czwartek, 12 września 2019

Dom z dwiema wieżami, Maciej Zaremba Bielawski

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Mariusz Kalinowski

OPIS: Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki 2019 dla Macieja Zaremby Bielawskiego oraz dla Mariusza Kalinowskiego, autora przekładu.

Jako dziecko Maciej był dumny z rodowego herbu i przodka, który zwyciężył pod Grunwaldem. Kiedy miał siedemnaście lat, usłyszał od matki: „Wyjeżdżamy. Jestem Żydówką”. Był grudzień 1968 roku, a on poznał właśnie pierwszą z wielu tajemnic swojej rodziny.

Dom z dwiema wieżami to fascynująca próba rekonstrukcji rodzinnej historii, która dotąd pełna była przemilczeń. To rzecz o rodzicach – ojcu, reformatorze polskiej psychiatrii, piłsudczyku, jeńcu oflagu, matce – oddanej pracy lekarce pochodzącej z zasymilowanej rodziny żydowskiej. O dziadkach, o pewnym upadłym dworku, kolei transsyberyjskiej i uliczkach przedwojennych Krzeszowic i Tarnowa. A także o getcie ławkowym i o tym, że niedługo przed drugą wojną światową polscy studenci medycyny nie dopuszczali do pracy w prosektorium żydowskich kolegów, bo polskie zwłoki miały być tylko dla Polaków.

W opowieści Macieja Zaremby Bielawskiego historia, nawet ta znana, nie jest wcale oczywista i odsłania gorzkie paradoksy. Autor opisuje splot żydowskich i szlacheckich losów, przygląda się różnym obliczom etosu rycerskiego, zastanawia się nad źródłami polskiej ideologii narodowej i antysemityzmu. Jego wielostronna – szlachecka i żydowska, polska i szwedzka – perspektywa sprawia, że jest to refleksja świeża, wnikliwa, a zarazem pełna zaangażowania.

Niewiele jest książek, które w tak poruszający sposób obejmują cały ogrom ludzkiego doświadczenia – od pierwszych erotycznych inicjacji, poprzez młodzieńcze transgresje, decydujące życiowe decyzje, po mierzenie się z rodzinnymi traumami, lękiem i wypartą historią. W brawurowo napisanym Domu z dwiema wieżami mieści się wszystko: powaga i groza, humor i autoironia, powściągliwość i liryzm. I ocalająca moc literatury.

RECENZJAAch, co to jest za książka! Nieodkładalna, przejmująca, obowiązkowa. Bardzo smutna i niezwykle mądra opowieść o dwójce ludzi, którzy przeżyli dramat II wojny światowej i wynieśli z niego dwa zupełnie różne doświadczenia. Pięć gwiazdek.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

Małe kobietki, Louisa May Alcott

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Anna Bańkowska

OPIS: Ameryka, lata sześćdziesiąte XIX wieku. W domostwie zwanym Orchard House od pokoleń mieszka rodzina Marchów. Pod nieobecność ojca walczącego w wojnie secesyjnej, opiekę nad czterema córkami sprawuje samodzielnie ich matka, Marmee.

Córki pani March – stateczna Meg, żywa jak iskra Jo, nieśmiała, uzdolniona muzycznie Beth i nieco przemądrzała Amy – starają się, jak mogą, by urozmaicić swoje naznaczone ciągłym brakiem pieniędzy życie, chociaż boleśnie odczuwają nieobecność ojca. Bez względu na to, czy układają plan zabawy czy zawiązują tajne stowarzyszenie, dosłownie wszystkich zarażają swoim entuzjazmem. Poddaje mu się nawet Laurie, samotny chłopiec z sąsiedniego domu, oraz jego tajemniczy, bogaty dziadek.

RECENZJANie lubię takich książek. Moralizatorskich na siłę, aż do granic absurdu.

Panny (i pani) March, są strasznie irytujące i świętoszkowate i skupiają się na dokładnie nie tych problemach w życiu na których powinny. Ich uchybienia i słabości są tak naprawę żadne, zwłaszcza z perspektywy dzisiejszych czasów. No bo naprawę wytłumaczcie mi co to za grzech, że dorastająca nastolatka chce się wystroić na przyjęcie? To jest to wielkie przewinienie, za które solidnie obrywa po nosie i to w dodatku od rozpieszczonego i humorzastego, bogatego do obrzydzenia chłopaczka, ubranego w najnowszej mody fraczek? Please.

Albo fakt, że pracujące córki narzekają na swoje zajęcia, które naprawdę to świetnych nie należą. Ja bym też narzekała gdybym jako dziecko codziennie musiała zabawia rozkapryszoną i gderliwą matronę, która na każdym kroku pokazuje mi, że mnie nie lubi albo edukować cudzą dzieciarnię, niezainteresowaną nauką (w tym miejscu składam głęboki ukłon wszystkim nauczycielom).

A z Mamisią to już zwłaszcza mam na pieńku. Są takie momenty w książce, kiedy mam ochotę złapać ją za ramiona, zdrowo nią potrząsnąć i powiedzieć: “Opanuj się kobieto i zejdź na ziemie z tych swoich obłoków!! Masz naprawdę większe problemy niż córki strojące się na przyjęcie!! Na przykład takie, że trzy twoje najstarsze córki pracują zamiast chodzić do szkoły. To jest prawdziwy problem w twojej rodzinie a nie narzekające na prace dzieci! Kolejnym problemem jest fakt, że jak to sama mówisz, wysłałaś swojego męża na wojnę, żeby służył krajowi, kiedy twoje dzieciaki nie maja co do ust włożyć. Czy tak się zachowuje odpowiedzialna matka Trzeba było mężowi powiedzieć, żeby brał tyłek w troki i maszerował do roboty zarabiać na rodzinę a nie po froncie się szlajać. To w końcu jego, a nie twoich córek, święty obowiązek zapewnić byt rodzinie!”

No widzicie sami, że ta książka to nie dla mnie. Krew mnie zalewa jak takie rzeczy czytam. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że “Małe kobietki” zostały napisane w połowie dziewiętnastego wieku, w zupełnie innej rzeczywistości. To właśnie dzięki temu tak dobrze pokazują to, co z ówczesnym społeczeństwie było prawdziwym problemem tysięcy kobiet i dziewczynek. I myślę ze dobrze jest to jednak czytać, ku przestrodze przyszłym pokoleniom i jako przypomnienie, dlaczego feministki są nam tak bardzo potrzebne. Dwie gwiazdki. 

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa