Kolei Śmierci w Birmie, chirurg Dorrigo Evans nie może przestać myśleć o romansie z żoną swego wuja sprzed dwóch lat. Bliski rozpaczy codziennie musi walczyć o ocalenie podlegających mu żołnierzy przed głodem, cholerą, torturami... Pewnego dnia otrzymuje list, który zmieni jego życie na zawsze.
Jest to opowieść o wielu rodzajach miłości i śmierci, o wojnie i prawdzie, do której dochodzi się z wiekiem, o sukcesie, który osiąga się po to tylko, by uświadomić sobie, co się straciło.

RECENZJA: Książka Flanagana jak dla mnie okazała się wielkim rozczarowaniem. Jest nudna jak flaki z olejem, brak jej zupełnie tego haka, który zaczepia i wciąga mnie w opowieść. Historia życia Dorrigo Evansa jest po prostu nieciekawa, z wyjątkiem fragmentów w japońskim obozie pracy. Cała reszta książki jest pretensjonalna a język napuszony i upstrzony trudnymi do strawienia metaforami. Niestety, zupełnie nietrafiona lektura. Dwie gwiazdki ode mnie. 

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

piątek, 22 maja 2020

Żywica, Ane Riel

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz

OPIS: Co się dzieje, jeśli kochasz kogoś tak bardzo, że chcesz go zatrzymać przy sobie za wszelką cenę, w bezpiecznym miejscu?
Rodzina Haarder mieszka na odosobnionej, porośniętej świerkami małej wysepce i z rzadka kontaktuje się z obcymi. Mieszkańcy sąsiedniej wyspy uważają ich za dziwnych, ale nie wtrącają się w ich życie. Gdy ojciec zgłasza śmierć 9-letniej córki, szanują ich żałobę i coraz mniej się interesują tym, co się dzieje w odosobnionym domostwie.
"Żywica" to wstrząsająca i zarazem wzruszająca kronika stopniowego upadku i szaleństwa, do którego może doprowadzić ludzi lęk przez kolejną utratą i traumą.

RECENZJA: O matko i córko, co ja przed chwila przeczytałam!! I od czego mam teraz zacząć ta recenzje?
Może od tego, że to jest doskonała opowieść. Tragiczna, zatrważająca a jednocześnie piękna. Naprawdę! To się wydaje niemożliwe, ale tak właśnie jest. Opisy natury widzianej oczami bohaterów są zachwycające, ich miłość do otaczającego świata chwyta za serce. I to piękno przyrody jest drastycznie zestawione z szaleństwem jakim jest ich życie rodzinne.

Książka po prostu powala, zakończenie zwłaszcza. Czytajcie to, bo warto!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa



poniedziałek, 18 maja 2020

Droga do domu, Yaa Gyasi

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Michał Ronikier

OPIS: XVIII wiek, Ghana, zachodnie wybrzeże Afryki. Dwie przyrodnie siostry mieszkają w odległych wioskach, nigdy się nie spotkały, nie wiedzą nawet o swoim istnieniu. Pierwsza z nich, Effia, poślubia angielskiego kolonizatora, dowódcę twierdzy Cape Coast Castle, i żyje u boku kochającego męża. Druga, Esi, trafia do twierdzy w dramatycznych okolicznościach. Uprowadzona, wrzucona do lochu, zostaje następnie wysłana za ocean i sprzedana jako niewolnica. 
Yaa Gyasi, nowa gwiazda literatury amerykańskiej, z ogromnym wyczuciem i talentem opowiada dalsze losy bohaterek i ich potomków. Efektem jest niezwykła powieść, rozciągnięta w czasie na niemal 300 lat. Upokarzające wydarzenia niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, europejska kolonizacja Afryki, walka czarnych Afroamerykanów o równouprawnienie, marzenie o awansie społecznym, rodzinne tragedie, zawiść, zazdrość, chwile szczęścia i w końcu miłość. "Droga do domu" to wciągająca saga i prawdziwa eksplozja emocji. Powieść bardzo amerykańska, a jednocześnie pełna afrykańskiej magii.

"Droga do domu" to debiut literacki Yaa Gyasi. Na pomysł napisania książki wpadła, gdy szukała swych korzeni w Afryce. Podczas podróży po Ghanie odwiedziła Cape Coast Castle i jak później wyznała, od razu wiedziała, że to złowrogie miejsce stanie się centrum jej opowieści. Książka wzbudziła prawdziwą sensację na Targach Książki w Londynie – prawa do wydania na podstawie samego zarysu powieści zakupiło kilkanaście krajów.
"»Droga do domu« Yaa Gyasi zapowiada się wspaniale. XVIII-wieczna Ghana, dwie przyrodnie siostry, dwie odmienne ścieżki życia."
Jessie Burton, autorka "Miniaturzystki"

Yaa Gyasi, amerykańska autorka o afrykańskich korzeniach, zabiera nas w egzotyczną i emocjonującą podróż przez pokolenia, od xviII-wiecznej Ghany po Nowy Jork w xxi wieku. Na tle tragicznej historii niewolnictwa i rasizmu spotykamy bohaterów nietuzinkowych i wielowymiarowych, którzy od razu zapadają w pamięć. Dzięki nim między innymi udaje się Gyasi sztuka najtrudniejsza: utrzymuje czytelnika w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

RECENZJA: To książka, którą powinien przeczytać absolutnie każdy. Ta wielopokoleniowa saga opowiada historie zarówno pojedynczych bohaterów, poszczególnych pokoleń, a także pokazuje jaki los spotkał całą klasę ludzi uznanych za podgatunek.   

Książka obnaża dokładnie to czego my jako biali Europejczycy w ogromnej mierze kompletnie nie rozumiemy – jak łatwo można zostać całkowicie i kompletnie oderwanym nie tylko od własnego kraju, ale przede wszystkim od własnej kultury, tradycji i historii. Jak w ciągu jednego pokolenia można wymazać cale dziedzictwo i pamięć kulturowa grupy ludzi, wyrugować to z nich, wypalić i pozostawić ze zgliszczami, na których spróbują odbudować się na nowo, już bez krajów swoich przodków. Porównajmy to z naszymi Europejskimi korzeniami, gdzie niejednokrotnie we swoich rodzinach możemy dokładnie odtworzyć drzewa genealogiczne do sześciu czy siedmiu pokoleń wstecz, niekiedy nawet więcej. Dzieciom afrykańskich niewolników zostało to całkowicie odebrane, ich przeszłość i pochodzenie przekreślone.   

Jest to książka, która rozprawia się z mitem emancypacji niewolników jako wielkiego wybawienia, po którym wyzwoleni Afrykańczycy mogę żyć w spokoju i dostatku, gdzie i jak chcą. Wyzwolenie w praktyce oznaczało zupełnie co innego: z dnia na dzień wyrzucenie z plantacji bez pracy, bez grosza przy duszy, bez ziemi i bez perspektyw. Uprzedzenia i nienawiść wciąż wszechobecne po zakończeniu wojny secesyjnej, jak również piętrzące się okrutne przepisy prawa skierowane specjalnie przeciwko nim, czyniły życie byłych niewolników dramatycznym.  Ta sytuacja nie zmieniła się wiele nawet 100 lat później a i dziś pozostawia wiele do życzenia.

Droga do domu to przejmująca i gorzka opowieść, ale jednak z krzepiącym zakończeniem. Nie jest to łatwa lektura, jest w niej okrucieństwo (ale bez zbędnych, drastycznych opisów), cierpienie, gniew i bezsilność. Ale jest też siła i determinacja, miłość i poświecenie, walka i nadzieja.  Ta książka na pewno boli, ale przede wszystkim uczy. I przypomina o tych zapomnianych.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa


niedziela, 17 maja 2020

Latarnia umarłych (Sedinum #2), Leszek Herman

MOJA OCENA: 

OPIS: Akcja "Latarni umarłych" rozgrywa się w rok po wydarzeniach opisanych w "Sedinum – wiadomość z podziemi". Troje młodych ludzi – Paulina, Igor i Johann – zostaje ponownie wplątanych w sensacyjne śledztwo, tym razem dotyczące pewnego morderstwa.

Dawno, dawno temu, w pewnym małym miasteczku nad samym morzem, w starym średniowiecznym zamczysku rodzi się chłopiec, który niedługo potem zostaje królem całej Skandynawii, a w ówczesnej Europie jest nazywany Cesarzem Północy.

Mijają wieki. Rok 1941. Mroźną listopadową porą, w samo południe, nieopodal miasta dochodzi do potężnej eksplozji, która kładzie pokotem wszystkie drzewa i wybija szyby w oknach w całej okolicy. Fala uderzeniowa odczuwalna jest w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a w pewnej starej kaplicy zapada się posadzka.

Blisko osiemdziesiąt lat później pewnego wiosennego dnia do redakcji popularnego, szczecińskiego dziennika przychodzi wiadomość od pewnego staruszka. W jego kolejnych listach nieprawdopodobne wspomnienia i sensacyjne szczegóły przeplatają się z urojeniami z czasów wojennych. Zajmująca się tym tematem dziennikarka Paulina Weber zaczyna wątpić w zdrowie psychiczne nadawcy. Gdy w ostatnim liście zdradza on, że od wielu lat ukrywa zakopane w piwnicy zwłoki, jest już tego pewna…  


Pozostawione przez niego stare dokumenty z wolna zaczynają jednak odsłaniać mroczne wydarzenia, które za czasów drugiej wojny światowej rozegrały się w sennej, nadmorskiej scenerii...


RECENZJA: Kolejna pierwszorzędna powieść od autora “Sedinum”! “Latarnia umarłych” to druga książka Leszka Hermana która przeczytałam i oczywiście od razu wpadłam w nia po uszy! Od dziś możecie mnie zaliczać do grona wiernych fanek autora.


Książka jest przede wszystkim świetnie napisana, znów pełna ciekawych historii Pomorza, przy czym absolutnie nie zanudza. W tej części zdecydowanie mniej jest opisów architektury, a te które znalazły się w tekście nie są rozwlekle i nie odwracają uwagi od głównej fabuły.

Bardzo lubię u Leszka Hermana te krótkie opowiastki z przeszłości Pomorza, zagubione w czasie i pewnie zapomniane przez większość ludzi, tak pięknie przywrócone przez niego do życia. Ma on wspaniały talent do budowania niezwykłych historii z legend i mitów, wyszperanych gdzieś miejscowych przekazów i do tworzenia z nich fenomenalnych przygód, które wciągają jak najlepsze thrillery.

W “Latarni umarłych” zdarzyło mi się co prawda parę razy odgadnąć co łączy zagadkowe watki powieści zanim wpadli na to jej bohaterowie. Zazwyczaj bardzo mi to przeszkadza podczas lektury, bo nie lubię, kiedy bohaterowie okazują się mniej bystrzy od czytelnika. Pachnie mi to od razu manipulacją i próbą przedłużenia na siłę powieści. Ciekawe jednak, że w “Latarni umarłych” nie drażniło mnie to aż tak bardzo. Zastanawiałam się, dlaczego i chyba po prostu dlatego, że historia z tej książki jest naprawdę świetna i wciągająca, i bezsprzecznie przewyższa swoja jakością jakiekolwiek niewielkie niedoskonałości tekstu.

W poprzedniej części, “Sedinum”, której recenzje możecie przeczytać TUTAJ, bardzo pod skórę zalazła mi jednak bohaterka, Paulina Weber. Przyznam się bez bicia, że biorąc do ręki “Latarnię umarłych” miałam cichą nadzieję, że Pauliny w niej nie będzie. Paulina w książce oczywiście występuje, i tym razem to głownie z jej perspektywy śledzimy rozwój wydarzeń. Na szczęście wykazuje się ona nieco większym sprytem niż w poprzedniej częsci trylogii i nawet udaje jej się powiązać prawidłowo wątek czy dwa. Wciąż daleko jej do bystrej dziennikarki, ale niewielką poprawę dało się wyczuć. Niestety, równocześnie poznajemy tutaj Paulinę nieco bliżej jako osobę i musze wam powiedzieć, że ja jej po prostu nie lubię. Wydaje mi się ograniczona umyslowo, bez polotu i sprawia na mnie wrażenie płytkiej i zmanierowanej. Mam szczerą nadzieję, że Igor się z nią jednak nie zwiąże, bo chłopak zasługuje na bardziej rozgarnięta (i ogarnięta) towarzyszkę życia. 

Są to oczywiscie moje wlasne, osobiste uprzedzenia i tak naprawde nie moge zaliczyc jednej irytujacej bohaterki do mankamentow tej powiesci. 

Zdecydowanie najlepszą jednak częścią „Latarni umarłych” jest jej finał. Kierunek, w którym poszedł Leszek Herman jest fenomenalny, realistyczny i wprowadził mnie w naprawdę dobry nastrój. Nietrudno sobie wyobrazić jak fajnie by było, gdyby rzeczywiście takie wydarzenie miało miejsce. Piec gwiazdek należy się autorowi za sam pomysł na to zakończenie.

“Latarnia umarłych” to powieść w stu procentach warta przeczytania, a gdy już po nią sięgniecie, nie będziecie mogli się od niej oderwać. Polecam Wam ją gorąco i obiecuję, że nie będziecie nią zawiedzeni.
Pięć gwiazdek!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa


sobota, 1 lutego 2020

Siedmiu mężów Evelyn Hugo, Taylor Jenkins Reid

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Agnieszka Kalus

OPIS: Powieść, którą pokochały setki tysięcy Amerykanek! 


To spotkanie zmieni życie Monique. Młoda dziennikarka dostaje propozycję przeprowadzenia wywiadu z Evelyn Hugo – aktorką, która ma za sobą imponującą karierę w Hollywood. Warunek jest jeden: ta rozmowa nie może zostać opublikowana przed śmiercią artystki. Evelyn opowiada o tym, jak wyrwała się z biedy i trafiła do wymarzonego świata kina. Sława, pieniądze, skandale i blask reflektorów… W Hollywood nikt nie jest bez grzechu. Dlaczego Evelyn ma za sobą aż siedem małżeństw? Kogo kochała naprawdę? Jej życie kryje tajemnice, które nigdy nie powinny trafić na pierwsze strony gazet. 
Lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów Marilyn Monroe i Audrey Hepburn! Gdyby Evelyn Hugo istniała naprawdę, byłaby ich najlepszą przyjaciółką albo… największą konkurentką. 

RECENZJA: Bardzo długo broniłam się przed przeczytaniem tej książki. Wydawało mi się, że nie jest w moim typie i że historia gwiazdy kina z minionych lat będzie mnie niemiłosiernie nudzić. No bo co może być takiego ciekawego w posiadaniu siedmiu mężów, bogactwie i błyskotliwej kariery aktorskiej? Wydawało mi się, że to historia nie dla mnie.   

Nie miałam pojęcia jak bardzo się myliłam osądzając tą książkę przed przeczytaniem, bo historia Evelyn Hugo nie jest taką, na jaką z początku wygląda. Nie jest to historia o rozpieszczonej gwieździe Hollywood, która rzuca pieniędzmi na prawo i lewo, facetów zmienia częściej niż rękawiczki i na wszystko narzeka, bo jest znudzona życiem.  Taylor Jenkins Reid stworzyła skomplikowaną boha terkę, która jest kimś dużo więcej niż tylko gwiazdą filmowa. Jest kobietą z krwi i kości, której historia jest zagmatwana i często kontrowersyjna a której, pomimo wszystkich jej wad i błędów, nie da się nie lubić i nie podziwiać.  

Evelyn skrywa mnóstwo sekretów choć wiedzie życie na świeczniku, w blasku fleszy, obserwowana przez wszystkich w dzień i w nocy. Jest niezwykle bystra i przebiegła, zdolna do manipulacji, kłamstw i intryg. Potrafi być bezwzględna, żeby zdobyć to, czego potrzebuje i wystarczająco wyrachowana, żeby wykorzystać ludzi i sytuacje, by posunąć swoja karierę do przodu.  Jest niedoskonała, pełna wad i sprzeczności i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Z drugiej strony jest lojalną przyjaciółką, zdolną do najwyższych poświeceń dla ludzi, których kocha bez względu na konsekwencje. Jest silną i niezależną kobietą, która postanowiła wziąć swoje życie i karierę we własne ręce, zapłaciła za to wysoką cenę a jednak Evelyn Hugo za nic nie przeprasza, niczego nie żałuje, niczego nie chce zmieniać. Gdyby miała przeżyć to życie jeszcze raz, podjęłaby te same decyzje, dokonała tych samych wyborów. I tu, wydaje mi się, kryje się prawdziwy sekret mojej sympatii do bohaterki: ona dokładnie wie kim jest i akceptuje samą siebie ze wszystkimi swoimi zaletami, wadami, błędami i sukcesami. Po prostu jest tym, kim jest i za to nie przeprasza. Podoba mi się to u niej i nieco jej tego zazdroszczę.   

Cztery gwiazdki ode mnie dla Evelyn Hugo. 

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

czwartek, 12 września 2019

Dom z dwiema wieżami, Maciej Zaremba Bielawski

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Mariusz Kalinowski

OPIS: Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki 2019 dla Macieja Zaremby Bielawskiego oraz dla Mariusza Kalinowskiego, autora przekładu.

Jako dziecko Maciej był dumny z rodowego herbu i przodka, który zwyciężył pod Grunwaldem. Kiedy miał siedemnaście lat, usłyszał od matki: „Wyjeżdżamy. Jestem Żydówką”. Był grudzień 1968 roku, a on poznał właśnie pierwszą z wielu tajemnic swojej rodziny.

Dom z dwiema wieżami to fascynująca próba rekonstrukcji rodzinnej historii, która dotąd pełna była przemilczeń. To rzecz o rodzicach – ojcu, reformatorze polskiej psychiatrii, piłsudczyku, jeńcu oflagu, matce – oddanej pracy lekarce pochodzącej z zasymilowanej rodziny żydowskiej. O dziadkach, o pewnym upadłym dworku, kolei transsyberyjskiej i uliczkach przedwojennych Krzeszowic i Tarnowa. A także o getcie ławkowym i o tym, że niedługo przed drugą wojną światową polscy studenci medycyny nie dopuszczali do pracy w prosektorium żydowskich kolegów, bo polskie zwłoki miały być tylko dla Polaków.

W opowieści Macieja Zaremby Bielawskiego historia, nawet ta znana, nie jest wcale oczywista i odsłania gorzkie paradoksy. Autor opisuje splot żydowskich i szlacheckich losów, przygląda się różnym obliczom etosu rycerskiego, zastanawia się nad źródłami polskiej ideologii narodowej i antysemityzmu. Jego wielostronna – szlachecka i żydowska, polska i szwedzka – perspektywa sprawia, że jest to refleksja świeża, wnikliwa, a zarazem pełna zaangażowania.

Niewiele jest książek, które w tak poruszający sposób obejmują cały ogrom ludzkiego doświadczenia – od pierwszych erotycznych inicjacji, poprzez młodzieńcze transgresje, decydujące życiowe decyzje, po mierzenie się z rodzinnymi traumami, lękiem i wypartą historią. W brawurowo napisanym Domu z dwiema wieżami mieści się wszystko: powaga i groza, humor i autoironia, powściągliwość i liryzm. I ocalająca moc literatury.

RECENZJAAch, co to jest za książka! Nieodkładalna, przejmująca, obowiązkowa. Bardzo smutna i niezwykle mądra opowieść o dwójce ludzi, którzy przeżyli dramat II wojny światowej i wynieśli z niego dwa zupełnie różne doświadczenia. Pięć gwiazdek.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

Małe kobietki, Louisa May Alcott

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Anna Bańkowska

OPIS: Ameryka, lata sześćdziesiąte XIX wieku. W domostwie zwanym Orchard House od pokoleń mieszka rodzina Marchów. Pod nieobecność ojca walczącego w wojnie secesyjnej, opiekę nad czterema córkami sprawuje samodzielnie ich matka, Marmee.

Córki pani March – stateczna Meg, żywa jak iskra Jo, nieśmiała, uzdolniona muzycznie Beth i nieco przemądrzała Amy – starają się, jak mogą, by urozmaicić swoje naznaczone ciągłym brakiem pieniędzy życie, chociaż boleśnie odczuwają nieobecność ojca. Bez względu na to, czy układają plan zabawy czy zawiązują tajne stowarzyszenie, dosłownie wszystkich zarażają swoim entuzjazmem. Poddaje mu się nawet Laurie, samotny chłopiec z sąsiedniego domu, oraz jego tajemniczy, bogaty dziadek.

RECENZJANie lubię takich książek. Moralizatorskich na siłę, aż do granic absurdu.

Panny (i pani) March, są strasznie irytujące i świętoszkowate i skupiają się na dokładnie nie tych problemach w życiu na których powinny. Ich uchybienia i słabości są tak naprawę żadne, zwłaszcza z perspektywy dzisiejszych czasów. No bo naprawę wytłumaczcie mi co to za grzech, że dorastająca nastolatka chce się wystroić na przyjęcie? To jest to wielkie przewinienie, za które solidnie obrywa po nosie i to w dodatku od rozpieszczonego i humorzastego, bogatego do obrzydzenia chłopaczka, ubranego w najnowszej mody fraczek? Please.

Albo fakt, że pracujące córki narzekają na swoje zajęcia, które naprawdę to świetnych nie należą. Ja bym też narzekała gdybym jako dziecko codziennie musiała zabawia rozkapryszoną i gderliwą matronę, która na każdym kroku pokazuje mi, że mnie nie lubi albo edukować cudzą dzieciarnię, niezainteresowaną nauką (w tym miejscu składam głęboki ukłon wszystkim nauczycielom).

A z Mamisią to już zwłaszcza mam na pieńku. Są takie momenty w książce, kiedy mam ochotę złapać ją za ramiona, zdrowo nią potrząsnąć i powiedzieć: “Opanuj się kobieto i zejdź na ziemie z tych swoich obłoków!! Masz naprawdę większe problemy niż córki strojące się na przyjęcie!! Na przykład takie, że trzy twoje najstarsze córki pracują zamiast chodzić do szkoły. To jest prawdziwy problem w twojej rodzinie a nie narzekające na prace dzieci! Kolejnym problemem jest fakt, że jak to sama mówisz, wysłałaś swojego męża na wojnę, żeby służył krajowi, kiedy twoje dzieciaki nie maja co do ust włożyć. Czy tak się zachowuje odpowiedzialna matka Trzeba było mężowi powiedzieć, żeby brał tyłek w troki i maszerował do roboty zarabiać na rodzinę a nie po froncie się szlajać. To w końcu jego, a nie twoich córek, święty obowiązek zapewnić byt rodzinie!”

No widzicie sami, że ta książka to nie dla mnie. Krew mnie zalewa jak takie rzeczy czytam. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że “Małe kobietki” zostały napisane w połowie dziewiętnastego wieku, w zupełnie innej rzeczywistości. To właśnie dzięki temu tak dobrze pokazują to, co z ówczesnym społeczeństwie było prawdziwym problemem tysięcy kobiet i dziewczynek. I myślę ze dobrze jest to jednak czytać, ku przestrodze przyszłym pokoleniom i jako przypomnienie, dlaczego feministki są nam tak bardzo potrzebne. Dwie gwiazdki. 

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa