Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horror. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 września 2018

Przepaść, Michelle Paver

Tłumaczenie: Maciej Miłkowski

MOJA OCENA: 

OPIS: Przeszłość nie chce być pogrzebana. A prawda wcale nie wyzwala.

Himalaje, rok 1935.

Kanczendzonga. Mityczna góra, trzeci co do wielkości szczyt na Ziemi. Jej lawiny są zabójcze, a rozrzedzone powietrze i ekstremalne wysokości wywołują zaburzenia, które mogą doprowadzić do obłędu.

Pięciu Anglików wyrusza z Dardżyling, pragnąc zdobyć święty szczyt. Ich odwaga i upór nie zachwieją się, aż do czasu… Góra nie jest ich jedynym przeciwnikiem – jeszcze jedno, koszmarne niebezpieczeństwo czai się w przepaści…

RECENZJA: Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Książka rozczarowała mnie od początku do końca i nie pozostaje mi nic innego jak odłożyć ja teraz na polkę i szybko i niej zapomnieć.  

Wśród wszystkich kategorii książek, które czytam po horrory sięgam bardzo rzadko. Nie wiążę się to jednak z tym, że ich nie lubię. Wręcz przeciwnie. Wśród moich ulubionych pozycji książkowych z łatwością znajdziecie kilka dreszczowców, jak na przykład “To” Kinga czy “Terror” Simmonsa. Mój problem z powieściami grozy jest taki, że się ich zwyczajnie boję. W ciągu dnia nie przerażają mnie żadne duchy, potwory czy zjawy jednak, kiedy tylko zapadnie zmrok, moja wyobraźnia nie daje mi spać. Wracają do mnie wszystkie przerażające sceny, które czytałam w dzień i rozrastają się w głowie, przybierając straszniejsze jeszcze kolory i rozmiary. Nakrywam się wtedy kołdrą po same uszy i boje się rozglądać po sypialni. Poważnie. Odchorowanie jednego horroru zazwyczaj zabiera mi kilka tygodni i to wcale nie jest fajny dla mnie czas. Dlatego właśnie zazwyczaj ich unikam i czytam nie więcej jak jedną czy dwie tego typu powieści w roku. (Tak, ja wiem, że to wstyd, żeby dorosła kobieta bala się książek, no ale nic na to nie poradzę. Takie już ze mnie strachajło.)

W tym roku mam najwyraźniej pecha na słabe horrory.  Najpierw, wiosną, czytałam “Nawiedzony dom na wzgórzu” Shirley Jackson - klasyk, który zamiast mnie straszyć duchami, przerażająco mnie irytował. Recenzje znajdziecie na blogu, gdybyście chcieli o tym fiasku poczytać.

Teraz z kolei znalazłam “Przepaść” (tutaj wzdycham ciężko). Nie wiem czy książka tak mnie znudziła dlatego, że w ciągu ostatnich tygodni miałam szczęście przeczytać kilka naprawdę świetnych powieści o górach, wspinaczkach, śniegach i lodowcach, przez co moje oczekiwania były zbyt wygórowane? “Wszystko za Everest” Krakauera, “Lodowe piekło” Mitchella oraz “Terror” Simmonsa zachwyciły mnie do tego stopnia, że od razu trafiły na listę moich ukochanych lektur i jestem pewna, że co najmniej dwie z nich przeczytam jeszcze raz.  Być może po lekturze takich bestsellerów, “Przepaść” musiała mnie rozczarować?

Brakuje w niej dosłownie wszystkiego tego, co tak mnie wciągnęło w poprzednich książkach. Bohaterowie są nijacy, powierzchowni i zbyt mało o nich wiem, abym mogła się do nich przywiązać, co jest dla mnie szczególnie ważne właśnie w horrorze. Musze chcieć, żeby bohater przeżył, pokonał zło, wyszedł z koszmaru cało, w przeciwnym razie nie potrafię się w historie zaangażować emocjonalnie.

Brakuje opisów samej wspinaczki, przygotowań, ekwipunku itd. Wyprawa ma miejsce w 1935 roku, więc ówczesne oprzyrządowanie znacznie rożni się od tego używanego dziś, a jednak autorka bardzo niewiele nam o tym mówi. Podobnie samo wchodzenie na Kanczendzongę potraktowane jest w książce bardzo powierzchownie i czytając, ma się wrażenie, że piątka alpinistów wybrała się na spacer po górach, a nie wspina się na trzecią, najwyższą górę świata. Byłoby fajnie gdybym mogła się trochę więcej o ich podroży dowiedzieć. O ich codziennych zmaganiach, o rzeczywistości życia na lodowcu, o fizycznych niebezpieczeństwach jakie taka wyprawa ze sobą niesie. Pozwoliłoby mi to stworzyć lepszy obraz całej historii i bliżej poznać poszczególnych bohaterów. 

Największym jednak rozczarowaniem okazała się sama zjawa nawiedzająca Kanczendzonge. Jak dla mnie, kogoś kto horrorów naprawdę się boi, ten duch po prostu nie był straszny. Ani duch, ani okoliczności w jakich się pojawiał, ani nawet jego historia. Ot, pojawia się coś na stokach i jest złe. To wszystko. Brakuje tu poczucia niebezpieczeństwa, fizycznego zagrożenia ze strony upiora i wskazówki co ten zamierza. Czy chce wszystkich alpinistów zabić? A może tylko wystraszyć I zmusić do odwrotu? Czy może ich dotknąć i zranić czy cala jego moc kończy się na ukazywaniu się wspinaczom? Czy da się go pokonać?


Dla mnie, "Przepaść" to zmarnowany potencjał. Pomysł na historię był dobry, ale gdzieś zapodziało się to, co w każdej dobrej książce jest najważniejsze i stanowi jej esencję:  bohaterowie, akcja i klimat powieści. Szkoda. Dwie gwiazdki.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa


czwartek, 3 maja 2018

Nawiedzony dom na wzgórzu, Shirley Jackson

TłumaczenieMaria Streszewska-Hallab

MOJA OCENA★☆☆

OPIS: „Wejście do Domu na Wzgórzu przypomina wkroczenie w głąb umysłu szaleńca; wkrótce sami zaczynamy popadać w obłęd” – Stephen King

Do starego, mrocznego i owianego złą sławą domu na wzgórzu przybywają cztery osoby: doktor Montague – znawca okultyzmu, szukający żelaznych dowodów na istnienie zjawisk paranormalnych, jego śliczna asystentka, Eleanor – młoda kobieta posiadająca sporą wiedzę na temat duchów, a także Luke – przyszły spadkobierca rezydencji. Z początku wydaje się, że będą mieć do czynienia jedynie z niewytłumaczalnymi odgłosami i zamykającymi się samoistnie drzwiami. Jednak tak naprawdę mroczny i tajemniczy dom cały czas gromadzi siły, by wybrać spośród śmiałków swoją ofiarę.

Nawiedzony dom na wzgórzu zaliczany jest do najważniejszych powieści grozy wszech czasów. Utwór doczekał się dwóch kinowych ekranizacji, a w 2018 roku ukaże się serial produkcji Netflix.

RECENZJA: Dziś trudno mi uwierzyć, że jeszcze kilka tygodni temu bałam się zacząć "Nawiedzony dom na wzgórzu".  

Zanim sięgnęłam po tę lekturę, naczytałam się kilku recenzji wychwalających ją jako mistrzostwo gatunku, więc nastawiałam się na mocna, gotycka opowieść z duchami. Taką na której będę się bać i nie będę mogła spać po nocach, co mi nad wyraz łatwo przychodzi. Z tego powodu po horrory sięgam dość rzadko, a kiedy już się na nie zdecyduję, wzbieram książki w których, obok przerażających strachów, znajdę naprawdę świetnie napisane postacie i ciekawą fabułę. Według recenzji, opowieść Jackson spełniała wszystkie te wzmagania. 

Jakie było więc moje rozczarowanie, kiedy po przeczytaniu połowy książki, nie natrafiłam na ani jeden groźny lub wypełniony strachami fragment. Co więcej, w całej historii znajdują się zaledwie dwie sceny, w których dzieje się coś złowrogiego, co można zaliczyć jako upiorne i nadprzyrodzone. Cała reszta książki to snucie się bohaterów po domu, popijanie brandy i prowadzenie całkowicie pozbawionych sensu dialogów. Te ostatnie przyprawiały mnie o mdłości i sprawiały ze miałam ochotę wydrapać sobie oczy, byleby już tych bredni nie czytać. 

Skąd się te beznadziejne rozmówki wzięły? Czy jest to wynik nieudolnego tłumaczenia z oryginału czy może takie sztuczne twory są dziełem autorki? Nie wiem i nie mam zamiaru tego sprawdzać. Nie dałabym rady przeczytać tej książki jeszcze raz, nawet w oryginale. 

Bohaterowie też niestety tej książki nie ratują. Eleanor jest miałka, niemrawa, pozbawiona własnego zdania i jakiejkolwiek osobowości, dziecinna i nużąca. Theodora jest pewna siebie, arogancka, wyniosła i niesympatyczna. To właśnie te dwie postacie wypowiadają w książce najbardziej idiotyczne i irytujące kwestie, sprawiając wrażenie nieskończenie głupich, niedorzecznych i odpychających. Nie mogłam znieść ani jeden ani drugiej. 

Mężczyźni są w porównaniu z kobietami bezbarwni i nijacy. Luke to rozpuszczony kobieciarz, któremu wydaje się ze ma ciężkie życie a o doktorze Montague wiemy tylko tyle, że zajmuje się badaniem zjawisk paranormalnych i jest całkowicie zdominowany przez swoją gburowatą żonę. Jako samozwańczy ekspert od zjawisk metafizycznych, nie wnosi on absolutnie niczego do tej historii, poza nakłonieniem naszej gromadki do spędzenia czasu w nawiedzonej posiadłości i okazuje się być całkowicie bezużyteczny.

Narracja książki prowadzona jest z perspektywy Eleanor,  gdzie w miarę postępu fabuły  obserwujemy jak dom, czy raczej zło panoszące się w nim, przejmuje powoli i stopniowo umysł dziewczyny. Nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, że koszmarny dwór na swoją ofiarę wybrał właśnie Eleanor – jest ona zdecydowanie najbardziej naiwna i ograniczona z naszej czwórki bohaterów i sprawia niekiedy wrażenie upośledzonej umysłowo. Stanowi łatwy cel.

To czego mi w tej książce brakuje, oprócz interesujących bohaterów to jakiejś intensywnej, gwałtownej kulminacji, jakiegoś zwieńczenia narastającego powoli napięcia. To opisane w końcówce jak dla mnie nie jest wystarczające i reakcje bohaterów na wydarzenie niewspółmierne. Samo zakończenie zaskakuje, ale z nóg nie zwala. Niczego nie wyjaśnia, w nic się nie zagłębia, jest powierzchowne i niedostateczne i zostawia nas z poczuciem niedosytu. Jak zresztą cała historia.


Jako klasyk, "Nawiedzony dom na wzgórzu" na pewno można przeczytać. Jako horror lub choćby dreszczowiec, niestety rozczarowuje.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa