Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2020

Latarnia umarłych (Sedinum #2), Leszek Herman

MOJA OCENA: 

OPIS: Akcja "Latarni umarłych" rozgrywa się w rok po wydarzeniach opisanych w "Sedinum – wiadomość z podziemi". Troje młodych ludzi – Paulina, Igor i Johann – zostaje ponownie wplątanych w sensacyjne śledztwo, tym razem dotyczące pewnego morderstwa.

Dawno, dawno temu, w pewnym małym miasteczku nad samym morzem, w starym średniowiecznym zamczysku rodzi się chłopiec, który niedługo potem zostaje królem całej Skandynawii, a w ówczesnej Europie jest nazywany Cesarzem Północy.

Mijają wieki. Rok 1941. Mroźną listopadową porą, w samo południe, nieopodal miasta dochodzi do potężnej eksplozji, która kładzie pokotem wszystkie drzewa i wybija szyby w oknach w całej okolicy. Fala uderzeniowa odczuwalna jest w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a w pewnej starej kaplicy zapada się posadzka.

Blisko osiemdziesiąt lat później pewnego wiosennego dnia do redakcji popularnego, szczecińskiego dziennika przychodzi wiadomość od pewnego staruszka. W jego kolejnych listach nieprawdopodobne wspomnienia i sensacyjne szczegóły przeplatają się z urojeniami z czasów wojennych. Zajmująca się tym tematem dziennikarka Paulina Weber zaczyna wątpić w zdrowie psychiczne nadawcy. Gdy w ostatnim liście zdradza on, że od wielu lat ukrywa zakopane w piwnicy zwłoki, jest już tego pewna…  


Pozostawione przez niego stare dokumenty z wolna zaczynają jednak odsłaniać mroczne wydarzenia, które za czasów drugiej wojny światowej rozegrały się w sennej, nadmorskiej scenerii...


RECENZJA: Kolejna pierwszorzędna powieść od autora “Sedinum”! “Latarnia umarłych” to druga książka Leszka Hermana która przeczytałam i oczywiście od razu wpadłam w nia po uszy! Od dziś możecie mnie zaliczać do grona wiernych fanek autora.


Książka jest przede wszystkim świetnie napisana, znów pełna ciekawych historii Pomorza, przy czym absolutnie nie zanudza. W tej części zdecydowanie mniej jest opisów architektury, a te które znalazły się w tekście nie są rozwlekle i nie odwracają uwagi od głównej fabuły.

Bardzo lubię u Leszka Hermana te krótkie opowiastki z przeszłości Pomorza, zagubione w czasie i pewnie zapomniane przez większość ludzi, tak pięknie przywrócone przez niego do życia. Ma on wspaniały talent do budowania niezwykłych historii z legend i mitów, wyszperanych gdzieś miejscowych przekazów i do tworzenia z nich fenomenalnych przygód, które wciągają jak najlepsze thrillery.

W “Latarni umarłych” zdarzyło mi się co prawda parę razy odgadnąć co łączy zagadkowe watki powieści zanim wpadli na to jej bohaterowie. Zazwyczaj bardzo mi to przeszkadza podczas lektury, bo nie lubię, kiedy bohaterowie okazują się mniej bystrzy od czytelnika. Pachnie mi to od razu manipulacją i próbą przedłużenia na siłę powieści. Ciekawe jednak, że w “Latarni umarłych” nie drażniło mnie to aż tak bardzo. Zastanawiałam się, dlaczego i chyba po prostu dlatego, że historia z tej książki jest naprawdę świetna i wciągająca, i bezsprzecznie przewyższa swoja jakością jakiekolwiek niewielkie niedoskonałości tekstu.

W poprzedniej części, “Sedinum”, której recenzje możecie przeczytać TUTAJ, bardzo pod skórę zalazła mi jednak bohaterka, Paulina Weber. Przyznam się bez bicia, że biorąc do ręki “Latarnię umarłych” miałam cichą nadzieję, że Pauliny w niej nie będzie. Paulina w książce oczywiście występuje, i tym razem to głownie z jej perspektywy śledzimy rozwój wydarzeń. Na szczęście wykazuje się ona nieco większym sprytem niż w poprzedniej częsci trylogii i nawet udaje jej się powiązać prawidłowo wątek czy dwa. Wciąż daleko jej do bystrej dziennikarki, ale niewielką poprawę dało się wyczuć. Niestety, równocześnie poznajemy tutaj Paulinę nieco bliżej jako osobę i musze wam powiedzieć, że ja jej po prostu nie lubię. Wydaje mi się ograniczona umyslowo, bez polotu i sprawia na mnie wrażenie płytkiej i zmanierowanej. Mam szczerą nadzieję, że Igor się z nią jednak nie zwiąże, bo chłopak zasługuje na bardziej rozgarnięta (i ogarnięta) towarzyszkę życia. 

Są to oczywiscie moje wlasne, osobiste uprzedzenia i tak naprawde nie moge zaliczyc jednej irytujacej bohaterki do mankamentow tej powiesci. 

Zdecydowanie najlepszą jednak częścią „Latarni umarłych” jest jej finał. Kierunek, w którym poszedł Leszek Herman jest fenomenalny, realistyczny i wprowadził mnie w naprawdę dobry nastrój. Nietrudno sobie wyobrazić jak fajnie by było, gdyby rzeczywiście takie wydarzenie miało miejsce. Piec gwiazdek należy się autorowi za sam pomysł na to zakończenie.

“Latarnia umarłych” to powieść w stu procentach warta przeczytania, a gdy już po nią sięgniecie, nie będziecie mogli się od niej oderwać. Polecam Wam ją gorąco i obiecuję, że nie będziecie nią zawiedzeni.
Pięć gwiazdek!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa


wtorek, 18 września 2018

Zgadnij kto, Chris McGeorge

MOJA OCENA

OPIS: W wieku jedenastu lat Morgan Sheppard rozwiązuje zagadkę niespodziewanej śmierci swojego nauczyciela matematyki. Mimo że wyglądała na samobójstwo, Morgan odnajduje zabójcę i zyskuje przydomek „małoletniego detektywa”.

Dwadzieścia pięć lat później…

…Morgan Sheppard budzi się w obcym pokoju hotelowym przykuty kajdankami do łóżka. Oprócz niego jest tam pięć nieznajomych osób. W łazience znajdują czyjeś zwłoki. Jedna z osób w pokoju jest zabójcą, a Sheppard ma trzy godziny, by odkryć która.

Jeżeli mu się nie uda, wszyscy zginą.

W pokoju z każdą upływającą minutą gęstnieje atmosfera. Dochodzi do kłótni, wybuchów paniki, wzajemnych oskarżeń. Sheppard, walcząc ze swoimi ograniczeniami i uzależnieniami oraz pokonując niechęć otaczających go osób, rozpaczliwie poszukuje rozwiązania zagadki. Aby uratować siebie i pozostałych przed niechybną śmiercią, będzie musiał cofnąć się do lat swojego dzieciństwa i zmierzyć się z duchami przeszłości.

Zgadnij kto to kryminał napisany w konwencji popularnych ostatnimi laty escape roomów. Klaustrofobiczna atmosfera ograniczonej przestrzeni, w której znajduje się trup, morderca i reszta niewinnych, na pozór przypadkowych osób sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem.

RECENZJA: Książkę czytałam w oryginale.

Coś tutaj nie wyszło. A tak się dobrze zapowiadało. 

Sześciu nieznajomych zamkniętych w jednym pokoju, trup w wannie i trzy godziny na odgadnięcie, kto jest mordercą. Początek brzmi jak dobry kryminał, prawda? Taki z głęboką analizą uwięzionych osób, powolnym szukaniem motywu, składaniem strzępków informacji w spójną całość, aż do momentu, kiedy morderca zostaje odkryty. 
Żadnej z tych rzeczy nie znalazłam w "Zgadnij kto". Tak jak pisałam wyżej, książka zaczyna się w miarę dobrze a potem już niestety jest tylko źle. Owszem, pojawiają się jakieś tam zdawkowe informacje o poszczególnych osobach, ale jest ich zdecydowanie za mało, żebym mogła choć przez chwile pobawić się w detektywa i spróbować odgadnąć o co tutaj chodzi. Jeden wielki bajzel, niemal bez znaczenia dla samej historii. W dodatku to, czego dowiadujemy się o bohaterach zamkniętych w pokoju jest przeraźliwie nudne i okazuje się kompletną stratą czasu, ponieważ w ogromnej mierze nie wpływa w żaden sposób na “śledztwo”. 

Jedyną rzeczywiście interesującą historią w "Zgadnij kto" jest opowieść o wydarzeniach z dzieciństwa Shepparda. To, co w jego życiu miało miejsce jest bez wątpienia zaskakujące i przez długi czas trzyma w napięciu. Niestety, tylko po to, żeby na koniec opaść, jak sflaczały balon.  
Zakończenie jest nudne i brakuje w nim finałowej kulminacji, która zostawiłaby nas w zadumie nad ludzką naturą. Zamiast tego mamy dwóch dorosłych przygłupów bijących się na plaży, gdzie jeden wart jest drugiego. I pomyśleć przez tą parę zmarnowałam dwa wieczory. Dwie gwiazdki.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

niedziela, 9 września 2018

The Birthday, Carol Wyer

MOJA OCENA: 

OPIS: Pięcioletnia Ava Sawyer poszła na urodziny do koleżanki Harriet i nigdy  nie wróciła. Policyjne śledztwo nie znalazło ani sprawcy porwania ani śladów  dziewczynki. 
Dwa lata później znika Audrey Briggs. Ona też uczestniczyła w tamtym przyjęciu urodzinowym. 
Do sprawy przydzielona zostaje detektyw Natalie Ward, mama dwóch nastolatków, której zaginiecie Avy i Aubrey mrozi krew w żyłach, tak bardzo przypominając jej ostatnie śledztwo, nad którym pracowała. Śledztwo,  które skończyło się tragicznie. 
Natalie wkrótce odkrywa, że matka Avy nie potrafi wytłumaczyć nieścisłości w  swoim alibi i nabiera pewności, że ojciec Avy też nie mówi całej prawdy. 
Podobnie Elsa, właścicielka centrum ogrodniczego, gdzie odbywało się przyjęcie  urodzinowe,  wydaje się coś ukrywać. Co widziała tamtego dnia? 
Kiedy Natalie nabiera przekonania, że Ave i Aubrey zamordował ktoś z ich bliskiego otoczenia, kolejna dziewczynka, która była na urodzinach u Harriet  nie wraca do domu z lekcji baletu. 
Czy Natalie znajdzie zabójcę zanim dopadnie on kolejne niewinne ofiary?

RECENZJA: Książkę czytałam w oryginale.

Powiem wam, że z "The Birthday" Carol Wyer spędziłam bardzo przyjemny weekend. Książka jest szybka w czytaniu i ciekawa. Głowiłam się nad rozwiązaniem zagadki zniknięcia dziewczynek razem z Natalie Ward, bohaterką-detektywem i miałam podobne, silne przeczucie, że w miarę postępu śledztwa trzymamy w rękach wszystkie kawałki układani, tylko nie bardzo jeszcze wiemy jak je do siebie dopasować.  

Główna bohaterka, Natalie Ward jest nie tylko detektywem, ale także żoną i mamą. Wraz z mężem, Davidem wychowują dwójkę nastolatków, chłopca i dziewczynkę, i Natalie bardzo się stara połączyć w jakąś funkcjonalną całość swoje życie prywatne z zawodowym. Długie godziny pracy nas śledztwem nie ułatwiają jednak stosunków z mężem i Natalie czuje się ciągle rozdarta pomiędzy misją odnalezienia zaginionych dziewczynek a potrzeba spędzania czasu z rodzina. Jest przy tym świetnym detektywem. Jest konkretna, rzeczowa i inteligentna i w taki tez sposób prowadzi swoje śledztwo. Praca jej zespołu jest metodyczna, przemyślana i konsekwentna i pomimo tego, że sprawca przewija się raz po raz przez ich dochodzenie i nie zostaje przez detektywów wychwycony, to ma to swoje dobre uzasadnienie. Jest logicznym działaniem zespołu a nie karygodnym zaniedbaniem. Akcja jest szybka, nie rozwleka się bezsensowanie w czasie i z każdym rozdziałem otrzymujemy kolejny ważny kawałek do naszej układanki.
Co do tożsamości samego przestępcy, to można się dość szybko domyślić kto nim będzie, co jednak wcale nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z czytania książki. Jest w niej wystraczająco dużo niewiadomych, aby trzymać nas w napięciu aż do ostatniej strony. Mnie historia wciągnęła tak bardzo, że przeczytałam ją w dwa dni.   

"The Birthday" to bardzo fajna lektura, w sam raz na weekend.  Polecam!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa; tłumaczyła Kasia Olm

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

The 7½ Deaths of Evelyn Hardcastle, Stuart Turton


MOJA OCENA: 

OPIS: How do you stop a murder that’s already happened?

At a gala party thrown by her parents, Evelyn Hardcastle will be killed--again. She's been murdered hundreds of times, and each day, Aiden Bishop is too late to save her. Doomed to repeat the same day over and over, Aiden's only escape is to solve Evelyn Hardcastle's murder and conquer the shadows of an enemy he struggles to even comprehend--but nothing and no one is quite what they seem.

Deeply atmospheric and ingeniously plotted, The Seven Deaths of Evelyn Hardcastle is a highly original debut that will appeal to fans of Kate Atkinson and Agatha Christie.


RECENZJA: Świetnie mi się tę książkę czytało! Akcja wciągnęła mnie od samego początku i trzymała w napięciu aż do ostatniej strony. 

Opowiesc o Evelyn Hardcastle i jej siedmiu śmierciach rozpoczyna się jako jeden wielki mętlik, zarówno dla nas jak i dla głównego bohatera (a właściwie pierwszego z ośmiu głównych bohaterów). Podobnie jak Sebastian Bell, śledzimy wypadki rozgrywające się na naszych oczach i zupełnie nie mamy pojęcia co się dzieje, ani dlaczego. Wokół nas panuje złowroga atmosfera, pojawiają się tajemnicze postacie, ma miejsce brutalne morderstwo a my wraz z bohaterem cierpimy na całkowity zanik pamięci i nie potrafimy się w tej plątaninie odnaleźć. 

Stopniowo, strona po stronie, bohater po bohaterze, wydarzenie po wydarzeniu, gromadzimy okruchy informacji i powoli staramy się poskładać ten chaos w jedną, spójną całość. Zupełnie nam to oczywiście nie wychodzi. W nowym rozdziale następuje kolejny dzień, kolejny bohater, ma miejsce kolejne niezrozumiale wydarzenie i wszystko nagle zmienia się jak w kalejdoskopie a cala nasza misterna układanka sypie się jak przysłowiowy domek z kart. Przyznam wam, że niezwykle wciągnęło mnie to składanie drobinek faktów w logiczny kształt i nie mogłam wprost odłożyć tej książki nawet na chwile, obawiając się, że stracę z oczu jakiś istotny szczegół z kolejnego dnia. 

Jednak to, co zachwyciło mnie najbardziej w książce Turtona, zaraz obok samej fabuły, to sposób w jaki wykreował swoich bohaterów nadając każdemu z nich złożoną i ciekawą osobowość, przypisując im zarówno talenty jak i ułomności. Każdego z nich spotykamy jedynie na krótko a pomimo to, zdołałam polubić i przywiązać się do kilku z nich. Lord Ravencourt, Thomas Cunningham oraz Evelyn Hardcastle to tylko kilka z tych postaci które zapadły mi w pamięć i które wciąż ciepło wspominam. 

Fabuła książki jest również świetnie napisana. Kluczy i krąży, zmienia się i przekształca w naprawdę ciekawy i wciągający sposób. Jest to jedna z tych powieści -zagadek nad którymi głowisz się nawet wtedy, kiedy próbujesz zrobić sobie od niej przerwę. Bardzo podziwiam autorów, którzy potrafią pisać tak zagmatwane historie i się w tym nie gubią (choć czytałam wywiad z autorem w którym opowiadał, że przy pisaniu „The 7 ½ Deaths..” używał arkuszy obliczeniowych aby uporządkować wydarzenia i nie pogubić się w faktach). Jestem przekonana, że gdybym to ja próbowała stworzyć taka opowieść to końcowy rezultat byłby całkowicie pozbawiony sensu. Cale szczęście, że nie piszę książek, prawda?

Co do „The 7 ½ Deaths” to szczerze ja wam polecam. Ośmiu głównych bohaterów, upiorna starodawna posiadłość, głęboko skrywane rodzinne tajemnice i tylko jeden dzień aby rozwiązać mordercza zagadkę. Nie oderwiecie się od tej książki, obiecuję wam. Pochłonie was na cale godziny a zakończenie nie rozczaruje. Sięgnijcie po nią, bo warto!

Co do „The 7 ½ Deaths” to szczerze ja wam polecam. Osmiu glownych bohaterow, upiorna starodawna posiadlosc, gleboko skrywane rodzinne tajemnice i tylko jeden dzien aby rozwiazac mordercza zagadke. Nie oderwiecie sie od tej ksiazki. Pochlonie was na cale godziny a zakonczenie nie rozczaruje. Siegnijcie po nia, bo warto!

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa

środa, 11 lipca 2018

Tajemnica domu Helclów (Profesorowa Szczupaczyńska #1), Maryla Szymiczkowa

MOJA OCENA: 

OPIS: Profesorowa Szczupaczyńska ma tysiąc spraw na głowie. Musi pamiętać o pulardzie na obiad, nie zapomnieć kupić wina przeciwko cholerze, sprawdzić, czy nowa służąca dobrze wyczyściła srebra. I jednocześnie potwornie się nudzi. Kraków w 1893 roku nie obfituje w atrakcje.

Kiedy więc przypadkiem dowiaduje się, że w słynnym Domu Helclów zaginęła jedna z pensjonariuszek, zaczyna działać. Z wrodzoną dociekliwością – niektórzy mogliby ją nazwać wścibstwem – rozpoczyna śledztwo.

Kryminał Szymiczkowej to zaskakujący pastisz literatury z epoki, który dowodzi, że w mieszczańskim świecie pani Dulskiej jest miejsce na sensacyjną aferę. Przekorna gra z konwencją, wyjątkowy styl, cięte dialogi i przewrotny portret Krakowa końca XIX wieku. Błyskotliwa powieść Szymiczkowej wdzięk klasycznego kryminału łączy z pyszną satyrą na dawno minioną epokę.

RECENZJA: To co w książce piszących pod pseudonimem Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego najbardziej przypadło mi do gustu, to wspaniale stworzony klimat starego Krakowa i rewelacyjnie opisane życie krakowskiego mieszczaństwa z końca dziewiętnastego wieku. Ciągle napięcia i niesnaski,  wewnętrzne rozgrywki i przepychanki między rodzinami bez ustanku rywalizującymi o lepszy status społeczny. Żale i pretensje, wzajemna niechęć ukryta pod płaszczykiem życzliwości i sympatii, zdrady i sojusze,  wysiłki wkładane w to, by choć przez chwile pokazać się u boku arystokracji, zdobywając tym samym prestiż w środowisku i wywołując zazdrość rywali.  To wszystko bezbłędnie oddaje duszna, mieszczańską atmosferę Krakowa.

Największą zaletą "Tajemnicy domu Helclów" jest jednak zdecydowanie główna postać profesorowej Szczupaczyńskiej. Ambitna, energiczna, zdeterminowana żona profesora, nienagannie wpisuje się w wymogi mieszczańskiego stylu życia. Żelazną ręką prowadzi dom i rozporządza służbą, rywalizuje o względy w krakowskim środowisku, zabiega o honory a jednocześnie z gracją reprezentuje męża wśród socjety oraz dyskretnie, za kulisami dba o rozwój jego kariery akademickiej. Pomimo intensywnego życia Zofia faktycznie się nudzi i czuje, że w jej w życiu brakuje ekscytacji i podniet, czemu próbuje zaradzić czytając w wolnych chwilach kryminały. Nuda ta wyparowuje jednak jak kamfora, kiedy nieco przypadkiem zostaje wciągnięta w historię zniknięcia podopiecznej domu społecznego Helclow. Ten jeden dzień odmienia dotychczasowe, monotonne życie profesorowej i przeobraża ją w zdeterminowanego i nieustępliwego detektywa. Wykorzystując swoją ambicję, status społeczny i niepodważalną inteligencje, na własną rękę rozpoczyna śledztwo mające na celu wyjaśnienie niezwykłej tajemnicy. Jej fenomenalny spryt i przenikliwość, a także nadzwyczajna umiejętność wyciągania pozornie nic nieznaczących plotek od swoich rozmówców sprawiają,  że szybko wyprzedza w śledztwie policjantów i w ostateczności to właśnie ona sama rozwikłuje skomplikowana zagadkę.  

Najbardziej imponującą z szerokiego wachlarza umiejętności profesorowej Szczupaczyńskiej jest jednak przebiegłość, z którą po cichutku prowadzi całe śledztwo, kompletnie za plecami niczego nie podejrzewającego męża. Kontrast pomiędzy nieudolnym i mało spostrzegawczym Ignacym a zaradna i pomysłową Zofią nadaje tej powieści dodatkowego uroku i humoru oraz zjednuje sympatie naszej bohaterce. 

Pomimo tego, że watek kryminalny jest w "Tajemnicy domu Helclów" ciekawy i intrygujący to myślę, że książka spodoba się bardziej fanom powieści historycznych niż kryminałów, a to ze względu na mnogość opisów dziewiętnastowiecznego miasta Krakowa oraz życia jego mieszkańców. Dla mnie osobiście jest to wielki plus książki, ale jeśli ktoś w tego typu lekturze nie gustuje, może go to odrzucać.
Jeśli jednak kochacie starodawne historie napisane z humorem i niezwykłą starannością, to "Tajemnica domu Helclów " jest lektura w sam raz dla was. Polecam!

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



wtorek, 19 czerwca 2018

The Summer Children (Kolekcjoner #3), Dot Hutchison

MOJA OCENA: 

OPIS:  Ta agentka FBI przyzwyczaiła się już oczekiwać prawie wszystkiego. Z wyjątkiem tego…

Kiedy agentka specjalna Mercedes Ramirez znajduje na swojej werandzie małego chłopca, całego pokrytego krwią i tulącego w ramionach pluszowego misia jeszcze nie wie, że to dopiero początek. Chłopiec opowiada jej straszną historię: anioł zabił jego rodziców i przyprowadził tutaj, aby Mercedes mogła go chronić.

Jego rodzice nie zostali jednak tak po prostu zabici. To była rzez, masakra jakiej nikt w jednostce jeszcze nie widział. Ale zobaczą to ponownie. Anioł zemsty rozpoczął  właśnie wymierzanie okrutnej sprawiedliwości i nie zamierza szybko przestać.

Stopniowo, jeden po drugim, coraz więcej dzieci pojawia się na progu domu Mercedes i wszystkie opowiadają podobna historie. Każde dziecko to ofiara znęcania we własnym domu. Każde ociera się i rozdrapuje stare blizny Mercedes. Każde odciska swoje piętno na jej życiu i karierze.

Teraz kiedy dochodzenie wciąga ja głębiej w mrok, Mercedes zaczyna obawiać się, ze jeśli nie zniszczy jej śledztwo, zrobią to jej własne wspomnienia. 

RECENZJA: Bohaterowie "The summer children", czterej znani nam już agenci FBI, Ramirez, Eddison, Hannoverian oraz nowo przydzielona do zespołu Sterling, tym razem zajmują się tropieniem mordercy, który być może zagraża także jednemu z nich. Stawka jest podwójnie wysoka, dochodzenie wkracza w życie osobiste agentów a czas nieubłagalnie odlicza godziny do kolejnej tragedii.  Niestety w najnowszym kryminale Hutchison coś się zepsuło, coś nie zadziałało tak dobrze jak w dwóch wcześniejszych tomach i sprawiło że "The summer children" jest jedynie cieniem poprzednich powieści.

Po pierwsze główni bohaterowie książki, czterej agenci FBI stali się karykaturami samych siebie. Są irytująco idealni i pozbawieni wad. Zawsze wiedza jak się zachować, w każdej sytuacji wiedza co powiedzieć, potrafią znaleźć najwłaściwsze słowa aby poprawić każdą sytuacje. Nie popełniają błędów, nie są bezradni a jeśli już zdarzy im się pomyłka to nie jest ona spowodowana przez nich samych, zawalił oczywiście ktoś inny, mniej kompetentny, mniej fantastyczny niż oni. 

Również ich relacje z ofiarami, które poznaliśmy w poprzednich częściach cyklu, Inarą, Bliss i Priyą stały się co najmniej dziwne, żeby nie powiedzieć naciągane. To, że agenci federalni mieliby od czasu do czasu kontaktować się z dziewczynami aby sprawdzić jak się maja to jedno, ale niemal dosłowne ich adoptowanie  przez cały zespół dochodzeniowy to już kompletna bzdura. W ciągu trzech lat od wydarzeń w Ogrodzie trojka agentów stała się nagle rodzeństwem dla trzech pokaleczonych, zgnębionych i wstrząśniętych dziewczyn i weszła w zażyłość, która tak dalece wykracza poza zwykle zainteresowanie, że zaczyna to wyglądać niemal na obsesję i historia całkowicie traci w moich oczach jakąkolwiek wiarygodność.

Podobnie ma się wątek pozbierania się i "uleczenia" trójki dziewczyn, które nie tak dawno padły ofiarami przerażających zbrodni. Mam wrażenie ze Hutchison na sile próbuje wynagrodzić bohaterkom wszystkie traumy i doświadczenia z poprzednich książek i nagle obraca ich życia w pasma samych sukcesów, rozkoszy i beztroski. 

To absurdalne szczęście kontrastowane jest zwłaszcza silnie przez opowieść Ramirez o własnych, podobnych doświadczeniach. Jak bardzo trudno było jej się pozbierać, jak przerażająco powoli ten proces postępował i jak nawet do dziś wciąż się ta trauma za nią ciągnie, wpływając zarówno na jej życie jak i prace. Nic z tego zdaje się nie dotyczyć Inary, Victorii-Bliss czy Priya’i. Tak jakby te trzy dziewczyny były nagle w stanie odciąć, odkroić tamte przeżycia i zbudować swoja przyszłość zupełnie poza tamtymi doświadczeniami. Nie podoba mi się ten zabieg. Nie wierze w takie cudowne ozdrowienie, szybkie dojście do siebie z głębokich traum. Jest tutaj jakiś rozdźwięk pomiędzy tym co widzieliśmy w poprzednich książkach a tym beztroskim życiem, które dziewczyny wiodą obecnie. Ich relacje z agentami bardzo się w ten rozdźwięk wpisują. Szkoda, bo przez ten zabieg książka staje się infantylną bajką dla dzieci i zupełnie marnuje świetnie naszkicowany porter psychologiczny ofiar i agentów, który Hutchison zbudowała w "Kolekcjonerze motyli". 

Dobrym przykładem takiego niezrozumiałego zabiegu upiększania historii dziewczyn jest motyw ze zdjęciem. W pewnym momencie książki pojawia się zdjęcie, na którym uwieczniony zostaje moment kiedy Priya rzuca otrzymanym właśnie od agenta Eddison'a misiem i trafia go prosto w głowę. Misie te wręczane są dzieciom po tragicznych przeżyciach podczas pierwszych rozmów z agentami FBI, jako przełamanie lodów i coś na pocieszenie, do czego można się przytulic i popłakać w tych strasznych momentach. Moment rzucenia misiem w agenta miał zostać uwieczniony na zdjęciu przez mamę Priya’i. Naprawdę mam uwierzyć, że kilka godzin po otrzymaniu informacji, że jej najstarsza córka została zamordowana z zimna krwią przez psychopatycznego szaleńca, zrozpaczonej matce przychodzi do głowy pstrykać zdjęcia młodszemu dziecku podczas przesłuchania z policja??? Temu dziecku, które właśnie straciło siostrę z która było związane tak blisko, ze pisały do siebie pamiętniki? Matce tego dziecka przychodzi do głowy pomysł uwieczniania na zdjęciach jej traumy i rozpaczy? Nie kupuje tego. Dla mnie jest to absolutnie niewiarygodne zdarzenie, które nie miałoby miejsca w prawdziwym życiu. 

Sam watek kryminalny jest dobry, rozdziera serce i poraża. Przeżycia dzieci są świetnie opisane, są dramatyczne bez zbędnych, sensacyjnych i okrutnych szczegółów. Niemoc i frustracja przebijające się przez strony książki, a także wypalenie i rozpacz na jakie narażeni są ludzie na co dzień pomagający dziecięcym ofiarom znęcania jest autentyczna, namacalna i burzy w nas krew.  Książka jest okej, niestety straciła dużo w stosunku do pierwszej części cyklu, głównie z powodu bezsensownych zabiegów upiększania życia bohaterek poprzednich powieści. Decydując się na taki krok, Hutchison sama na własne życzenie zepchnęła się z pozycji pisarki dobrych kryminałów do autorki nieco naiwnych książek dla młodzieży, koniecznie takich z happy endem. Szkoda. 


Dot Hutchison ogłosiła właśnie na swojej stronie, ze cykl „Kolekcjoner” został przemianowany z trylogii na serie. Najnowsza, czwarta książka w kolekcji ukarze się w 2019 roku i będzie nosić tytuł „The Vanishing Season”.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa, tłumaczyła Kasia Olm

piątek, 18 maja 2018

Żmijowisko, Wojciech Chmielarz

MOJA OCENA

OPIS: Grupa trzydziestolatków, przyjaciół ze studiów, co roku wyjeżdża wspólnie ze swoimi rodzinami na wakacje. Tym razem trafiają do zagubionej wśród jezior i lasów agroturystyki w niewielkiej wsi Żmijowisko. Bawią się jak zwykle – odreagowując stres szybkiego wielkomiejskiego życia. Jest alkohol, są narkotyki. A także skrywane od lat urazy, dawne uczucia i wzajemne pretensje.
Podczas jednej z mocno zakrapianych imprez ktoś kogoś prawie topi. Wywiązuje się kłótnia, podczas której otwierają się dawne rany. Następnego dnia córka jednej z par, piętnastoletnia Ada, znika. Pomimo poszukiwań nikomu nie udaje się jej odnaleźć. Rozpływa się w powietrzu.
Rok później jej ojciec wraca do Żmijowiska, by podjąć ostatnią próbę odnalezienia córki.

"Ada była ciągle najważniejsza. Każdego dnia o niej myślałem, każdego. O tym, co się stało. O tym, co moglibyśmy zrobić inaczej."
Przez te dwanaście miesięcy znienawidziła go cała Polska. Ale – jak się okazuje – nie wraca tam sam…

"Żmijowisko" to opowieść o tragedii, która niszczy. O rodzinie, która musi stawić czoło próbie przekraczającej ludzkie wyobrażenia. Uczuciach, które trwają pomimo mijających lat i nie niosą pocieszenia. Zdradzie, bólu i miłości. Strachu, zbrodni i karze. O tym, ile jesteśmy w stanie zrobić dla naszych dzieci i jak wiele nas to kosztuje.

RECENZJA: Tym co lubię najbardziej u Wojciecha Chmielarza jest to, że się w swoich książkach nie spieszy. Nie chodzi mi przy tym o szybkość ich pisania a o rozwój fabuły.  Wojtek jest skrupulatny i precyzyjny bez popadania w nudna drobiazgowość. Sposób w jaki maluje swoich bohaterów, ich osobowości i nastroje, ich trudy i zmagania, otaczająca ich rzeczywistość a nawet krajobrazy, jest rozmyślny i nieprzypadkowy i metodycznie, konsekwentnie prowadzi nas do ustalonego przez autora celu. Fabuła książki posuwa się naprzód zupełnie tak jak życie bohaterów: niby niespiesznie a jednak nieubłagalnie i nieuchronnie zbliża się ku przejmującemu finałowi. Akcja jest wartka, ale nie pędzi na oślep na złamanie karku i nie zostawia w tyle wiarygodność opowieści. 

To co mnie w książce uderzyło chyba najbardziej to prozaiczność popełnionej zbrodni, jej przypadkowość i głupota.  Jak niezwykle bezsensowna jest ta tragedia, jak być może łatwa do uniknięcia, gdyby ktoś z naszych bohaterów zebrał się na odwagę i w końcu zdecydował na szczerość. To opowieść o błędach i żalu, chowanych głęboko urazach, zmarnowanej młodości, niewykorzystanych szansach i toksycznym poczuciu obowiązku. 

"Żmijowiska" nie mogłam odłożyć. Wciągnęło mnie absolutnie i totalnie i po prostu musiałam dowiedzieć się jak to się wszystko skończy. A kończy się szokująco. Wyrywa serce i zostawia po sobie pustkę. Czyli tak jak w dobrym thrillerze być powinno. Biegnijcie do księgarni! Potrzebne wam "Żmijowisko"!

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa


piątek, 4 maja 2018

Grzech (Komisarz Eryk Deryło #1), Max Czornyj

MOJA OCENA☆☆

OPIS: W Lublinie dochodzi do serii zaginięć. Ktoś porywa kobiety, a ich rodziny otrzymują tajemnicze listy. Do sprawy zostaje przydzielony wybuchowy komisarz Eryk Deryło.
Gdy znalezione zostają pierwsze zwłoki, na miasto pada strach, a presja wywierana na lubelską policję rośnie.
Tropy mnożą się i plączą. Krąg podejrzanych się poszerza.
Strach przeradza się w panikę. Ciało kobiety zostało okrutnie zbezczeszczone, z rozmysłem upozowane i porzucone na jednym z lubelskich cmentarzy. Morderca przez cały czas znajduje się o krok przed ścigającą go policją.
Do sprawy włącza się Miłosz Tracz, profiler mający za zadanie przygotować portret psychologiczny sprawcy.

Czy okoliczności, w jakich porzucane są ciała, mają znaczenie? A może wyraźne, bluźniercze nawiązania do symboliki religijnej stanowią jedynie próbę zmylenia pościgu?
Jedno jest pewne, zapłatą za grzech jest śmierć.

RECENZJA: "Grzech" Maxa Czornyja skończyłam czytać trzy tygodnie temu, tuż przed wyjazdem na krótki urlop. Zrobiłam notatki z książki a napisanie recenzji postanowiłam odłożyć do momentu powrotu z wakacji. To z kolei przeciągnęło się nieco w czasie, bo jak to zazwyczaj bywa pojawiło się kilka pilniejszych do ogarnięcia spraw i dopiero dziś usiadłam by ową recenzje napisać. 

Po przejrzeniu notatek ze zdziwieniem stwierdziłam, że stosunkowo niewiele z tej lektury pamiętam.  Pamiętam porwane i torturowane młode kobiety, ogromna ilość okrucieństwa i zmasakrowane ciała. Pamiętam pokręconego księdza, który nie jest księdzem oraz prowadzącego śledztwo niemłodego, zmęczonego i nieco wypalonego komisarza Deryło, do którego od razu poczułam sympatie. Swoją drogą ciekawa jest u mnie ta natychmiastowa przychylność i wręcz gustowanie w tego właśnie typu postaciach detektywów i komisarzy.  Starych wyjadaczach chleba, doświadczonych, zmęczonych praca i doświadczeniami, gderliwych i wybuchowych a jednocześnie całkowicie oddanych pracy i piekielnie skutecznych. Kiedy spotykam takiego bohatera w książce natychmiast zostaję jego wierną fanką. 

Fabuła książki posuwa się dość wartko, dochodzenie jest intensywne, przestępca popaprany, zbrodnie ohydne a pomimo to, opowieść nieszczególnie zapada w pamięć. Jej najsłabszym punktem zdecydowanie jest zakończenie, gdzie kulminacyjny moment jest zupełnie pozbawiony intensywności, rozmywa się, rozpada na kawałki i nie bardzo chce trzymać się kupy. Czegoś tu mocno brakuje a w wyjaśnieniu motywów zbrodni mam wrażenie, że autor poszedł trochę na łatwiznę lub może po prostu zabrakło mu pomysłu na mordercę. Książka sama w sobie nie jest zła, choć jest niezwykle brutalna i krwawa i jak dla mnie, brakuje jej spójnego wytłumaczenia zawartych w niej okrucieństw. Powiedziałabym, że jest to niezła pozycja na weekend lub wakacje, jako coś szybkiego i jednocześnie intensywnego do poczytania.

W swoim debiucie literackim Max Czornyj  pokazał jednak duży potencjał wiec z pewnością sięgnę po jego kolejna książkę.  Trzy gwiazdki.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



wtorek, 3 kwietnia 2018

Kredziarz, C.J. Tudor


Tłumaczenie: Piotr Kaliński

MOJA OCENA: ★★

OPIS: W mrocznych zakamarkach ludzkiego umysłu kryją się najbardziej fascynujące koszmary i tajemnice.

Rok 1986. Eddie i jego przyjaciele dorastają w sennym angielskim miasteczku. Spędzają czas, jeżdżąc na rowerach i szukając wrażeń. Porozumiewają się kodem: rysowanymi kredą ludzikami. Pewnego dnia jeden tajemniczy znak prowadzi ich do ludzkich zwłok. Od tej chwili wszystko zmienia się w ich życiu.

Trzydzieści lat później Eddie i jego przyjaciele dostają listy z wiadomością napisaną tajemniczym kodem z dawnych lat. Uważają, że to żart do momentu, gdy jeden z nich nie ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Do Eddiego dociera, że jedyną drogą do ocalenia siebie przed podobnym losem jest próba zrozumienia, co tak naprawdę stało się przed laty.

Kredziarz to najlepszy rodzaj suspense’u, w którym teraźniejszość doskonale współgra z reminiscencją, każda postać jest wyraźnie zarysowana i interesująca, żadna z zagadek nie pozostawia w czytelniku niedosytu, a zwroty akcji zaskoczą nawet najbardziej doświadczonego czytelnika.

RECENZJA: "Kredziarza" czytało mi się bardzo dobrze.

Historia trafiła do mnie, zakorzeniła się gdzieś głębiej w mojej świadomości i pięknie rozrosła w miarę czytania. Przywiązałam się do głównych bohaterów, chciałam wiedzieć co się z nimi stanie, obchodziły mnie losy wszystkich postaci a akcja przebiegała wartko i była ciekawa.

Na pewno sposób, w jaki autor opisuje realia bycia dzieckiem w latach 80-tych ma dużo wspólnego z moja sympatia do książki. Sama byłam dzieckiem w latach 80-tych i czytając "Kredziarza" poczułam nostalgie do własnego minionego dzieciństwa, kiedy największym dylematem letnich wakacji było to, czy spotykamy się pod orzechem na zabawę w chowanego, czy w piaskownicy żeby grać w kapsle. Kiedy można było całymi dniami włóczyć się po okolicy z przyjaciółmi, od czasu do czasu wpadając jak burza do domu, krzycząc: "Mama, daj picie!" i wybiegając znów przez frontowe drzwi jakby nas diabeł gonił.  Przypomniało mi się jak podwórka samoistnie pustoszały o zachodzie słońca a od czasu do czasu któraś z mam pojawiała się na balkonie aby ponaglić spóźnione, zatracone w zabawie dzieci do domu, na kolacje.  W "Kredziarzu" C.J. Tudor opisuje bardzo podobny świat, z którym przyjemnie jest się utożsamić. Na mnie to podziałało i sprawiło ze świetnie wczułam się w klimat książki.

Bohaterowie również są bardzo dobrze wykreowani. Grupka przyjaciół, spędzająca razem wakacje, włócząca się po pobliskim lesie, wynajdująca gry i zabawy aby umilić sobie długie, gorące dni lata.  Każdy z nich ma własne marzenia i własne problemy. Od niełatwych sytuacji rodzinnych, przez widmo starszych chłopaków z okolicy grożących im pobiciem aż do niespełnionych, wakacyjnych miłości. Ot, zwyczajne życie zwyczajnych dzieciaków, dopóki tragiczny wypadek w wesołym miasteczku wszystkiego nie zmienia. 
Widzimy naszych bohaterów również jako dorosłe osoby, wciąż borykające się z problemami, nieco innymi, bardziej dorosłymi, wciąż próbujące na swój sposób ułożyć sobie życie. Wszystkie te historie poznajemy z perspektywy Ediego i to on wprowadza nas w klimat tamtego dawnego lata oraz kontynuuje swoja opowieść aż do dnia dzisiejszego. Podoba mi się ta dwutorowa narracja, przeskakująca od lat 80-tych do chwili obecnej. Otrzymujemy w ten sposób jak gdyby dwie, równorzędne historie, dwie zagadki, które wiążą się ze sobą nierozerwalnie, przeplatają przeszłość z teraźniejszością i spotykają w kulminacyjnym punkcie książki.

To, co mnie w "Kredziarzu" nieco rozczarowało a czego się zupełnie nie spodziewałam, to motyw z duchami i zjawami. Jak dla mnie jest on całkowicie niepotrzebny i w moim przekonaniu odejmuje książce wiarygodności. Rozumiem motywację autora za umieszczeniem tych fragmentów w opowieści ale uważam, że i bez nich wystarczająco jasno maluje on postać Eddiego, żeby czytelnik mógł się domyślić co się z naszym bohaterem dzieje. Książka na pewno dostałaby ode mnie dodatkowa gwiazdkę, gdyby nie te bezsensowne akcenty.

Słabszym punktem jest także zakończenie. Przyznam, że nie domyśliłam się kto jest morderca i za to autorowi należą się pochwały, ale sam moment jego odnalezienia był dla mnie nieco rozczarowujący. Za mało było tu historii samego przestępcy i jego motywacji, choć ta ostatnia jest wyjaśniona w wiarygodny sposób. Ja chciałabym o nim poczytać nieco więcej, dowiedzieć się czegoś o tych uśpionych latach, zajrzeć głębiej w jego psychikę, poznać szerzej jego osobowość. Nie jest to jednak duży minus książki i na pewno nie zniechęca do jej przeczytania. Zdecydowanie polecam.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



niedziela, 25 marca 2018

Carved in bone (Body Farm #1), Jefferson Bass

MOJA OCENA: ★★★☆☆

OPIS: On the campus of the University of Tennessee lies a patch of ground unlike any in the world. The "Body Farm" is a place where human corpses are left to the elements, and every manner of decay is fully explored -- for the sake of science and the cause of justice. The scientist who created the Body Farm has broken cold cases and revolutionized forensics, and now, in this heart-stopping novel, he spins an astonishing tale inspired by his own experiences.

A woman's corpse lies hidden in a cave in the mountains of East Tennessee. Undiscovered for thirty years, her body has been transformed by the cave's chemistry into a near-perfect mummy -- one that discloses an explosive secret to renowned anthropologist Bill Brockton. Dr. Brockton has spent his career surrounded by death and decay at the Body Farm, but even he is baffled by this case unfolding in a unique environment where nothing is quite what it seems.

The surreal setting is Cooke County, a remote mountain community that's clannish, insular, and distrustful of outsiders. The heartbreaking discovery of the young woman's corpse reopens old wounds and rekindles feuds dating back decades. The county's powerful and uncooperative sheriff and his inept deputy threaten to derail Brockton's investigation altogether. So do Brockton's other nemeses: his lingering guilt over the death of his wife, and the fury of a medical examiner whom Brockton dares to oppose in court.

Carved in Bone is a richly atmospheric, superbly suspenseful, and magnificently rendered trip into the world of forensic science, the heart of the Appalachian Mountains, and the dark passageways of the human psyche. Full of vivid characters and startling twists and turns, this thrilling novel heralds the debut of a major new voice in crime fiction -- and an unforgettable work from the hand of a scientific legend. 

RECENZJA: Trzy i pół gwiazdki.

Jeżeli lubicie książki w których oprócz fikcyjnej historii możecie poczytać o prawdziwych metodach pracy policji, a w szczególności naukowców z szeroko pojętej dziedziny medycyny sadowej, to jest to lektura w sam raz dla was. Znajdziecie tutaj wiele szczegółowych i fascynujących opisów oględzin i analizy szczątków ludzkich, procedur wydobycia i ekshumacji zwłok, metod preparowania tkanek i kości oraz tego, jakie tajemnice kryją ludzkie ciała i jak wiele z tych tajemnic da się wyczytać już po śmierci.


Dla mnie książka była fascynująca właśnie z tego względu, choć musze przyznać ze jej główny bohater, antropolog sadowy Dr. Bill Brockton,  irytował mnie czasem swa bezmierną naiwnością i ślepą wiara w to, ze nic mu nie grozi. Fakt ze to właśnie on a nie policja, (jakby na to nie patrzeć, organizacja utworzona specjalnie po to by tropić przestępców) rozwiązuje zagadkę morderstwa sprzed lat jest nieco śmieszna i mało prawdopodobna, ale nie wpływa negatywnie na książkę. Są to marginalne minusy w moim odczuciu które absolutnie nie zepsuły mi lektury. Myślę, że dam Dr. Brocktonowi jeszcze jedna szanse. Kto wie, może się czegoś nauczył po swojej pierwszej przygodzie i nie będzie już próbował na własna rękę rozwiązywać policyjnego śledztwa? Tylko o czym byłaby ta następna książka, gdyby zaczął po prostu wykonywać swoja prace...?

Ten konkretny tytuł dostępny jest tylko w wydaniu angielsko języcznym ale kilka innych książek o tej samej tematyce od Jeffersona i Bassa wydane zostało po polsku.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa

Buy on Amazon:

wtorek, 13 marca 2018

Podpalacz (Jakub Mortka #1), Wojciech Chmielarz

MOJA OCENA: ★★★

OPIS: Pierwsza część cyklu z komisarzem Jakubem Mortką.

W zimową noc w willi na Ursynowie wybucha pożar, w którym ginie biznesmen, a jego żona, celebrytka, zostaje ciężko poparzona. Przez chwilę wygląda to na nieszczęśliwy wypadek. Przez krótką chwilę.

Sprawę prowadzi komisarz Mortka, przenikliwy człowiek w prestiżowej komórce policji, która potrafi doszczętnie zrujnować życie osobiste. Tao z pozoru proste dochodzenie coraz bardziej się gmatwa i niepostrzeżenie zaczyna pogarszać i tak już trudne relacje komisarza z byłą żoną.

Czy Mortce uda się rozwiązać sprawę, zanim dojdzie do kolejnej tragedii? Jaki cel ma podpalacz? Dlaczego wybiera akurat te, a nie inne domy? A może zależy mu na konkretnej osobie, a pozostałe podpalenia mają odwrócić uwagę? Czy aby wyegzekwować sprawiedliwość, komisarz naciągnie granice prawa?

RECENZJAChmielarz jest zdecydowanie lepszy od Mroza, jego bohaterowie kompleksowi i prawdziwi. Dobrze oddaje realia pracy policji w Polsce, nie przesadza z nadmiarem brawurowych akcji, nie udaje że Mortka to drugi James Bond.  

Sama historia jest ciekawa, fabuła dość prosta jak na dzisiejsze standardy kryminałów ale napisana naprawdę dobrze. Trzyma się kupy, ma sens, nie staje się fantazja z kosmosu i raz jeszcze jest wiarygodna w polskich realiach. Dla mnie jest to niezmiernie ważne i przesądza o tym, czy książka mi się spodoba czy nie. Chmielarz jest świetnym pisarzem, ma pomysł na swoich bohaterów i historie którą chce opisać i trzyma się tego konsekwentnie. W rezultacie dostajemy solidny kryminał, w który z łatwością można uwierzyć. 

Jeśli chcemy eksportować nasze, polskie książki za granice to powinny to być właśnie tytuły od Wojtka Chmielarza. Polecam.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



sobota, 10 marca 2018

Ekspozycja (Komisarz Forst #1), Remigiusz Mróz



MOJA OCENA: ★★☆☆

OPIS: Termin "ekspozycja" ma przynajmniej pięć znaczeń. Podobnie wieloznaczny jest każdy krok mordercy.
Pewnego ranka turyści odkrywają na Giewoncie makabryczny widok – na ramionach krzyża powieszono nagiego mężczyznę. Wszystko wskazuje na to, że zabójca nie zostawił żadnych śladów.
Sprawę prowadzi niecieszący się dobrą opinią komisarz Wiktor Forst. Zanim tamtego ranka stanął na Giewoncie, wydawało mu się, że widział w życiu wszystko. Tropy, jakie odkryje wraz z dziennikarką Olgą Szrebską, doprowadzą go do dawno zapomnianych tajemnic… Winy z przeszłości nie dadzą o sobie zapomnieć. Okrutne zbrodnie muszą zostać odkupione.

RECENZJA: Nie mam wyjścia, musze to napisać. Strasznie mierna jest ta książka.

"Ekspozycja" jest nudna, choć dużo się w niej dzieje.  Najpierw pojawia się trup, potem ucieczka, zatrzymanie, podróż, więzienie, pobicie, następne więzienie, próba gwałtu, kolejne pobicie, jeszcze jedno pobicie, ucieczka, kolejna podróż, kolejne starcie... i tak przez cala lekturę. Niby dużo akcji a strasznie się to wszystko ślimaczy, jest monotonne i nieciekawe. Zamiast rozpracowywać mordercę, bohaterowie zajmują się wygrzebywaniem z kolejnych tarapatów, które w miarę rozwoju sytuacji stają się coraz bardziej fantastyczne, urojone i niestety, niekończące. Ledwo się z jednych wydostają i jest nadzieja, że znów zajmą się śledztwem, popadają w kolejne. W połowie książki czułam już przesyt i z każdą kolejną kartką miałam coraz bardziej dość.  

Kolejną rzeczą, która mnie u Mroza odrzuca to wszechobecny seksizm, opisy cyków, tyłków oraz próby gwałtów. Czytając "Kasacje" sądziłam, że po prostu autor naszkicował w ten sposób świat na potrzeby tej konkretnej książki, ale teraz z niesmakiem dostrzegam, że jest to jakiś trend u pana Mroza. Nie wiem, czy ma to nadać książkom pikanterii, czy może jest to jedyny pomysł autora na męskich bohaterów, ale jeśli tak to wygląda w każdej jego powieści to ja dziękuję, wysiadam. 

Bohaterowie też niestety pozostawiają wiele do życzenia. Nie znoszę obleśnych erotomanów pokroju Forsta, którzy przyswoić sobie nie mogą, że nie każda napotkana w ich życiu kobieta chce z nimi iść do lóżka. Napawają mnie obrzydzeniem i nie jestem w stanie wykrzesać dla tych typków nawet odrobiny sympatii. Jak dla mnie, mogliby go zakatrupić i nie byłoby za czym płakać. Nie lubię kolesia. Poza tym, wydaje się że jest dość przeciętnym policjantem, bo ja nie zauważyłam, żeby wykazał się żadną szczególna przenikliwością podczas tego śledztwa. Może coś przeoczyłam?

Jego koleżanka, Szrebska, zresztą też do orłów nie należy. Jak na ambitna i odnosząca sukcesy dziennikarkę jest zaskakująco niemrawa, bezużyteczna i nieporadna. Mam wrażenie, że przez większość książki po prostu ciągnie się za Forstem i bardziej mu zawadza, niż pomaga. Taka paprotka bardziej niż partnerka.  

Autor ma też chyba jakiś fetysz związany z masakrowaniem swoich bohaterów. To co w "Kasacji" miało sens i współdziałało z fabuła książki, tutaj powtórzone jest tyle razy, że dochodzi do absurdu. Takiego łomotu nawet James Bond by nie przeżył. Forst musi być chyba jakim potomkiem Supermana albo innego Thor'a bo inaczej nie pojmuje jak po wielokrotnym, skrajnie brutalnym skatowaniu jest w stanie nie tylko chodzić i mówić, ale lać się dalej. Ma powybijane zęby, ale żadnych problemów z jedzeniem, obitą i opuchnięta twarz, stłuczoną czaszkę, połamane żebra, ale bez problemu taszczy trupa do lasu by go następnie zakopać? Nie wiem, może się mylę, nie jestem lekarzem, ale trudno mi uwierzyć że po takich cięgach ktokolwiek mógłby funkcjonować normalnie. Nie kupuje tego. 

Nie rozumiem też po jakiego grzyba książka nafaszerowana jest zupełnie niepotrzebnymi wykładami o jakiś tam tajemniczych zwojach sprzed tysięcy lat, które są tak marginalne w stosunku do całej historii, że aż śmieszne.  I pomyśleć, że trzeba po te liche rewelacje lecieć aż do Stanów Zjednoczonych... Dla mnie te osobliwości nie były ani zdumiewające ani szczególnie ciekawe a już na pewno nie siało z nich groza, choć myślę ze taki był właśnie zamiar autora. Szrebska z jakiś niejasnych powodów doświadcza przecież palpitacji serca słuchając wywodów amerykańskiego pastora. Myślę, że w zamyśle autora my, czytelnicy, też mamy przechodzić podobne emocje.  Być może miał to być taki zabieg à la Dan Brown i "Kod Leonarda Da Vinci" ale wyszło strasznie nieudolnie i mało sensacyjnie.

Po przeczytaniu "Ekspozycji" dochodzę do wniosku, że jednak mój pierwszy instynkt co do twórczości Remigiusza Mroza był trafny. To nie mój styl, nie moja bajka, nie to czego szukam w kryminale. Po inne książki tego autora już raczej nie sięgnę.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa

poniedziałek, 5 marca 2018

Kasacja (Chyłka i Zordon #1), Remigiusz Mróz

okładka książki, postacie kobiety i mężczyzny
MOJA OCENA:  ★★★☆☆

OPIS: Manipulacje, intrygi i bezwzględny, ale też fascynujący prawniczy świat…
Syn biznesmena zostaje oskarżony o zabicie dwóch osób. Sprawa wydaje się oczywista. Potencjalny winowajca spędza bowiem 10 dni zamknięty w swoim mieszkaniu z ciałami ofiar.
Sprawę prowadzi Joanna Chyłka, pracująca dla bezwzględnej, warszawskiej korporacji. Nieprzebierająca w środkach prawniczka, która zrobi wszystko, by odnieść zwycięstwo w batalii sądowej. Pomaga jej młody, zafascynowany przełożoną, aplikant Kordian Oryński. Czy jednak wspólnie zdołają doprowadzić sprawę do szczęśliwego finału?
Tymczasem ich klient zdaje się prowadzić własną grę, której reguły zna tylko on sam. Nie przyznaje się do winy, ale też nie zaprzecza, że jest mordercą.

RECENZJA: Dobre to jest. A byłam pewna, że nie będzie. Głównie dlatego, że Mróz jest tak intensywnie reklamowany, byłam przekonana, że jest przereklamowany. A tutaj niespodzianka. Historia wciąga, jest wartka i ciekawa, bohaterowie wiarygodni.  Jest to kolejny thriller w sam raz na weekend, coś szybkiego do poczytania, niekoniecznie wysoce ambitnego.

Mróz ma lekkie pióro, zgrabnie potrafi opisać zawiłości prawne polskiego wymiaru sprawiedliwości bez zbytniego przynudzania, choć przyznam się, że były dwa czy trzy momenty, kiedy zaczęłam przysypiać. Nie jest to jednak trend w całej książce i pomimo tych przestojów, akcja wraca do szybkiego tempa.  

Kasacja uświadomiła mi również, jak mało wiem o działaniu systemu prawnego w Polsce.  Wychowałam się oglądając amerykańskie filmy i seriale kryminalne i oczywiście wydaje mi się, że na temat tamtego prawa wiem znacznie więcej niż naszego własnego. Podobało mi się, że ta lektura trochę mnie w tej kwestii podszkoliła.  

Przyznam wam jednak, że ani Chyłka ani Zordon nie przypadli mi szczególnie do gustu. Rozumiem, dlaczego autor zdecydował się napisać obie postacie w taki a nie inny sposób i te postacie są napisane dobrze ale do moich ulubieńców nie należą. Po to, żeby grać w pierwszej lidze z chłopcami, Chyłka sama zostaje chłopcem tyle, że w spódnicy. Jest wiec nieuprzejma, arogancka, grubiańska i obcesowa. Pali papierosy, słucha metalu, jeździ jak pirat drogowy zupełnie jak na faceta przystało.  
Zordon z kolei jest mało bystry i dość niemrawy , ale aby można było nam, czytelnikom tłumaczyć kruczki i zabiegi prawne bez zwracania się bezpośrednio do nas, ktoś w książce musi być zielony w tych sprawach.  Padło na niego. I ten zabieg działa naprawdę dobrze.  To wszystko ma ręce i nogi, układa się w logiczną, realną całość i sprawia, że opowieść płynie żwawo i gładko. Tutaj tylko i wyłącznie moja osobista preferencja stanęła mi na drodze by zapałać jakimś głębszym uczuciem do naszych bohaterów.  

Jeśli szukacie polskiego thrillera prawniczego, który nie przynudza spokojnie możecie sięgnąć po książkę Remigiusza Mroza. Wypełni wam godziny tak, że nawet się nie obejrzycie a zakończenie pewnie was zaskoczy.  Trzy gwiazdki.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa