Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fikcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fikcja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2020

Żywica, Ane Riel

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz

OPIS: Co się dzieje, jeśli kochasz kogoś tak bardzo, że chcesz go zatrzymać przy sobie za wszelką cenę, w bezpiecznym miejscu?
Rodzina Haarder mieszka na odosobnionej, porośniętej świerkami małej wysepce i z rzadka kontaktuje się z obcymi. Mieszkańcy sąsiedniej wyspy uważają ich za dziwnych, ale nie wtrącają się w ich życie. Gdy ojciec zgłasza śmierć 9-letniej córki, szanują ich żałobę i coraz mniej się interesują tym, co się dzieje w odosobnionym domostwie.
"Żywica" to wstrząsająca i zarazem wzruszająca kronika stopniowego upadku i szaleństwa, do którego może doprowadzić ludzi lęk przez kolejną utratą i traumą.

RECENZJA: O matko i córko, co ja przed chwila przeczytałam!! I od czego mam teraz zacząć ta recenzje?
Może od tego, że to jest doskonała opowieść. Tragiczna, zatrważająca a jednocześnie piękna. Naprawdę! To się wydaje niemożliwe, ale tak właśnie jest. Opisy natury widzianej oczami bohaterów są zachwycające, ich miłość do otaczającego świata chwyta za serce. I to piękno przyrody jest drastycznie zestawione z szaleństwem jakim jest ich życie rodzinne.

Książka po prostu powala, zakończenie zwłaszcza. Czytajcie to, bo warto!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa



poniedziałek, 18 maja 2020

Droga do domu, Yaa Gyasi

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Michał Ronikier

OPIS: XVIII wiek, Ghana, zachodnie wybrzeże Afryki. Dwie przyrodnie siostry mieszkają w odległych wioskach, nigdy się nie spotkały, nie wiedzą nawet o swoim istnieniu. Pierwsza z nich, Effia, poślubia angielskiego kolonizatora, dowódcę twierdzy Cape Coast Castle, i żyje u boku kochającego męża. Druga, Esi, trafia do twierdzy w dramatycznych okolicznościach. Uprowadzona, wrzucona do lochu, zostaje następnie wysłana za ocean i sprzedana jako niewolnica. 
Yaa Gyasi, nowa gwiazda literatury amerykańskiej, z ogromnym wyczuciem i talentem opowiada dalsze losy bohaterek i ich potomków. Efektem jest niezwykła powieść, rozciągnięta w czasie na niemal 300 lat. Upokarzające wydarzenia niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, europejska kolonizacja Afryki, walka czarnych Afroamerykanów o równouprawnienie, marzenie o awansie społecznym, rodzinne tragedie, zawiść, zazdrość, chwile szczęścia i w końcu miłość. "Droga do domu" to wciągająca saga i prawdziwa eksplozja emocji. Powieść bardzo amerykańska, a jednocześnie pełna afrykańskiej magii.

"Droga do domu" to debiut literacki Yaa Gyasi. Na pomysł napisania książki wpadła, gdy szukała swych korzeni w Afryce. Podczas podróży po Ghanie odwiedziła Cape Coast Castle i jak później wyznała, od razu wiedziała, że to złowrogie miejsce stanie się centrum jej opowieści. Książka wzbudziła prawdziwą sensację na Targach Książki w Londynie – prawa do wydania na podstawie samego zarysu powieści zakupiło kilkanaście krajów.
"»Droga do domu« Yaa Gyasi zapowiada się wspaniale. XVIII-wieczna Ghana, dwie przyrodnie siostry, dwie odmienne ścieżki życia."
Jessie Burton, autorka "Miniaturzystki"

Yaa Gyasi, amerykańska autorka o afrykańskich korzeniach, zabiera nas w egzotyczną i emocjonującą podróż przez pokolenia, od xviII-wiecznej Ghany po Nowy Jork w xxi wieku. Na tle tragicznej historii niewolnictwa i rasizmu spotykamy bohaterów nietuzinkowych i wielowymiarowych, którzy od razu zapadają w pamięć. Dzięki nim między innymi udaje się Gyasi sztuka najtrudniejsza: utrzymuje czytelnika w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

RECENZJA: To książka, którą powinien przeczytać absolutnie każdy. Ta wielopokoleniowa saga opowiada historie zarówno pojedynczych bohaterów, poszczególnych pokoleń, a także pokazuje jaki los spotkał całą klasę ludzi uznanych za podgatunek.   

Książka obnaża dokładnie to czego my jako biali Europejczycy w ogromnej mierze kompletnie nie rozumiemy – jak łatwo można zostać całkowicie i kompletnie oderwanym nie tylko od własnego kraju, ale przede wszystkim od własnej kultury, tradycji i historii. Jak w ciągu jednego pokolenia można wymazać cale dziedzictwo i pamięć kulturowa grupy ludzi, wyrugować to z nich, wypalić i pozostawić ze zgliszczami, na których spróbują odbudować się na nowo, już bez krajów swoich przodków. Porównajmy to z naszymi Europejskimi korzeniami, gdzie niejednokrotnie we swoich rodzinach możemy dokładnie odtworzyć drzewa genealogiczne do sześciu czy siedmiu pokoleń wstecz, niekiedy nawet więcej. Dzieciom afrykańskich niewolników zostało to całkowicie odebrane, ich przeszłość i pochodzenie przekreślone.   

Jest to książka, która rozprawia się z mitem emancypacji niewolników jako wielkiego wybawienia, po którym wyzwoleni Afrykańczycy mogę żyć w spokoju i dostatku, gdzie i jak chcą. Wyzwolenie w praktyce oznaczało zupełnie co innego: z dnia na dzień wyrzucenie z plantacji bez pracy, bez grosza przy duszy, bez ziemi i bez perspektyw. Uprzedzenia i nienawiść wciąż wszechobecne po zakończeniu wojny secesyjnej, jak również piętrzące się okrutne przepisy prawa skierowane specjalnie przeciwko nim, czyniły życie byłych niewolników dramatycznym.  Ta sytuacja nie zmieniła się wiele nawet 100 lat później a i dziś pozostawia wiele do życzenia.

Droga do domu to przejmująca i gorzka opowieść, ale jednak z krzepiącym zakończeniem. Nie jest to łatwa lektura, jest w niej okrucieństwo (ale bez zbędnych, drastycznych opisów), cierpienie, gniew i bezsilność. Ale jest też siła i determinacja, miłość i poświecenie, walka i nadzieja.  Ta książka na pewno boli, ale przede wszystkim uczy. I przypomina o tych zapomnianych.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa


niedziela, 17 maja 2020

Latarnia umarłych (Sedinum #2), Leszek Herman

MOJA OCENA: 

OPIS: Akcja "Latarni umarłych" rozgrywa się w rok po wydarzeniach opisanych w "Sedinum – wiadomość z podziemi". Troje młodych ludzi – Paulina, Igor i Johann – zostaje ponownie wplątanych w sensacyjne śledztwo, tym razem dotyczące pewnego morderstwa.

Dawno, dawno temu, w pewnym małym miasteczku nad samym morzem, w starym średniowiecznym zamczysku rodzi się chłopiec, który niedługo potem zostaje królem całej Skandynawii, a w ówczesnej Europie jest nazywany Cesarzem Północy.

Mijają wieki. Rok 1941. Mroźną listopadową porą, w samo południe, nieopodal miasta dochodzi do potężnej eksplozji, która kładzie pokotem wszystkie drzewa i wybija szyby w oknach w całej okolicy. Fala uderzeniowa odczuwalna jest w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a w pewnej starej kaplicy zapada się posadzka.

Blisko osiemdziesiąt lat później pewnego wiosennego dnia do redakcji popularnego, szczecińskiego dziennika przychodzi wiadomość od pewnego staruszka. W jego kolejnych listach nieprawdopodobne wspomnienia i sensacyjne szczegóły przeplatają się z urojeniami z czasów wojennych. Zajmująca się tym tematem dziennikarka Paulina Weber zaczyna wątpić w zdrowie psychiczne nadawcy. Gdy w ostatnim liście zdradza on, że od wielu lat ukrywa zakopane w piwnicy zwłoki, jest już tego pewna…  


Pozostawione przez niego stare dokumenty z wolna zaczynają jednak odsłaniać mroczne wydarzenia, które za czasów drugiej wojny światowej rozegrały się w sennej, nadmorskiej scenerii...


RECENZJA: Kolejna pierwszorzędna powieść od autora “Sedinum”! “Latarnia umarłych” to druga książka Leszka Hermana która przeczytałam i oczywiście od razu wpadłam w nia po uszy! Od dziś możecie mnie zaliczać do grona wiernych fanek autora.


Książka jest przede wszystkim świetnie napisana, znów pełna ciekawych historii Pomorza, przy czym absolutnie nie zanudza. W tej części zdecydowanie mniej jest opisów architektury, a te które znalazły się w tekście nie są rozwlekle i nie odwracają uwagi od głównej fabuły.

Bardzo lubię u Leszka Hermana te krótkie opowiastki z przeszłości Pomorza, zagubione w czasie i pewnie zapomniane przez większość ludzi, tak pięknie przywrócone przez niego do życia. Ma on wspaniały talent do budowania niezwykłych historii z legend i mitów, wyszperanych gdzieś miejscowych przekazów i do tworzenia z nich fenomenalnych przygód, które wciągają jak najlepsze thrillery.

W “Latarni umarłych” zdarzyło mi się co prawda parę razy odgadnąć co łączy zagadkowe watki powieści zanim wpadli na to jej bohaterowie. Zazwyczaj bardzo mi to przeszkadza podczas lektury, bo nie lubię, kiedy bohaterowie okazują się mniej bystrzy od czytelnika. Pachnie mi to od razu manipulacją i próbą przedłużenia na siłę powieści. Ciekawe jednak, że w “Latarni umarłych” nie drażniło mnie to aż tak bardzo. Zastanawiałam się, dlaczego i chyba po prostu dlatego, że historia z tej książki jest naprawdę świetna i wciągająca, i bezsprzecznie przewyższa swoja jakością jakiekolwiek niewielkie niedoskonałości tekstu.

W poprzedniej części, “Sedinum”, której recenzje możecie przeczytać TUTAJ, bardzo pod skórę zalazła mi jednak bohaterka, Paulina Weber. Przyznam się bez bicia, że biorąc do ręki “Latarnię umarłych” miałam cichą nadzieję, że Pauliny w niej nie będzie. Paulina w książce oczywiście występuje, i tym razem to głownie z jej perspektywy śledzimy rozwój wydarzeń. Na szczęście wykazuje się ona nieco większym sprytem niż w poprzedniej częsci trylogii i nawet udaje jej się powiązać prawidłowo wątek czy dwa. Wciąż daleko jej do bystrej dziennikarki, ale niewielką poprawę dało się wyczuć. Niestety, równocześnie poznajemy tutaj Paulinę nieco bliżej jako osobę i musze wam powiedzieć, że ja jej po prostu nie lubię. Wydaje mi się ograniczona umyslowo, bez polotu i sprawia na mnie wrażenie płytkiej i zmanierowanej. Mam szczerą nadzieję, że Igor się z nią jednak nie zwiąże, bo chłopak zasługuje na bardziej rozgarnięta (i ogarnięta) towarzyszkę życia. 

Są to oczywiscie moje wlasne, osobiste uprzedzenia i tak naprawde nie moge zaliczyc jednej irytujacej bohaterki do mankamentow tej powiesci. 

Zdecydowanie najlepszą jednak częścią „Latarni umarłych” jest jej finał. Kierunek, w którym poszedł Leszek Herman jest fenomenalny, realistyczny i wprowadził mnie w naprawdę dobry nastrój. Nietrudno sobie wyobrazić jak fajnie by było, gdyby rzeczywiście takie wydarzenie miało miejsce. Piec gwiazdek należy się autorowi za sam pomysł na to zakończenie.

“Latarnia umarłych” to powieść w stu procentach warta przeczytania, a gdy już po nią sięgniecie, nie będziecie mogli się od niej oderwać. Polecam Wam ją gorąco i obiecuję, że nie będziecie nią zawiedzeni.
Pięć gwiazdek!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa


wtorek, 5 lutego 2019

Sedinum. Wiadomość z podziemi (Sedinum #1), Leszek Herman

MOJA OCENA: 

OPIS: W spokojny, piątkowy wieczór, w samym centrum miasta zapada się parking podziemny niedawno wzniesionego biurowca. Katastrofa budowlana odsłania nieznane podziemia, w których od końca wojny stoi wrak niemieckiej, wojskowej ciężarówki. Za, podziurawioną kulami szybą szoferki tkwi trup kierowcy, a na pace znajduje się ładunek, który wywraca do góry nogami spokojne życie kilku osób – architekta, który musiał się tutaj znaleźć z racji pełnionej funkcji, dziennikarki, która, zostając po godzinach w redakcji, mimowolnie stała się uczestniczką wydarzeń oraz potomka starej, pomorskiej rodziny, który na wieść o katastrofie przybywa do miasta swoich przodków.

Ścieżki trojga nieznajomych łączy, niewinna początkowo, misja odkrycia tożsamości nieboszczyka. Okoliczności zaczynają się jednak coraz bardziej komplikować, a pojawiające się nowe pytania zmuszają ich do zagłębienia się w trudnej i pogmatwanej historii miasta i poszukiwania okruchów wydarzeń sprzed wielu wieków.

Dopóki jedynymi problemami, które mają na głowie są demoniczna była żona, nadopiekuńcza matka czy wścibski szef nie jest tak źle. Gdy w lochach znajduje się jednak kolejny nieboszczyk, sprawy przybierają poważniejszy obrót. Na scenę wchodzą tajemniczy prześladowcy, a w tle pojawia się nazistowska tajemnica, w którą zamieszany był Werwolf.

Tymczasem, na krystalicznie czyste od tygodni niebo zaczynają ściągać coraz ciemniejsze chmury.

Do miasta zbliża się burza, jakiej bardzo dawno tutaj nie było…

RECENZJA: To jest naprawdę fajna książka!

Fenomenalne są opowieści Leszka Hermana o historii Szczecina i Pomorza. Czytałam je z prawdziwa przyjemnością i fascynacja, bo pokazały mi jak niewiele wiem o tym regionie, a jak ciekawe są jego dzieje. Te opowieści z przeszłości zajmują większość książki, więc jeżeli ktoś nie lubi książek historycznych, to podejrzewam, że “Sedinum” nie przypadnie mu to gustu. Jeżeli jednak lubicie opowieści o starych rodach, przeminionych księstwach, tajemnicach i legendach przekazywanych z pokolenia na pokolenie, o zabytkach, bezcennych dziełach sztuki i zaginionych artefaktach to ta książka jest w sam raz dla was. Świetnie mi się ją czytało i pomimo tego, że dość obszerne opisy architektury czasem mnie nużyły, to koniec końców nie wpłynęły negatywnie na moja ocenę tej książki.

Jedynym słabym punktem “Sedinum” jest jedna z jego bohaterek, Paulina Weber. Jak na kogoś, kto ma zajmować się dziennikarstwem jest przerażająco nierozgarnięta. To dość ostra ocena, przyznaję, ale naprawę nie wiem jak jeszcze mogłabym ją określić. Paulinie brakuje niemal wszystkiego, co potrzebne jest by dobrze wykonywać zawód dziennikarza. Otwarty umysł, dociekliwość, ciekawość świata, sprawność w wiązaniu ze sobą faktów i informacji, wysuwanie trafnych wniosków z uważnych obserwacji, ostrożność w formułowaniu pochopnych opinii itd... Paulina nie posiada żadnej z tych cech w związku z czym rozwiązywaniem zagadki zajmują się jedynie męscy bohaterowie książki. Paulina tylko wlecze się za nimi. Wszystko ją przeraża, każdy ją wkurza, nie jest niczego ciekawa, nic jej nie intryguje, na każdą nowo wysuniętą propozycję lub teorie reaguje szokiem i swoim nieśmiertelnym “Zwariowałeś?”.
- List z podziemi wydaje się być napisany kodem – Kodem? Zwariowałeś?
- CIA opublikowało informacje o atramentach sympatycznych – CIA? Zwariowałeś?
- Musimy dzisiaj polecieć do Londynu - Londynu? Zwariowałeś?
I tak dalej, i tak w kółko. Naprawdę, nic dziwnego, że jedyne zlecenia jakie dostaje w gazecie to tłumaczenie tekstów technicznych z niemieckiego. Tylko do tego się niestety nadaje. Wszystko inne ją zwyczajnie przerasta. Szkoda, bo przydałaby się bystra, rozgarnięta babka w całej tej historii.


W większości jednak naprawdę dobrze się bawiłam podążając tropem wielkiej tajemnicy Loży Masońskiej i próbując wraz z bohaterami odnaleźć zaginiony skarb. Cztery gwiazdki!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa



wtorek, 15 stycznia 2019

Słowik, Kristin Hannah

Tłumaczenie: Barbara Górecka

MOJA OCENA: 

OPIS: Miłość pokazuje nam, kim chcemy być. Wojna pokazuje, kim jesteśmy.

Dwie siostry, Isabelle i Vianne, dzieli wszystko: wiek, okoliczności ,w jakich przyszło im dorastać, i doświadczenia. Kiedy w 1940 roku do Francji wkracza armia niemiecka, każda z nich rozpoczyna własną niebezpieczną drogę do przetrwania, miłości i wolności.

Zbuntowana Isabelle dołącza do ruchu oporu, nie zważając na śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie ściąga na całą rodzinę. Opuszczona przez zmobilizowanego męża Vianne musi przyjąć do swego domu wroga. Cena za uratowanie własnego życia i dzieci z czasem staje się dramatycznie wysoka…

Inspirowana życiorysem bohaterki ruchu oporu Andrée de Jongh opowieść o sile, odwadze i determinacji kobiet zachwyciła miliony czytelniczek na całym świecie.

RECENZJA: 

“Opowiadanie historyjek to działka mężczyzn. Kobiety żyją dalej. Dla nas ta wojna była czym innym niż dla nich. Kiedy się skończyła, nie brałyśmy udziału w paradach, nie dostawałyśmy medalu, nie wspominano o nas w książkach historycznych. W czasie wojny robiłyśmy to, co do nas należało, a gdy się skończyła, pozbierałyśmy kawałki i zaczęłyśmy życie od nowa".
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
“Słowik” Krisitin Hannah to niesamowicie wciągająca książka. Pomimo wszystkich niedociągnięć, nieścisłości i przekłamań zawartych w tekście, historia Isabelle i Vianne jest fenomenalnie napisana, pochłania i jest naprawdę warta uwagi. Hannah wspaniale szkicuje swoje postacie, ich osobowości sprzed wojny i stopniowo pokazuje ich przemianę, dojrzewanie i odkrywanie samych siebie. Jeżeli martwicie się, że ta książka to jeszcze jeden wojenny romans to mogę was z ręką na sercu zapewnić, że tak nie jest. Owszem, watek miłosny przewija się przez ta historie, ale nie jest jej punktem centralnym a jedynie tłem do wydarzeń z powieści. Bohaterki nie spędzają tutaj czasu na wzdychanie do cudownych mężczyzn lub polowanie na przyszłych mężów a raczej w swoim zwykłym, codziennym życiu mierzą się z dramatycznymi sytuacjami, które testują nie tylko ich odwagę czy determinacje, ale także człowieczeństwo. I o tym właśnie jest ta książka: o cichym, codziennym bohaterstwie zwykłych kobiet.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
Zachwyciło mnie to, że autorka skupiła się na opowiedzeniu wojennej historii kobiet, na ich losach i przeżyciach, które są przecież nie mniej dramatyczne niż doświadczenia mężczyzn, a jednak tak często pomijane i zapominane. Właśnie za to oraz za przepięknie stworzone bohaterki, “Słowik” dostaje ode mnie cztery gwiazdki.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

piątek, 28 września 2018

Amelka Kieł i Bal Barbarzyńców (Amelka Kieł #1), Laura Ellen Anderson

Tłumaczenie: Maria Jaszczurowska   

MOJA OCENA: 

OPIS: Zapraszamy do świata Nokturnii, w którym rządzi ciemność, blask jest przerażający, a jednorożce są bohaterami koszmarów.
Poznajcie Amelkę Kieł, małą uroczą wampirkę, która zdecydowanie wolałaby bawić się ze swoją Dyńką, niż tańczyć na Balu Barbarzyńców. Jednak gdy rozpieszczony syn króla porywa jej pieszczocha, dziewczynka musi opracować śmiały plan ratunkowy.
Gotycka, trochę straszna i okropnie śmieszna seria o przygodach okrutnie słodkiej Amelki.
Nawet wampir chce mieć prawdziwego przyjaciela!
Dołącz do Amelki podczas jej pierwszej przygody. Bez obaw, ona nie gryzie!

RECENZJA: “Amelka Kieł i Bal Barbarzyńców” to ciepła i zabawna opowieść , w sam raz na nadchodzące święto Halloween. 
Tytułowa bohaterka, Amelka, to wesoła i rezolutna wampirka, która uwielbia bawić się ze swoim pupilkiem Dyńką oraz dwójka najlepszych przyjaciół: młodym kostuchem Grimaldim, zajmującym się śmierciami żab oraz Florence, należącą do rzadkiego gatunku yeti. Kiedy w życiu naszej trójki pojawiają się kłopoty, wszyscy mężnie stawiają im czoło i walczą o to co słuszne przy okazji okrywając, że nie wszystko w co wierzyli się do tej pory jest prawdą.
 
Historia jest naprawdę bardzo fajna i obraca się w ogromnej części wokół pojęcia przyjaźni, akceptacji oraz więzów rodzinnych. Mojej sześcioletniej córce niezwykle podobały się wszelkie dziwaczności, które w świecie Nokturnii uchodzą za normalne. Zaśmiewała się z kulinarnych obrzydliwości takich jak dżem spod paznokci u nóg, mieszanka różnorodnych strupów, gnijące ptysie nadziewane ropą czy sok z gałek ocznych.  Nadziwić się nie mogła, że duchy, kościotrupy, gadające mumie czy żywe dynie są w Królestwie Ciemności zwyczajnym widokiem, za to jednorożce, wróżki czy brokat sieja wśród jego mieszkańców strach i przerażenie.  Na koniec stwierdziła, że Amelka jest fajna, bo jest odważna. I ja się z nią w stu procentach zgadzam. Mnie dodatkowo bardzo podobały się ilustracje, które można znaleźć na niemal każdej stronie tekstu, co na pewno przypadnie do gustu wszystkim czytelnikom, tym małym i tym dużym.

“Amelka Kieł i Bal Barbarzyńców” to książka w sam raz dla dzieci, które właśnie zaczynają przygodę z samodzielnym czytaniem lub dla dojrzalszych sześciolatków, którym może poczytać mama lub tata. 

Obie z Helenką, gorąco ją polecamy!


*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa



wtorek, 18 września 2018

Zgadnij kto, Chris McGeorge

MOJA OCENA

OPIS: W wieku jedenastu lat Morgan Sheppard rozwiązuje zagadkę niespodziewanej śmierci swojego nauczyciela matematyki. Mimo że wyglądała na samobójstwo, Morgan odnajduje zabójcę i zyskuje przydomek „małoletniego detektywa”.

Dwadzieścia pięć lat później…

…Morgan Sheppard budzi się w obcym pokoju hotelowym przykuty kajdankami do łóżka. Oprócz niego jest tam pięć nieznajomych osób. W łazience znajdują czyjeś zwłoki. Jedna z osób w pokoju jest zabójcą, a Sheppard ma trzy godziny, by odkryć która.

Jeżeli mu się nie uda, wszyscy zginą.

W pokoju z każdą upływającą minutą gęstnieje atmosfera. Dochodzi do kłótni, wybuchów paniki, wzajemnych oskarżeń. Sheppard, walcząc ze swoimi ograniczeniami i uzależnieniami oraz pokonując niechęć otaczających go osób, rozpaczliwie poszukuje rozwiązania zagadki. Aby uratować siebie i pozostałych przed niechybną śmiercią, będzie musiał cofnąć się do lat swojego dzieciństwa i zmierzyć się z duchami przeszłości.

Zgadnij kto to kryminał napisany w konwencji popularnych ostatnimi laty escape roomów. Klaustrofobiczna atmosfera ograniczonej przestrzeni, w której znajduje się trup, morderca i reszta niewinnych, na pozór przypadkowych osób sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem.

RECENZJA: Książkę czytałam w oryginale.

Coś tutaj nie wyszło. A tak się dobrze zapowiadało. 

Sześciu nieznajomych zamkniętych w jednym pokoju, trup w wannie i trzy godziny na odgadnięcie, kto jest mordercą. Początek brzmi jak dobry kryminał, prawda? Taki z głęboką analizą uwięzionych osób, powolnym szukaniem motywu, składaniem strzępków informacji w spójną całość, aż do momentu, kiedy morderca zostaje odkryty. 
Żadnej z tych rzeczy nie znalazłam w "Zgadnij kto". Tak jak pisałam wyżej, książka zaczyna się w miarę dobrze a potem już niestety jest tylko źle. Owszem, pojawiają się jakieś tam zdawkowe informacje o poszczególnych osobach, ale jest ich zdecydowanie za mało, żebym mogła choć przez chwile pobawić się w detektywa i spróbować odgadnąć o co tutaj chodzi. Jeden wielki bajzel, niemal bez znaczenia dla samej historii. W dodatku to, czego dowiadujemy się o bohaterach zamkniętych w pokoju jest przeraźliwie nudne i okazuje się kompletną stratą czasu, ponieważ w ogromnej mierze nie wpływa w żaden sposób na “śledztwo”. 

Jedyną rzeczywiście interesującą historią w "Zgadnij kto" jest opowieść o wydarzeniach z dzieciństwa Shepparda. To, co w jego życiu miało miejsce jest bez wątpienia zaskakujące i przez długi czas trzyma w napięciu. Niestety, tylko po to, żeby na koniec opaść, jak sflaczały balon.  
Zakończenie jest nudne i brakuje w nim finałowej kulminacji, która zostawiłaby nas w zadumie nad ludzką naturą. Zamiast tego mamy dwóch dorosłych przygłupów bijących się na plaży, gdzie jeden wart jest drugiego. I pomyśleć przez tą parę zmarnowałam dwa wieczory. Dwie gwiazdki.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

niedziela, 9 września 2018

The Birthday, Carol Wyer

MOJA OCENA: 

OPIS: Pięcioletnia Ava Sawyer poszła na urodziny do koleżanki Harriet i nigdy  nie wróciła. Policyjne śledztwo nie znalazło ani sprawcy porwania ani śladów  dziewczynki. 
Dwa lata później znika Audrey Briggs. Ona też uczestniczyła w tamtym przyjęciu urodzinowym. 
Do sprawy przydzielona zostaje detektyw Natalie Ward, mama dwóch nastolatków, której zaginiecie Avy i Aubrey mrozi krew w żyłach, tak bardzo przypominając jej ostatnie śledztwo, nad którym pracowała. Śledztwo,  które skończyło się tragicznie. 
Natalie wkrótce odkrywa, że matka Avy nie potrafi wytłumaczyć nieścisłości w  swoim alibi i nabiera pewności, że ojciec Avy też nie mówi całej prawdy. 
Podobnie Elsa, właścicielka centrum ogrodniczego, gdzie odbywało się przyjęcie  urodzinowe,  wydaje się coś ukrywać. Co widziała tamtego dnia? 
Kiedy Natalie nabiera przekonania, że Ave i Aubrey zamordował ktoś z ich bliskiego otoczenia, kolejna dziewczynka, która była na urodzinach u Harriet  nie wraca do domu z lekcji baletu. 
Czy Natalie znajdzie zabójcę zanim dopadnie on kolejne niewinne ofiary?

RECENZJA: Książkę czytałam w oryginale.

Powiem wam, że z "The Birthday" Carol Wyer spędziłam bardzo przyjemny weekend. Książka jest szybka w czytaniu i ciekawa. Głowiłam się nad rozwiązaniem zagadki zniknięcia dziewczynek razem z Natalie Ward, bohaterką-detektywem i miałam podobne, silne przeczucie, że w miarę postępu śledztwa trzymamy w rękach wszystkie kawałki układani, tylko nie bardzo jeszcze wiemy jak je do siebie dopasować.  

Główna bohaterka, Natalie Ward jest nie tylko detektywem, ale także żoną i mamą. Wraz z mężem, Davidem wychowują dwójkę nastolatków, chłopca i dziewczynkę, i Natalie bardzo się stara połączyć w jakąś funkcjonalną całość swoje życie prywatne z zawodowym. Długie godziny pracy nas śledztwem nie ułatwiają jednak stosunków z mężem i Natalie czuje się ciągle rozdarta pomiędzy misją odnalezienia zaginionych dziewczynek a potrzeba spędzania czasu z rodzina. Jest przy tym świetnym detektywem. Jest konkretna, rzeczowa i inteligentna i w taki tez sposób prowadzi swoje śledztwo. Praca jej zespołu jest metodyczna, przemyślana i konsekwentna i pomimo tego, że sprawca przewija się raz po raz przez ich dochodzenie i nie zostaje przez detektywów wychwycony, to ma to swoje dobre uzasadnienie. Jest logicznym działaniem zespołu a nie karygodnym zaniedbaniem. Akcja jest szybka, nie rozwleka się bezsensowanie w czasie i z każdym rozdziałem otrzymujemy kolejny ważny kawałek do naszej układanki.
Co do tożsamości samego przestępcy, to można się dość szybko domyślić kto nim będzie, co jednak wcale nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z czytania książki. Jest w niej wystraczająco dużo niewiadomych, aby trzymać nas w napięciu aż do ostatniej strony. Mnie historia wciągnęła tak bardzo, że przeczytałam ją w dwa dni.   

"The Birthday" to bardzo fajna lektura, w sam raz na weekend.  Polecam!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa; tłumaczyła Kasia Olm

środa, 5 września 2018

Przepaść, Michelle Paver

Tłumaczenie: Maciej Miłkowski

MOJA OCENA: 

OPIS: Przeszłość nie chce być pogrzebana. A prawda wcale nie wyzwala.

Himalaje, rok 1935.

Kanczendzonga. Mityczna góra, trzeci co do wielkości szczyt na Ziemi. Jej lawiny są zabójcze, a rozrzedzone powietrze i ekstremalne wysokości wywołują zaburzenia, które mogą doprowadzić do obłędu.

Pięciu Anglików wyrusza z Dardżyling, pragnąc zdobyć święty szczyt. Ich odwaga i upór nie zachwieją się, aż do czasu… Góra nie jest ich jedynym przeciwnikiem – jeszcze jedno, koszmarne niebezpieczeństwo czai się w przepaści…

RECENZJA: Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Książka rozczarowała mnie od początku do końca i nie pozostaje mi nic innego jak odłożyć ja teraz na polkę i szybko i niej zapomnieć.  

Wśród wszystkich kategorii książek, które czytam po horrory sięgam bardzo rzadko. Nie wiążę się to jednak z tym, że ich nie lubię. Wręcz przeciwnie. Wśród moich ulubionych pozycji książkowych z łatwością znajdziecie kilka dreszczowców, jak na przykład “To” Kinga czy “Terror” Simmonsa. Mój problem z powieściami grozy jest taki, że się ich zwyczajnie boję. W ciągu dnia nie przerażają mnie żadne duchy, potwory czy zjawy jednak, kiedy tylko zapadnie zmrok, moja wyobraźnia nie daje mi spać. Wracają do mnie wszystkie przerażające sceny, które czytałam w dzień i rozrastają się w głowie, przybierając straszniejsze jeszcze kolory i rozmiary. Nakrywam się wtedy kołdrą po same uszy i boje się rozglądać po sypialni. Poważnie. Odchorowanie jednego horroru zazwyczaj zabiera mi kilka tygodni i to wcale nie jest fajny dla mnie czas. Dlatego właśnie zazwyczaj ich unikam i czytam nie więcej jak jedną czy dwie tego typu powieści w roku. (Tak, ja wiem, że to wstyd, żeby dorosła kobieta bala się książek, no ale nic na to nie poradzę. Takie już ze mnie strachajło.)

W tym roku mam najwyraźniej pecha na słabe horrory.  Najpierw, wiosną, czytałam “Nawiedzony dom na wzgórzu” Shirley Jackson - klasyk, który zamiast mnie straszyć duchami, przerażająco mnie irytował. Recenzje znajdziecie na blogu, gdybyście chcieli o tym fiasku poczytać.

Teraz z kolei znalazłam “Przepaść” (tutaj wzdycham ciężko). Nie wiem czy książka tak mnie znudziła dlatego, że w ciągu ostatnich tygodni miałam szczęście przeczytać kilka naprawdę świetnych powieści o górach, wspinaczkach, śniegach i lodowcach, przez co moje oczekiwania były zbyt wygórowane? “Wszystko za Everest” Krakauera, “Lodowe piekło” Mitchella oraz “Terror” Simmonsa zachwyciły mnie do tego stopnia, że od razu trafiły na listę moich ukochanych lektur i jestem pewna, że co najmniej dwie z nich przeczytam jeszcze raz.  Być może po lekturze takich bestsellerów, “Przepaść” musiała mnie rozczarować?

Brakuje w niej dosłownie wszystkiego tego, co tak mnie wciągnęło w poprzednich książkach. Bohaterowie są nijacy, powierzchowni i zbyt mało o nich wiem, abym mogła się do nich przywiązać, co jest dla mnie szczególnie ważne właśnie w horrorze. Musze chcieć, żeby bohater przeżył, pokonał zło, wyszedł z koszmaru cało, w przeciwnym razie nie potrafię się w historie zaangażować emocjonalnie.

Brakuje opisów samej wspinaczki, przygotowań, ekwipunku itd. Wyprawa ma miejsce w 1935 roku, więc ówczesne oprzyrządowanie znacznie rożni się od tego używanego dziś, a jednak autorka bardzo niewiele nam o tym mówi. Podobnie samo wchodzenie na Kanczendzongę potraktowane jest w książce bardzo powierzchownie i czytając, ma się wrażenie, że piątka alpinistów wybrała się na spacer po górach, a nie wspina się na trzecią, najwyższą górę świata. Byłoby fajnie gdybym mogła się trochę więcej o ich podroży dowiedzieć. O ich codziennych zmaganiach, o rzeczywistości życia na lodowcu, o fizycznych niebezpieczeństwach jakie taka wyprawa ze sobą niesie. Pozwoliłoby mi to stworzyć lepszy obraz całej historii i bliżej poznać poszczególnych bohaterów. 

Największym jednak rozczarowaniem okazała się sama zjawa nawiedzająca Kanczendzonge. Jak dla mnie, kogoś kto horrorów naprawdę się boi, ten duch po prostu nie był straszny. Ani duch, ani okoliczności w jakich się pojawiał, ani nawet jego historia. Ot, pojawia się coś na stokach i jest złe. To wszystko. Brakuje tu poczucia niebezpieczeństwa, fizycznego zagrożenia ze strony upiora i wskazówki co ten zamierza. Czy chce wszystkich alpinistów zabić? A może tylko wystraszyć I zmusić do odwrotu? Czy może ich dotknąć i zranić czy cala jego moc kończy się na ukazywaniu się wspinaczom? Czy da się go pokonać?


Dla mnie, "Przepaść" to zmarnowany potencjał. Pomysł na historię był dobry, ale gdzieś zapodziało się to, co w każdej dobrej książce jest najważniejsze i stanowi jej esencję:  bohaterowie, akcja i klimat powieści. Szkoda. Dwie gwiazdki.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa


poniedziałek, 27 sierpnia 2018

The 7½ Deaths of Evelyn Hardcastle, Stuart Turton


MOJA OCENA: 

OPIS: How do you stop a murder that’s already happened?

At a gala party thrown by her parents, Evelyn Hardcastle will be killed--again. She's been murdered hundreds of times, and each day, Aiden Bishop is too late to save her. Doomed to repeat the same day over and over, Aiden's only escape is to solve Evelyn Hardcastle's murder and conquer the shadows of an enemy he struggles to even comprehend--but nothing and no one is quite what they seem.

Deeply atmospheric and ingeniously plotted, The Seven Deaths of Evelyn Hardcastle is a highly original debut that will appeal to fans of Kate Atkinson and Agatha Christie.


RECENZJA: Świetnie mi się tę książkę czytało! Akcja wciągnęła mnie od samego początku i trzymała w napięciu aż do ostatniej strony. 

Opowiesc o Evelyn Hardcastle i jej siedmiu śmierciach rozpoczyna się jako jeden wielki mętlik, zarówno dla nas jak i dla głównego bohatera (a właściwie pierwszego z ośmiu głównych bohaterów). Podobnie jak Sebastian Bell, śledzimy wypadki rozgrywające się na naszych oczach i zupełnie nie mamy pojęcia co się dzieje, ani dlaczego. Wokół nas panuje złowroga atmosfera, pojawiają się tajemnicze postacie, ma miejsce brutalne morderstwo a my wraz z bohaterem cierpimy na całkowity zanik pamięci i nie potrafimy się w tej plątaninie odnaleźć. 

Stopniowo, strona po stronie, bohater po bohaterze, wydarzenie po wydarzeniu, gromadzimy okruchy informacji i powoli staramy się poskładać ten chaos w jedną, spójną całość. Zupełnie nam to oczywiście nie wychodzi. W nowym rozdziale następuje kolejny dzień, kolejny bohater, ma miejsce kolejne niezrozumiale wydarzenie i wszystko nagle zmienia się jak w kalejdoskopie a cala nasza misterna układanka sypie się jak przysłowiowy domek z kart. Przyznam wam, że niezwykle wciągnęło mnie to składanie drobinek faktów w logiczny kształt i nie mogłam wprost odłożyć tej książki nawet na chwile, obawiając się, że stracę z oczu jakiś istotny szczegół z kolejnego dnia. 

Jednak to, co zachwyciło mnie najbardziej w książce Turtona, zaraz obok samej fabuły, to sposób w jaki wykreował swoich bohaterów nadając każdemu z nich złożoną i ciekawą osobowość, przypisując im zarówno talenty jak i ułomności. Każdego z nich spotykamy jedynie na krótko a pomimo to, zdołałam polubić i przywiązać się do kilku z nich. Lord Ravencourt, Thomas Cunningham oraz Evelyn Hardcastle to tylko kilka z tych postaci które zapadły mi w pamięć i które wciąż ciepło wspominam. 

Fabuła książki jest również świetnie napisana. Kluczy i krąży, zmienia się i przekształca w naprawdę ciekawy i wciągający sposób. Jest to jedna z tych powieści -zagadek nad którymi głowisz się nawet wtedy, kiedy próbujesz zrobić sobie od niej przerwę. Bardzo podziwiam autorów, którzy potrafią pisać tak zagmatwane historie i się w tym nie gubią (choć czytałam wywiad z autorem w którym opowiadał, że przy pisaniu „The 7 ½ Deaths..” używał arkuszy obliczeniowych aby uporządkować wydarzenia i nie pogubić się w faktach). Jestem przekonana, że gdybym to ja próbowała stworzyć taka opowieść to końcowy rezultat byłby całkowicie pozbawiony sensu. Cale szczęście, że nie piszę książek, prawda?

Co do „The 7 ½ Deaths” to szczerze ja wam polecam. Ośmiu głównych bohaterów, upiorna starodawna posiadłość, głęboko skrywane rodzinne tajemnice i tylko jeden dzień aby rozwiązać mordercza zagadkę. Nie oderwiecie się od tej książki, obiecuję wam. Pochłonie was na cale godziny a zakończenie nie rozczaruje. Sięgnijcie po nią, bo warto!

Co do „The 7 ½ Deaths” to szczerze ja wam polecam. Osmiu glownych bohaterow, upiorna starodawna posiadlosc, gleboko skrywane rodzinne tajemnice i tylko jeden dzien aby rozwiazac mordercza zagadke. Nie oderwiecie sie od tej ksiazki. Pochlonie was na cale godziny a zakonczenie nie rozczaruje. Siegnijcie po nia, bo warto!

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa

czwartek, 12 lipca 2018

Dzieci krwi i kości (Dziedzictwo Oriszy #1), Tomi Adeyemi

MOJA OCENA: 

OPIS: Niegdyś kraina Orisza tętniła życiem i magiczną mocą, ale to już przeszłość. Teraz, pod rządami bezwzględnego władcy, magowie są ofiarami okrutnych prześladowań. Zélie straciła matkę, a jej lud – wszelką nadzieję. Kiedy jednak nadarza się okazja, aby pokonać monarchę, dziewczyna nie zamierza się poddać! Z pomocą zbuntowanej księżniczki planuje przechytrzyć następcę tronu, który chce unicestwić magię.
Orisza to niebezpieczna kraina, królestwo złowrogich śnieżnych lampartusów i mściwych duchów. Ale największym zagrożeniem dla Zélie jest ona sama, musi bowiem zapanować nad własną mocą i coraz silniejszym uczuciem do wroga…

RECENZJA: Od czasu do czasu, każdemu z nas wpada w ręce jedna z tych nielicznych książek, która zostawia w nas swój ślad, dotyka czegoś głęboko , porusza i przez to zostaje z nami na zawsze. „Children of Blood and Bone” jest dla mnie taką właśnie książką.  

Przede wszystkim jest pięknie napisana niemal poetyckim językiem, który płynie, malując żywe, barwne obrazy magicznego świata i królestwa Orïshy. Tomi Adeyemi, (wychowana w Stanach Zjednoczonych, jest dzieckiem nigeryjskich imigrantów) przy pisaniu powieści czerpała garściami z zachodnio-afrykańskiej mitologii z przecudnym wprost rezultatem. Bogowie i magia wykreowana w książce jest niezwykła, nowa i fascynująca, tak rożna od dobrze znanych nam elfów, krasnoludów i czarodziejów. Magia w "Children of Blood and Bone" jest zakorzeniona głęboko w żywiołach ziemi, w życiu i śmierci, w duszy magów. Ta nowa fantastyka całkowicie mnie zachwyciła i sprawiła, że mam ochotę dowiedzieć się więcej o afrykańskich wierzeniach i poznać ich niezwykłe legendy. 

Wyjątkowe w „Children of Blood and Bone”, bo rzadko spotykane w literaturze fantasy, jest również to, że wszyscy bohaterowie powieści są ciemnoskórzy. Adeyemi pięknie opisuje różnice w kolorach skóry swoich bohaterów, malując cale spektrum odcieni przepięknych, hebanowych postaci.  Następnie na tle tych właśnie różnic tworzy mrożąca krew w żyłach historię, która ani na chwilę nie zwalnia tempa i całkowicie pochłania. Dramat znęcania się jaśniejszej w odcieniu skóry grupy społecznej nad druga, ciemniejszą, w książce Adeyemi stanowi główny wątek historii i nie jest to przypadek. Jest to brutalne i surowe przypomnienie o prawdziwych problemach dyskryminacji rasowych od wielu lat nękających Stany Zjednoczone.

„Children of Blood and Bone” to przede wszystkim opowieść o strachu i uprzedzeniach, o opresji i nienawiści. O sile potrzebnej by walczyć o to, co słuszne, o poświęceniu i wierze w to, że potencjał by zmienić świat, drzemie w każdym z nas. Ta książka to głos przeciwko dyskryminacji, przemocy i  represjom. To głos protestu wołający  o sprawiedliwość i walkę  o godność każdego człowieka,  niezależnie od koloru skory.  


"Children od Blood nad Bone" to świetna historia, ale przede wszystkim bardzo ważna i potrzebna. Jest to również debiut literacki Tomi Adeyemi i jeśli jest to przedsmak tego, co autorka jeszcze ma nam do zaserwowania to wróżę Adeyemi ogromny sukces jako jednej z najważniejszych autorek w Stanach Zjednoczonych.  Z niecierpliwością czekam na drugi tom powieści.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa

wtorek, 19 czerwca 2018

The Summer Children (Kolekcjoner #3), Dot Hutchison

MOJA OCENA: 

OPIS:  Ta agentka FBI przyzwyczaiła się już oczekiwać prawie wszystkiego. Z wyjątkiem tego…

Kiedy agentka specjalna Mercedes Ramirez znajduje na swojej werandzie małego chłopca, całego pokrytego krwią i tulącego w ramionach pluszowego misia jeszcze nie wie, że to dopiero początek. Chłopiec opowiada jej straszną historię: anioł zabił jego rodziców i przyprowadził tutaj, aby Mercedes mogła go chronić.

Jego rodzice nie zostali jednak tak po prostu zabici. To była rzez, masakra jakiej nikt w jednostce jeszcze nie widział. Ale zobaczą to ponownie. Anioł zemsty rozpoczął  właśnie wymierzanie okrutnej sprawiedliwości i nie zamierza szybko przestać.

Stopniowo, jeden po drugim, coraz więcej dzieci pojawia się na progu domu Mercedes i wszystkie opowiadają podobna historie. Każde dziecko to ofiara znęcania we własnym domu. Każde ociera się i rozdrapuje stare blizny Mercedes. Każde odciska swoje piętno na jej życiu i karierze.

Teraz kiedy dochodzenie wciąga ja głębiej w mrok, Mercedes zaczyna obawiać się, ze jeśli nie zniszczy jej śledztwo, zrobią to jej własne wspomnienia. 

RECENZJA: Bohaterowie "The summer children", czterej znani nam już agenci FBI, Ramirez, Eddison, Hannoverian oraz nowo przydzielona do zespołu Sterling, tym razem zajmują się tropieniem mordercy, który być może zagraża także jednemu z nich. Stawka jest podwójnie wysoka, dochodzenie wkracza w życie osobiste agentów a czas nieubłagalnie odlicza godziny do kolejnej tragedii.  Niestety w najnowszym kryminale Hutchison coś się zepsuło, coś nie zadziałało tak dobrze jak w dwóch wcześniejszych tomach i sprawiło że "The summer children" jest jedynie cieniem poprzednich powieści.

Po pierwsze główni bohaterowie książki, czterej agenci FBI stali się karykaturami samych siebie. Są irytująco idealni i pozbawieni wad. Zawsze wiedza jak się zachować, w każdej sytuacji wiedza co powiedzieć, potrafią znaleźć najwłaściwsze słowa aby poprawić każdą sytuacje. Nie popełniają błędów, nie są bezradni a jeśli już zdarzy im się pomyłka to nie jest ona spowodowana przez nich samych, zawalił oczywiście ktoś inny, mniej kompetentny, mniej fantastyczny niż oni. 

Również ich relacje z ofiarami, które poznaliśmy w poprzednich częściach cyklu, Inarą, Bliss i Priyą stały się co najmniej dziwne, żeby nie powiedzieć naciągane. To, że agenci federalni mieliby od czasu do czasu kontaktować się z dziewczynami aby sprawdzić jak się maja to jedno, ale niemal dosłowne ich adoptowanie  przez cały zespół dochodzeniowy to już kompletna bzdura. W ciągu trzech lat od wydarzeń w Ogrodzie trojka agentów stała się nagle rodzeństwem dla trzech pokaleczonych, zgnębionych i wstrząśniętych dziewczyn i weszła w zażyłość, która tak dalece wykracza poza zwykle zainteresowanie, że zaczyna to wyglądać niemal na obsesję i historia całkowicie traci w moich oczach jakąkolwiek wiarygodność.

Podobnie ma się wątek pozbierania się i "uleczenia" trójki dziewczyn, które nie tak dawno padły ofiarami przerażających zbrodni. Mam wrażenie ze Hutchison na sile próbuje wynagrodzić bohaterkom wszystkie traumy i doświadczenia z poprzednich książek i nagle obraca ich życia w pasma samych sukcesów, rozkoszy i beztroski. 

To absurdalne szczęście kontrastowane jest zwłaszcza silnie przez opowieść Ramirez o własnych, podobnych doświadczeniach. Jak bardzo trudno było jej się pozbierać, jak przerażająco powoli ten proces postępował i jak nawet do dziś wciąż się ta trauma za nią ciągnie, wpływając zarówno na jej życie jak i prace. Nic z tego zdaje się nie dotyczyć Inary, Victorii-Bliss czy Priya’i. Tak jakby te trzy dziewczyny były nagle w stanie odciąć, odkroić tamte przeżycia i zbudować swoja przyszłość zupełnie poza tamtymi doświadczeniami. Nie podoba mi się ten zabieg. Nie wierze w takie cudowne ozdrowienie, szybkie dojście do siebie z głębokich traum. Jest tutaj jakiś rozdźwięk pomiędzy tym co widzieliśmy w poprzednich książkach a tym beztroskim życiem, które dziewczyny wiodą obecnie. Ich relacje z agentami bardzo się w ten rozdźwięk wpisują. Szkoda, bo przez ten zabieg książka staje się infantylną bajką dla dzieci i zupełnie marnuje świetnie naszkicowany porter psychologiczny ofiar i agentów, który Hutchison zbudowała w "Kolekcjonerze motyli". 

Dobrym przykładem takiego niezrozumiałego zabiegu upiększania historii dziewczyn jest motyw ze zdjęciem. W pewnym momencie książki pojawia się zdjęcie, na którym uwieczniony zostaje moment kiedy Priya rzuca otrzymanym właśnie od agenta Eddison'a misiem i trafia go prosto w głowę. Misie te wręczane są dzieciom po tragicznych przeżyciach podczas pierwszych rozmów z agentami FBI, jako przełamanie lodów i coś na pocieszenie, do czego można się przytulic i popłakać w tych strasznych momentach. Moment rzucenia misiem w agenta miał zostać uwieczniony na zdjęciu przez mamę Priya’i. Naprawdę mam uwierzyć, że kilka godzin po otrzymaniu informacji, że jej najstarsza córka została zamordowana z zimna krwią przez psychopatycznego szaleńca, zrozpaczonej matce przychodzi do głowy pstrykać zdjęcia młodszemu dziecku podczas przesłuchania z policja??? Temu dziecku, które właśnie straciło siostrę z która było związane tak blisko, ze pisały do siebie pamiętniki? Matce tego dziecka przychodzi do głowy pomysł uwieczniania na zdjęciach jej traumy i rozpaczy? Nie kupuje tego. Dla mnie jest to absolutnie niewiarygodne zdarzenie, które nie miałoby miejsca w prawdziwym życiu. 

Sam watek kryminalny jest dobry, rozdziera serce i poraża. Przeżycia dzieci są świetnie opisane, są dramatyczne bez zbędnych, sensacyjnych i okrutnych szczegółów. Niemoc i frustracja przebijające się przez strony książki, a także wypalenie i rozpacz na jakie narażeni są ludzie na co dzień pomagający dziecięcym ofiarom znęcania jest autentyczna, namacalna i burzy w nas krew.  Książka jest okej, niestety straciła dużo w stosunku do pierwszej części cyklu, głównie z powodu bezsensownych zabiegów upiększania życia bohaterek poprzednich powieści. Decydując się na taki krok, Hutchison sama na własne życzenie zepchnęła się z pozycji pisarki dobrych kryminałów do autorki nieco naiwnych książek dla młodzieży, koniecznie takich z happy endem. Szkoda. 


Dot Hutchison ogłosiła właśnie na swojej stronie, ze cykl „Kolekcjoner” został przemianowany z trylogii na serie. Najnowsza, czwarta książka w kolekcji ukarze się w 2019 roku i będzie nosić tytuł „The Vanishing Season”.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa, tłumaczyła Kasia Olm

piątek, 18 maja 2018

Żmijowisko, Wojciech Chmielarz

MOJA OCENA

OPIS: Grupa trzydziestolatków, przyjaciół ze studiów, co roku wyjeżdża wspólnie ze swoimi rodzinami na wakacje. Tym razem trafiają do zagubionej wśród jezior i lasów agroturystyki w niewielkiej wsi Żmijowisko. Bawią się jak zwykle – odreagowując stres szybkiego wielkomiejskiego życia. Jest alkohol, są narkotyki. A także skrywane od lat urazy, dawne uczucia i wzajemne pretensje.
Podczas jednej z mocno zakrapianych imprez ktoś kogoś prawie topi. Wywiązuje się kłótnia, podczas której otwierają się dawne rany. Następnego dnia córka jednej z par, piętnastoletnia Ada, znika. Pomimo poszukiwań nikomu nie udaje się jej odnaleźć. Rozpływa się w powietrzu.
Rok później jej ojciec wraca do Żmijowiska, by podjąć ostatnią próbę odnalezienia córki.

"Ada była ciągle najważniejsza. Każdego dnia o niej myślałem, każdego. O tym, co się stało. O tym, co moglibyśmy zrobić inaczej."
Przez te dwanaście miesięcy znienawidziła go cała Polska. Ale – jak się okazuje – nie wraca tam sam…

"Żmijowisko" to opowieść o tragedii, która niszczy. O rodzinie, która musi stawić czoło próbie przekraczającej ludzkie wyobrażenia. Uczuciach, które trwają pomimo mijających lat i nie niosą pocieszenia. Zdradzie, bólu i miłości. Strachu, zbrodni i karze. O tym, ile jesteśmy w stanie zrobić dla naszych dzieci i jak wiele nas to kosztuje.

RECENZJA: Tym co lubię najbardziej u Wojciecha Chmielarza jest to, że się w swoich książkach nie spieszy. Nie chodzi mi przy tym o szybkość ich pisania a o rozwój fabuły.  Wojtek jest skrupulatny i precyzyjny bez popadania w nudna drobiazgowość. Sposób w jaki maluje swoich bohaterów, ich osobowości i nastroje, ich trudy i zmagania, otaczająca ich rzeczywistość a nawet krajobrazy, jest rozmyślny i nieprzypadkowy i metodycznie, konsekwentnie prowadzi nas do ustalonego przez autora celu. Fabuła książki posuwa się naprzód zupełnie tak jak życie bohaterów: niby niespiesznie a jednak nieubłagalnie i nieuchronnie zbliża się ku przejmującemu finałowi. Akcja jest wartka, ale nie pędzi na oślep na złamanie karku i nie zostawia w tyle wiarygodność opowieści. 

To co mnie w książce uderzyło chyba najbardziej to prozaiczność popełnionej zbrodni, jej przypadkowość i głupota.  Jak niezwykle bezsensowna jest ta tragedia, jak być może łatwa do uniknięcia, gdyby ktoś z naszych bohaterów zebrał się na odwagę i w końcu zdecydował na szczerość. To opowieść o błędach i żalu, chowanych głęboko urazach, zmarnowanej młodości, niewykorzystanych szansach i toksycznym poczuciu obowiązku. 

"Żmijowiska" nie mogłam odłożyć. Wciągnęło mnie absolutnie i totalnie i po prostu musiałam dowiedzieć się jak to się wszystko skończy. A kończy się szokująco. Wyrywa serce i zostawia po sobie pustkę. Czyli tak jak w dobrym thrillerze być powinno. Biegnijcie do księgarni! Potrzebne wam "Żmijowisko"!

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa