niedziela, 30 września 2018

Ameryka w ogniu, Omar El Akkad

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

MOJA OCENA: 

OPIS: Debiutancka powieść egipskiego dziennikarza Omara El Akkada, porównywana z takimi pozycjami, jak Droga Cormaca McCarthy’ego i Spisek przeciwko Ameryce Philipa Rotha.

W 2074 roku w Stanach Zjednoczonych wybucha druga wojna secesyjna. Na jej tle przedstawiono dzieje rodziny z Luizjany, opowiedziane z perspektywy sześciolatki Sarat. Niewinna dziewczynka szybko oswaja się z grozą wojny, stając się narzędziem w rękach jednej ze stron sporu. Niezwykła kronika ludzkich losów i działań wojennych w futurystycznej przyszłości największego światowego mocarstwa.

RECENZJA: Poddaje się, nie mogę. Amerykę w ogniu doczytałam do połowy i już dalej nie dam rady. Nie tego się spodziewałam. 

Fabuła powieści pełna jest dziur, niewyjaśnionych momentów, niedopowiedzianych przeżyć i pominiętych fragmentów ewolucji głównej bohaterki, co powoduje, że jest niespójna i porwana na strzępy.

Po pierwsze, książkę czyta się jak suche fakty historyczne. Brakuje momentów, w których opisywane zdarzenia miałyby bezpośrednie odzwierciedlenie w życiu bohaterów tej historii. Nie ma opowieści ofiar straszliwej zarazy, która spustoszyła kontynent. Nie ma komu współczuć, czym się przerazić, nad czym zadumać. Nie ma przeżyć Sarat po stracie najbliższych: złości, rozpaczy, niedowierzania, agresji.  Nie ma logicznego ciągu w jej rozwoju psychicznym, w jej emocjonalnym dojrzewaniu do decyzji, które podejmuje po wyprowadzce z obozu. Na pewno w zamyśle autora jest ona postacią tragiczną, ale dla mnie jest przede wszystkim strasznie nudna. Trudno mi wykrzesać dla niej choć odrobine współczucia czy sympatii, a z drugiej strony jest zbyt jałowa bym mogła jej szczerze nie lubić. 

Po drugie, brakuje ogromnego fragmentu, który wyjaśniałby w jaki sposób Ameryka z 2018 roku, stała się Ameryką z 2074? Jak to się stało, że w ogóle doszło do wojny?  Jakie monumentalne zmiany zaszły w społeczeństwie w ciągu tych 50 lat, że wojna stała się jedynym rozwiązaniem? Konflikt Południa z Północą i resztą świata o paliwa kopalne wydaje mi się beznadziejnie naciąganym pomysłem. Naprawdę mam uwierzyć, że ludzie żyjący w południowych stanach Ameryki są tak nienawistni, zaślepieni i przepełnieni chęcią zemsty na Północy (za pierwsza wojnę secesyjna???), że jedynym rozwiązaniem w ich oczach jest wojna totalna? Nawet wtedy, gdy jej motyw okaże się kompletnie przegrany, beznadziejny i bezsensowny? Nie wierzę w to, nie kupuję tego. Czegoś tutaj brak, coś tutaj nie gra.  Szczególnie, że nie ma w historii jednoznacznego czarnego charakteru, w interesie którego byłoby wzniecenie takiego krwawego konfliktu i który miałby środki i narzędzia by taką akcję przeprowadzić. Nie ma tutaj żadnego dyktatora, populisty, polityka czy bandziora rządnego władzy, który miałby na tym coś do ugrania. Autor zdaje się sugerować, że taki konflikt byłby na rękę nowo powstałym mocarstwom Bliskiego Wschodu i Chin, ale jest to tak mglisty i nieostry obraz, że pozostaje bez znaczenia dla opowieści. 

Po trzecie, w jaki sposób w przeciągu pięćdziesięciu lat udało się rozwiązać wszystkie problemy nękające Bliski Wschód i północną Afrykę i zdołano utworzyć z tego regionu jedno mocarstwo? Nie ma o tym ani słowa. 

"Ameryka w ogniu" to nie jest zła książka, tylko niedopracowana. Za dużo w niej niewiadomych i niewyjaśnionych fragmentów, które negatywnie odbijają się na opisanej historii. Poczatek jest ciekawy, ale bardzo szybko zaczyna przynudzać.  Odstawiam ją na półkę. Dwie gwiazdki.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa




piątek, 28 września 2018

Amelka Kieł i Bal Barbarzyńców (Amelka Kieł #1), Laura Ellen Anderson

Tłumaczenie: Maria Jaszczurowska   

MOJA OCENA: 

OPIS: Zapraszamy do świata Nokturnii, w którym rządzi ciemność, blask jest przerażający, a jednorożce są bohaterami koszmarów.
Poznajcie Amelkę Kieł, małą uroczą wampirkę, która zdecydowanie wolałaby bawić się ze swoją Dyńką, niż tańczyć na Balu Barbarzyńców. Jednak gdy rozpieszczony syn króla porywa jej pieszczocha, dziewczynka musi opracować śmiały plan ratunkowy.
Gotycka, trochę straszna i okropnie śmieszna seria o przygodach okrutnie słodkiej Amelki.
Nawet wampir chce mieć prawdziwego przyjaciela!
Dołącz do Amelki podczas jej pierwszej przygody. Bez obaw, ona nie gryzie!

RECENZJA: “Amelka Kieł i Bal Barbarzyńców” to ciepła i zabawna opowieść , w sam raz na nadchodzące święto Halloween. 
Tytułowa bohaterka, Amelka, to wesoła i rezolutna wampirka, która uwielbia bawić się ze swoim pupilkiem Dyńką oraz dwójka najlepszych przyjaciół: młodym kostuchem Grimaldim, zajmującym się śmierciami żab oraz Florence, należącą do rzadkiego gatunku yeti. Kiedy w życiu naszej trójki pojawiają się kłopoty, wszyscy mężnie stawiają im czoło i walczą o to co słuszne przy okazji okrywając, że nie wszystko w co wierzyli się do tej pory jest prawdą.
 
Historia jest naprawdę bardzo fajna i obraca się w ogromnej części wokół pojęcia przyjaźni, akceptacji oraz więzów rodzinnych. Mojej sześcioletniej córce niezwykle podobały się wszelkie dziwaczności, które w świecie Nokturnii uchodzą za normalne. Zaśmiewała się z kulinarnych obrzydliwości takich jak dżem spod paznokci u nóg, mieszanka różnorodnych strupów, gnijące ptysie nadziewane ropą czy sok z gałek ocznych.  Nadziwić się nie mogła, że duchy, kościotrupy, gadające mumie czy żywe dynie są w Królestwie Ciemności zwyczajnym widokiem, za to jednorożce, wróżki czy brokat sieja wśród jego mieszkańców strach i przerażenie.  Na koniec stwierdziła, że Amelka jest fajna, bo jest odważna. I ja się z nią w stu procentach zgadzam. Mnie dodatkowo bardzo podobały się ilustracje, które można znaleźć na niemal każdej stronie tekstu, co na pewno przypadnie do gustu wszystkim czytelnikom, tym małym i tym dużym.

“Amelka Kieł i Bal Barbarzyńców” to książka w sam raz dla dzieci, które właśnie zaczynają przygodę z samodzielnym czytaniem lub dla dojrzalszych sześciolatków, którym może poczytać mama lub tata. 

Obie z Helenką, gorąco ją polecamy!


*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa



sobota, 22 września 2018

Wayward Pines, Blake Crouch

Tłumaczenie: Paweł Lipszyc

MOJA OCENA: 

OPIS: Agent specjalny Ethan Burke przybywa do Wayward Pines w stanie Idaho w poszukiwaniu dwóch zaginionych funkcjonariuszy. Tuż po tym, jak przekracza granice miasta, rozpędzona ciężarówka taranuje jego auto. Burke traci pamięć. Nie wie, kim jest i gdzie się znajduje. Szybko jednak zauważa, że w miasteczku dzieją się dziwne rzeczy, a kontakt ze światem zewnętrznym jest niemożliwy. Ethan ma nowy cel: przetrwać.



RECENZJA: Książkę czytałam w oryginale.

Wpadłam w tą historię po uszy, pomimo że książka nie jest wybitnie dobrze napisana a główny bohater to w dużej mierze po prostu palant. Fabuła książki jest jednak znakomicie skonstruowana a sytuacja w jakiej znalazł się Ethan - autentycznie przerażająca. Nie mogłam przestać zamartwiać się czy uda mu się wydostać z miasteczka i dowiedzieć co się tutaj dzieje. A to, co się dzieje jest fenomenalne. Przerażające, szokujące i zachwycające. Pomysł na Wayward Pines jest niebanalny i ekscytujący a akcja nie przynudza. Myślę, że z ciekawością obejżę teraz serial - Matt Dillon idealnie pasuje mi do roli agenta Burke.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

wtorek, 18 września 2018

Zgadnij kto, Chris McGeorge

MOJA OCENA

OPIS: W wieku jedenastu lat Morgan Sheppard rozwiązuje zagadkę niespodziewanej śmierci swojego nauczyciela matematyki. Mimo że wyglądała na samobójstwo, Morgan odnajduje zabójcę i zyskuje przydomek „małoletniego detektywa”.

Dwadzieścia pięć lat później…

…Morgan Sheppard budzi się w obcym pokoju hotelowym przykuty kajdankami do łóżka. Oprócz niego jest tam pięć nieznajomych osób. W łazience znajdują czyjeś zwłoki. Jedna z osób w pokoju jest zabójcą, a Sheppard ma trzy godziny, by odkryć która.

Jeżeli mu się nie uda, wszyscy zginą.

W pokoju z każdą upływającą minutą gęstnieje atmosfera. Dochodzi do kłótni, wybuchów paniki, wzajemnych oskarżeń. Sheppard, walcząc ze swoimi ograniczeniami i uzależnieniami oraz pokonując niechęć otaczających go osób, rozpaczliwie poszukuje rozwiązania zagadki. Aby uratować siebie i pozostałych przed niechybną śmiercią, będzie musiał cofnąć się do lat swojego dzieciństwa i zmierzyć się z duchami przeszłości.

Zgadnij kto to kryminał napisany w konwencji popularnych ostatnimi laty escape roomów. Klaustrofobiczna atmosfera ograniczonej przestrzeni, w której znajduje się trup, morderca i reszta niewinnych, na pozór przypadkowych osób sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem.

RECENZJA: Książkę czytałam w oryginale.

Coś tutaj nie wyszło. A tak się dobrze zapowiadało. 

Sześciu nieznajomych zamkniętych w jednym pokoju, trup w wannie i trzy godziny na odgadnięcie, kto jest mordercą. Początek brzmi jak dobry kryminał, prawda? Taki z głęboką analizą uwięzionych osób, powolnym szukaniem motywu, składaniem strzępków informacji w spójną całość, aż do momentu, kiedy morderca zostaje odkryty. 
Żadnej z tych rzeczy nie znalazłam w "Zgadnij kto". Tak jak pisałam wyżej, książka zaczyna się w miarę dobrze a potem już niestety jest tylko źle. Owszem, pojawiają się jakieś tam zdawkowe informacje o poszczególnych osobach, ale jest ich zdecydowanie za mało, żebym mogła choć przez chwile pobawić się w detektywa i spróbować odgadnąć o co tutaj chodzi. Jeden wielki bajzel, niemal bez znaczenia dla samej historii. W dodatku to, czego dowiadujemy się o bohaterach zamkniętych w pokoju jest przeraźliwie nudne i okazuje się kompletną stratą czasu, ponieważ w ogromnej mierze nie wpływa w żaden sposób na “śledztwo”. 

Jedyną rzeczywiście interesującą historią w "Zgadnij kto" jest opowieść o wydarzeniach z dzieciństwa Shepparda. To, co w jego życiu miało miejsce jest bez wątpienia zaskakujące i przez długi czas trzyma w napięciu. Niestety, tylko po to, żeby na koniec opaść, jak sflaczały balon.  
Zakończenie jest nudne i brakuje w nim finałowej kulminacji, która zostawiłaby nas w zadumie nad ludzką naturą. Zamiast tego mamy dwóch dorosłych przygłupów bijących się na plaży, gdzie jeden wart jest drugiego. I pomyśleć przez tą parę zmarnowałam dwa wieczory. Dwie gwiazdki.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

niedziela, 9 września 2018

The Birthday, Carol Wyer

MOJA OCENA: 

OPIS: Pięcioletnia Ava Sawyer poszła na urodziny do koleżanki Harriet i nigdy  nie wróciła. Policyjne śledztwo nie znalazło ani sprawcy porwania ani śladów  dziewczynki. 
Dwa lata później znika Audrey Briggs. Ona też uczestniczyła w tamtym przyjęciu urodzinowym. 
Do sprawy przydzielona zostaje detektyw Natalie Ward, mama dwóch nastolatków, której zaginiecie Avy i Aubrey mrozi krew w żyłach, tak bardzo przypominając jej ostatnie śledztwo, nad którym pracowała. Śledztwo,  które skończyło się tragicznie. 
Natalie wkrótce odkrywa, że matka Avy nie potrafi wytłumaczyć nieścisłości w  swoim alibi i nabiera pewności, że ojciec Avy też nie mówi całej prawdy. 
Podobnie Elsa, właścicielka centrum ogrodniczego, gdzie odbywało się przyjęcie  urodzinowe,  wydaje się coś ukrywać. Co widziała tamtego dnia? 
Kiedy Natalie nabiera przekonania, że Ave i Aubrey zamordował ktoś z ich bliskiego otoczenia, kolejna dziewczynka, która była na urodzinach u Harriet  nie wraca do domu z lekcji baletu. 
Czy Natalie znajdzie zabójcę zanim dopadnie on kolejne niewinne ofiary?

RECENZJA: Książkę czytałam w oryginale.

Powiem wam, że z "The Birthday" Carol Wyer spędziłam bardzo przyjemny weekend. Książka jest szybka w czytaniu i ciekawa. Głowiłam się nad rozwiązaniem zagadki zniknięcia dziewczynek razem z Natalie Ward, bohaterką-detektywem i miałam podobne, silne przeczucie, że w miarę postępu śledztwa trzymamy w rękach wszystkie kawałki układani, tylko nie bardzo jeszcze wiemy jak je do siebie dopasować.  

Główna bohaterka, Natalie Ward jest nie tylko detektywem, ale także żoną i mamą. Wraz z mężem, Davidem wychowują dwójkę nastolatków, chłopca i dziewczynkę, i Natalie bardzo się stara połączyć w jakąś funkcjonalną całość swoje życie prywatne z zawodowym. Długie godziny pracy nas śledztwem nie ułatwiają jednak stosunków z mężem i Natalie czuje się ciągle rozdarta pomiędzy misją odnalezienia zaginionych dziewczynek a potrzeba spędzania czasu z rodzina. Jest przy tym świetnym detektywem. Jest konkretna, rzeczowa i inteligentna i w taki tez sposób prowadzi swoje śledztwo. Praca jej zespołu jest metodyczna, przemyślana i konsekwentna i pomimo tego, że sprawca przewija się raz po raz przez ich dochodzenie i nie zostaje przez detektywów wychwycony, to ma to swoje dobre uzasadnienie. Jest logicznym działaniem zespołu a nie karygodnym zaniedbaniem. Akcja jest szybka, nie rozwleka się bezsensowanie w czasie i z każdym rozdziałem otrzymujemy kolejny ważny kawałek do naszej układanki.
Co do tożsamości samego przestępcy, to można się dość szybko domyślić kto nim będzie, co jednak wcale nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z czytania książki. Jest w niej wystraczająco dużo niewiadomych, aby trzymać nas w napięciu aż do ostatniej strony. Mnie historia wciągnęła tak bardzo, że przeczytałam ją w dwa dni.   

"The Birthday" to bardzo fajna lektura, w sam raz na weekend.  Polecam!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa; tłumaczyła Kasia Olm

środa, 5 września 2018

Przepaść, Michelle Paver

Tłumaczenie: Maciej Miłkowski

MOJA OCENA: 

OPIS: Przeszłość nie chce być pogrzebana. A prawda wcale nie wyzwala.

Himalaje, rok 1935.

Kanczendzonga. Mityczna góra, trzeci co do wielkości szczyt na Ziemi. Jej lawiny są zabójcze, a rozrzedzone powietrze i ekstremalne wysokości wywołują zaburzenia, które mogą doprowadzić do obłędu.

Pięciu Anglików wyrusza z Dardżyling, pragnąc zdobyć święty szczyt. Ich odwaga i upór nie zachwieją się, aż do czasu… Góra nie jest ich jedynym przeciwnikiem – jeszcze jedno, koszmarne niebezpieczeństwo czai się w przepaści…

RECENZJA: Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Książka rozczarowała mnie od początku do końca i nie pozostaje mi nic innego jak odłożyć ja teraz na polkę i szybko i niej zapomnieć.  

Wśród wszystkich kategorii książek, które czytam po horrory sięgam bardzo rzadko. Nie wiążę się to jednak z tym, że ich nie lubię. Wręcz przeciwnie. Wśród moich ulubionych pozycji książkowych z łatwością znajdziecie kilka dreszczowców, jak na przykład “To” Kinga czy “Terror” Simmonsa. Mój problem z powieściami grozy jest taki, że się ich zwyczajnie boję. W ciągu dnia nie przerażają mnie żadne duchy, potwory czy zjawy jednak, kiedy tylko zapadnie zmrok, moja wyobraźnia nie daje mi spać. Wracają do mnie wszystkie przerażające sceny, które czytałam w dzień i rozrastają się w głowie, przybierając straszniejsze jeszcze kolory i rozmiary. Nakrywam się wtedy kołdrą po same uszy i boje się rozglądać po sypialni. Poważnie. Odchorowanie jednego horroru zazwyczaj zabiera mi kilka tygodni i to wcale nie jest fajny dla mnie czas. Dlatego właśnie zazwyczaj ich unikam i czytam nie więcej jak jedną czy dwie tego typu powieści w roku. (Tak, ja wiem, że to wstyd, żeby dorosła kobieta bala się książek, no ale nic na to nie poradzę. Takie już ze mnie strachajło.)

W tym roku mam najwyraźniej pecha na słabe horrory.  Najpierw, wiosną, czytałam “Nawiedzony dom na wzgórzu” Shirley Jackson - klasyk, który zamiast mnie straszyć duchami, przerażająco mnie irytował. Recenzje znajdziecie na blogu, gdybyście chcieli o tym fiasku poczytać.

Teraz z kolei znalazłam “Przepaść” (tutaj wzdycham ciężko). Nie wiem czy książka tak mnie znudziła dlatego, że w ciągu ostatnich tygodni miałam szczęście przeczytać kilka naprawdę świetnych powieści o górach, wspinaczkach, śniegach i lodowcach, przez co moje oczekiwania były zbyt wygórowane? “Wszystko za Everest” Krakauera, “Lodowe piekło” Mitchella oraz “Terror” Simmonsa zachwyciły mnie do tego stopnia, że od razu trafiły na listę moich ukochanych lektur i jestem pewna, że co najmniej dwie z nich przeczytam jeszcze raz.  Być może po lekturze takich bestsellerów, “Przepaść” musiała mnie rozczarować?

Brakuje w niej dosłownie wszystkiego tego, co tak mnie wciągnęło w poprzednich książkach. Bohaterowie są nijacy, powierzchowni i zbyt mało o nich wiem, abym mogła się do nich przywiązać, co jest dla mnie szczególnie ważne właśnie w horrorze. Musze chcieć, żeby bohater przeżył, pokonał zło, wyszedł z koszmaru cało, w przeciwnym razie nie potrafię się w historie zaangażować emocjonalnie.

Brakuje opisów samej wspinaczki, przygotowań, ekwipunku itd. Wyprawa ma miejsce w 1935 roku, więc ówczesne oprzyrządowanie znacznie rożni się od tego używanego dziś, a jednak autorka bardzo niewiele nam o tym mówi. Podobnie samo wchodzenie na Kanczendzongę potraktowane jest w książce bardzo powierzchownie i czytając, ma się wrażenie, że piątka alpinistów wybrała się na spacer po górach, a nie wspina się na trzecią, najwyższą górę świata. Byłoby fajnie gdybym mogła się trochę więcej o ich podroży dowiedzieć. O ich codziennych zmaganiach, o rzeczywistości życia na lodowcu, o fizycznych niebezpieczeństwach jakie taka wyprawa ze sobą niesie. Pozwoliłoby mi to stworzyć lepszy obraz całej historii i bliżej poznać poszczególnych bohaterów. 

Największym jednak rozczarowaniem okazała się sama zjawa nawiedzająca Kanczendzonge. Jak dla mnie, kogoś kto horrorów naprawdę się boi, ten duch po prostu nie był straszny. Ani duch, ani okoliczności w jakich się pojawiał, ani nawet jego historia. Ot, pojawia się coś na stokach i jest złe. To wszystko. Brakuje tu poczucia niebezpieczeństwa, fizycznego zagrożenia ze strony upiora i wskazówki co ten zamierza. Czy chce wszystkich alpinistów zabić? A może tylko wystraszyć I zmusić do odwrotu? Czy może ich dotknąć i zranić czy cala jego moc kończy się na ukazywaniu się wspinaczom? Czy da się go pokonać?


Dla mnie, "Przepaść" to zmarnowany potencjał. Pomysł na historię był dobry, ale gdzieś zapodziało się to, co w każdej dobrej książce jest najważniejsze i stanowi jej esencję:  bohaterowie, akcja i klimat powieści. Szkoda. Dwie gwiazdki.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa