Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura Współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura Współczesna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 maja 2020

Ścieżki Północy, Richard Flanagan

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Maciej Świerkocki

OPIS: Australijska Wojna i pokój. Nagroda Bookera 2014
Osadzony w japońskim obozie, którego jeńcy są wykorzystywani do pracy przy budowie Kolei Śmierci w Birmie, chirurg Dorrigo Evans nie może przestać myśleć o romansie z żoną swego wuja sprzed dwóch lat. Bliski rozpaczy codziennie musi walczyć o ocalenie podlegających mu żołnierzy przed głodem, cholerą, torturami... Pewnego dnia otrzymuje list, który zmieni jego życie na zawsze.
Jest to opowieść o wielu rodzajach miłości i śmierci, o wojnie i prawdzie, do której dochodzi się z wiekiem, o sukcesie, który osiąga się po to tylko, by uświadomić sobie, co się straciło.

RECENZJA: Książka Flanagana jak dla mnie okazała się wielkim rozczarowaniem. Jest nudna jak flaki z olejem, brak jej zupełnie tego haka, który zaczepia i wciąga mnie w opowieść. Historia życia Dorrigo Evansa jest po prostu nieciekawa, z wyjątkiem fragmentów w japońskim obozie pracy. Cała reszta książki jest pretensjonalna a język napuszony i upstrzony trudnymi do strawienia metaforami. Niestety, zupełnie nietrafiona lektura. Dwie gwiazdki ode mnie. 

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

piątek, 22 maja 2020

Żywica, Ane Riel

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz

OPIS: Co się dzieje, jeśli kochasz kogoś tak bardzo, że chcesz go zatrzymać przy sobie za wszelką cenę, w bezpiecznym miejscu?
Rodzina Haarder mieszka na odosobnionej, porośniętej świerkami małej wysepce i z rzadka kontaktuje się z obcymi. Mieszkańcy sąsiedniej wyspy uważają ich za dziwnych, ale nie wtrącają się w ich życie. Gdy ojciec zgłasza śmierć 9-letniej córki, szanują ich żałobę i coraz mniej się interesują tym, co się dzieje w odosobnionym domostwie.
"Żywica" to wstrząsająca i zarazem wzruszająca kronika stopniowego upadku i szaleństwa, do którego może doprowadzić ludzi lęk przez kolejną utratą i traumą.

RECENZJA: O matko i córko, co ja przed chwila przeczytałam!! I od czego mam teraz zacząć ta recenzje?
Może od tego, że to jest doskonała opowieść. Tragiczna, zatrważająca a jednocześnie piękna. Naprawdę! To się wydaje niemożliwe, ale tak właśnie jest. Opisy natury widzianej oczami bohaterów są zachwycające, ich miłość do otaczającego świata chwyta za serce. I to piękno przyrody jest drastycznie zestawione z szaleństwem jakim jest ich życie rodzinne.

Książka po prostu powala, zakończenie zwłaszcza. Czytajcie to, bo warto!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa



niedziela, 17 maja 2020

Latarnia umarłych (Sedinum #2), Leszek Herman

MOJA OCENA: 

OPIS: Akcja "Latarni umarłych" rozgrywa się w rok po wydarzeniach opisanych w "Sedinum – wiadomość z podziemi". Troje młodych ludzi – Paulina, Igor i Johann – zostaje ponownie wplątanych w sensacyjne śledztwo, tym razem dotyczące pewnego morderstwa.

Dawno, dawno temu, w pewnym małym miasteczku nad samym morzem, w starym średniowiecznym zamczysku rodzi się chłopiec, który niedługo potem zostaje królem całej Skandynawii, a w ówczesnej Europie jest nazywany Cesarzem Północy.

Mijają wieki. Rok 1941. Mroźną listopadową porą, w samo południe, nieopodal miasta dochodzi do potężnej eksplozji, która kładzie pokotem wszystkie drzewa i wybija szyby w oknach w całej okolicy. Fala uderzeniowa odczuwalna jest w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a w pewnej starej kaplicy zapada się posadzka.

Blisko osiemdziesiąt lat później pewnego wiosennego dnia do redakcji popularnego, szczecińskiego dziennika przychodzi wiadomość od pewnego staruszka. W jego kolejnych listach nieprawdopodobne wspomnienia i sensacyjne szczegóły przeplatają się z urojeniami z czasów wojennych. Zajmująca się tym tematem dziennikarka Paulina Weber zaczyna wątpić w zdrowie psychiczne nadawcy. Gdy w ostatnim liście zdradza on, że od wielu lat ukrywa zakopane w piwnicy zwłoki, jest już tego pewna…  


Pozostawione przez niego stare dokumenty z wolna zaczynają jednak odsłaniać mroczne wydarzenia, które za czasów drugiej wojny światowej rozegrały się w sennej, nadmorskiej scenerii...


RECENZJA: Kolejna pierwszorzędna powieść od autora “Sedinum”! “Latarnia umarłych” to druga książka Leszka Hermana która przeczytałam i oczywiście od razu wpadłam w nia po uszy! Od dziś możecie mnie zaliczać do grona wiernych fanek autora.


Książka jest przede wszystkim świetnie napisana, znów pełna ciekawych historii Pomorza, przy czym absolutnie nie zanudza. W tej części zdecydowanie mniej jest opisów architektury, a te które znalazły się w tekście nie są rozwlekle i nie odwracają uwagi od głównej fabuły.

Bardzo lubię u Leszka Hermana te krótkie opowiastki z przeszłości Pomorza, zagubione w czasie i pewnie zapomniane przez większość ludzi, tak pięknie przywrócone przez niego do życia. Ma on wspaniały talent do budowania niezwykłych historii z legend i mitów, wyszperanych gdzieś miejscowych przekazów i do tworzenia z nich fenomenalnych przygód, które wciągają jak najlepsze thrillery.

W “Latarni umarłych” zdarzyło mi się co prawda parę razy odgadnąć co łączy zagadkowe watki powieści zanim wpadli na to jej bohaterowie. Zazwyczaj bardzo mi to przeszkadza podczas lektury, bo nie lubię, kiedy bohaterowie okazują się mniej bystrzy od czytelnika. Pachnie mi to od razu manipulacją i próbą przedłużenia na siłę powieści. Ciekawe jednak, że w “Latarni umarłych” nie drażniło mnie to aż tak bardzo. Zastanawiałam się, dlaczego i chyba po prostu dlatego, że historia z tej książki jest naprawdę świetna i wciągająca, i bezsprzecznie przewyższa swoja jakością jakiekolwiek niewielkie niedoskonałości tekstu.

W poprzedniej części, “Sedinum”, której recenzje możecie przeczytać TUTAJ, bardzo pod skórę zalazła mi jednak bohaterka, Paulina Weber. Przyznam się bez bicia, że biorąc do ręki “Latarnię umarłych” miałam cichą nadzieję, że Pauliny w niej nie będzie. Paulina w książce oczywiście występuje, i tym razem to głownie z jej perspektywy śledzimy rozwój wydarzeń. Na szczęście wykazuje się ona nieco większym sprytem niż w poprzedniej częsci trylogii i nawet udaje jej się powiązać prawidłowo wątek czy dwa. Wciąż daleko jej do bystrej dziennikarki, ale niewielką poprawę dało się wyczuć. Niestety, równocześnie poznajemy tutaj Paulinę nieco bliżej jako osobę i musze wam powiedzieć, że ja jej po prostu nie lubię. Wydaje mi się ograniczona umyslowo, bez polotu i sprawia na mnie wrażenie płytkiej i zmanierowanej. Mam szczerą nadzieję, że Igor się z nią jednak nie zwiąże, bo chłopak zasługuje na bardziej rozgarnięta (i ogarnięta) towarzyszkę życia. 

Są to oczywiscie moje wlasne, osobiste uprzedzenia i tak naprawde nie moge zaliczyc jednej irytujacej bohaterki do mankamentow tej powiesci. 

Zdecydowanie najlepszą jednak częścią „Latarni umarłych” jest jej finał. Kierunek, w którym poszedł Leszek Herman jest fenomenalny, realistyczny i wprowadził mnie w naprawdę dobry nastrój. Nietrudno sobie wyobrazić jak fajnie by było, gdyby rzeczywiście takie wydarzenie miało miejsce. Piec gwiazdek należy się autorowi za sam pomysł na to zakończenie.

“Latarnia umarłych” to powieść w stu procentach warta przeczytania, a gdy już po nią sięgniecie, nie będziecie mogli się od niej oderwać. Polecam Wam ją gorąco i obiecuję, że nie będziecie nią zawiedzeni.
Pięć gwiazdek!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa


niedziela, 9 września 2018

The Birthday, Carol Wyer

MOJA OCENA: 

OPIS: Pięcioletnia Ava Sawyer poszła na urodziny do koleżanki Harriet i nigdy  nie wróciła. Policyjne śledztwo nie znalazło ani sprawcy porwania ani śladów  dziewczynki. 
Dwa lata później znika Audrey Briggs. Ona też uczestniczyła w tamtym przyjęciu urodzinowym. 
Do sprawy przydzielona zostaje detektyw Natalie Ward, mama dwóch nastolatków, której zaginiecie Avy i Aubrey mrozi krew w żyłach, tak bardzo przypominając jej ostatnie śledztwo, nad którym pracowała. Śledztwo,  które skończyło się tragicznie. 
Natalie wkrótce odkrywa, że matka Avy nie potrafi wytłumaczyć nieścisłości w  swoim alibi i nabiera pewności, że ojciec Avy też nie mówi całej prawdy. 
Podobnie Elsa, właścicielka centrum ogrodniczego, gdzie odbywało się przyjęcie  urodzinowe,  wydaje się coś ukrywać. Co widziała tamtego dnia? 
Kiedy Natalie nabiera przekonania, że Ave i Aubrey zamordował ktoś z ich bliskiego otoczenia, kolejna dziewczynka, która była na urodzinach u Harriet  nie wraca do domu z lekcji baletu. 
Czy Natalie znajdzie zabójcę zanim dopadnie on kolejne niewinne ofiary?

RECENZJA: Książkę czytałam w oryginale.

Powiem wam, że z "The Birthday" Carol Wyer spędziłam bardzo przyjemny weekend. Książka jest szybka w czytaniu i ciekawa. Głowiłam się nad rozwiązaniem zagadki zniknięcia dziewczynek razem z Natalie Ward, bohaterką-detektywem i miałam podobne, silne przeczucie, że w miarę postępu śledztwa trzymamy w rękach wszystkie kawałki układani, tylko nie bardzo jeszcze wiemy jak je do siebie dopasować.  

Główna bohaterka, Natalie Ward jest nie tylko detektywem, ale także żoną i mamą. Wraz z mężem, Davidem wychowują dwójkę nastolatków, chłopca i dziewczynkę, i Natalie bardzo się stara połączyć w jakąś funkcjonalną całość swoje życie prywatne z zawodowym. Długie godziny pracy nas śledztwem nie ułatwiają jednak stosunków z mężem i Natalie czuje się ciągle rozdarta pomiędzy misją odnalezienia zaginionych dziewczynek a potrzeba spędzania czasu z rodzina. Jest przy tym świetnym detektywem. Jest konkretna, rzeczowa i inteligentna i w taki tez sposób prowadzi swoje śledztwo. Praca jej zespołu jest metodyczna, przemyślana i konsekwentna i pomimo tego, że sprawca przewija się raz po raz przez ich dochodzenie i nie zostaje przez detektywów wychwycony, to ma to swoje dobre uzasadnienie. Jest logicznym działaniem zespołu a nie karygodnym zaniedbaniem. Akcja jest szybka, nie rozwleka się bezsensowanie w czasie i z każdym rozdziałem otrzymujemy kolejny ważny kawałek do naszej układanki.
Co do tożsamości samego przestępcy, to można się dość szybko domyślić kto nim będzie, co jednak wcale nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z czytania książki. Jest w niej wystraczająco dużo niewiadomych, aby trzymać nas w napięciu aż do ostatniej strony. Mnie historia wciągnęła tak bardzo, że przeczytałam ją w dwa dni.   

"The Birthday" to bardzo fajna lektura, w sam raz na weekend.  Polecam!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa; tłumaczyła Kasia Olm

wtorek, 19 czerwca 2018

The Summer Children (Kolekcjoner #3), Dot Hutchison

MOJA OCENA: 

OPIS:  Ta agentka FBI przyzwyczaiła się już oczekiwać prawie wszystkiego. Z wyjątkiem tego…

Kiedy agentka specjalna Mercedes Ramirez znajduje na swojej werandzie małego chłopca, całego pokrytego krwią i tulącego w ramionach pluszowego misia jeszcze nie wie, że to dopiero początek. Chłopiec opowiada jej straszną historię: anioł zabił jego rodziców i przyprowadził tutaj, aby Mercedes mogła go chronić.

Jego rodzice nie zostali jednak tak po prostu zabici. To była rzez, masakra jakiej nikt w jednostce jeszcze nie widział. Ale zobaczą to ponownie. Anioł zemsty rozpoczął  właśnie wymierzanie okrutnej sprawiedliwości i nie zamierza szybko przestać.

Stopniowo, jeden po drugim, coraz więcej dzieci pojawia się na progu domu Mercedes i wszystkie opowiadają podobna historie. Każde dziecko to ofiara znęcania we własnym domu. Każde ociera się i rozdrapuje stare blizny Mercedes. Każde odciska swoje piętno na jej życiu i karierze.

Teraz kiedy dochodzenie wciąga ja głębiej w mrok, Mercedes zaczyna obawiać się, ze jeśli nie zniszczy jej śledztwo, zrobią to jej własne wspomnienia. 

RECENZJA: Bohaterowie "The summer children", czterej znani nam już agenci FBI, Ramirez, Eddison, Hannoverian oraz nowo przydzielona do zespołu Sterling, tym razem zajmują się tropieniem mordercy, który być może zagraża także jednemu z nich. Stawka jest podwójnie wysoka, dochodzenie wkracza w życie osobiste agentów a czas nieubłagalnie odlicza godziny do kolejnej tragedii.  Niestety w najnowszym kryminale Hutchison coś się zepsuło, coś nie zadziałało tak dobrze jak w dwóch wcześniejszych tomach i sprawiło że "The summer children" jest jedynie cieniem poprzednich powieści.

Po pierwsze główni bohaterowie książki, czterej agenci FBI stali się karykaturami samych siebie. Są irytująco idealni i pozbawieni wad. Zawsze wiedza jak się zachować, w każdej sytuacji wiedza co powiedzieć, potrafią znaleźć najwłaściwsze słowa aby poprawić każdą sytuacje. Nie popełniają błędów, nie są bezradni a jeśli już zdarzy im się pomyłka to nie jest ona spowodowana przez nich samych, zawalił oczywiście ktoś inny, mniej kompetentny, mniej fantastyczny niż oni. 

Również ich relacje z ofiarami, które poznaliśmy w poprzednich częściach cyklu, Inarą, Bliss i Priyą stały się co najmniej dziwne, żeby nie powiedzieć naciągane. To, że agenci federalni mieliby od czasu do czasu kontaktować się z dziewczynami aby sprawdzić jak się maja to jedno, ale niemal dosłowne ich adoptowanie  przez cały zespół dochodzeniowy to już kompletna bzdura. W ciągu trzech lat od wydarzeń w Ogrodzie trojka agentów stała się nagle rodzeństwem dla trzech pokaleczonych, zgnębionych i wstrząśniętych dziewczyn i weszła w zażyłość, która tak dalece wykracza poza zwykle zainteresowanie, że zaczyna to wyglądać niemal na obsesję i historia całkowicie traci w moich oczach jakąkolwiek wiarygodność.

Podobnie ma się wątek pozbierania się i "uleczenia" trójki dziewczyn, które nie tak dawno padły ofiarami przerażających zbrodni. Mam wrażenie ze Hutchison na sile próbuje wynagrodzić bohaterkom wszystkie traumy i doświadczenia z poprzednich książek i nagle obraca ich życia w pasma samych sukcesów, rozkoszy i beztroski. 

To absurdalne szczęście kontrastowane jest zwłaszcza silnie przez opowieść Ramirez o własnych, podobnych doświadczeniach. Jak bardzo trudno było jej się pozbierać, jak przerażająco powoli ten proces postępował i jak nawet do dziś wciąż się ta trauma za nią ciągnie, wpływając zarówno na jej życie jak i prace. Nic z tego zdaje się nie dotyczyć Inary, Victorii-Bliss czy Priya’i. Tak jakby te trzy dziewczyny były nagle w stanie odciąć, odkroić tamte przeżycia i zbudować swoja przyszłość zupełnie poza tamtymi doświadczeniami. Nie podoba mi się ten zabieg. Nie wierze w takie cudowne ozdrowienie, szybkie dojście do siebie z głębokich traum. Jest tutaj jakiś rozdźwięk pomiędzy tym co widzieliśmy w poprzednich książkach a tym beztroskim życiem, które dziewczyny wiodą obecnie. Ich relacje z agentami bardzo się w ten rozdźwięk wpisują. Szkoda, bo przez ten zabieg książka staje się infantylną bajką dla dzieci i zupełnie marnuje świetnie naszkicowany porter psychologiczny ofiar i agentów, który Hutchison zbudowała w "Kolekcjonerze motyli". 

Dobrym przykładem takiego niezrozumiałego zabiegu upiększania historii dziewczyn jest motyw ze zdjęciem. W pewnym momencie książki pojawia się zdjęcie, na którym uwieczniony zostaje moment kiedy Priya rzuca otrzymanym właśnie od agenta Eddison'a misiem i trafia go prosto w głowę. Misie te wręczane są dzieciom po tragicznych przeżyciach podczas pierwszych rozmów z agentami FBI, jako przełamanie lodów i coś na pocieszenie, do czego można się przytulic i popłakać w tych strasznych momentach. Moment rzucenia misiem w agenta miał zostać uwieczniony na zdjęciu przez mamę Priya’i. Naprawdę mam uwierzyć, że kilka godzin po otrzymaniu informacji, że jej najstarsza córka została zamordowana z zimna krwią przez psychopatycznego szaleńca, zrozpaczonej matce przychodzi do głowy pstrykać zdjęcia młodszemu dziecku podczas przesłuchania z policja??? Temu dziecku, które właśnie straciło siostrę z która było związane tak blisko, ze pisały do siebie pamiętniki? Matce tego dziecka przychodzi do głowy pomysł uwieczniania na zdjęciach jej traumy i rozpaczy? Nie kupuje tego. Dla mnie jest to absolutnie niewiarygodne zdarzenie, które nie miałoby miejsca w prawdziwym życiu. 

Sam watek kryminalny jest dobry, rozdziera serce i poraża. Przeżycia dzieci są świetnie opisane, są dramatyczne bez zbędnych, sensacyjnych i okrutnych szczegółów. Niemoc i frustracja przebijające się przez strony książki, a także wypalenie i rozpacz na jakie narażeni są ludzie na co dzień pomagający dziecięcym ofiarom znęcania jest autentyczna, namacalna i burzy w nas krew.  Książka jest okej, niestety straciła dużo w stosunku do pierwszej części cyklu, głównie z powodu bezsensownych zabiegów upiększania życia bohaterek poprzednich powieści. Decydując się na taki krok, Hutchison sama na własne życzenie zepchnęła się z pozycji pisarki dobrych kryminałów do autorki nieco naiwnych książek dla młodzieży, koniecznie takich z happy endem. Szkoda. 


Dot Hutchison ogłosiła właśnie na swojej stronie, ze cykl „Kolekcjoner” został przemianowany z trylogii na serie. Najnowsza, czwarta książka w kolekcji ukarze się w 2019 roku i będzie nosić tytuł „The Vanishing Season”.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa, tłumaczyła Kasia Olm

czwartek, 26 kwietnia 2018

Lewa strona życia, Lisa Genova

okladka ksiazki
Tłumaczenie: Agnieszka Kalus

MOJA OCENA: ★★★☆☆

OPIS: Sarah Nickerson jest kobietą sukcesu, ucieleśnieniem marzeń o spełnieniu – świetna praca, szczęśliwa rodzina, piękny dom na przedmieściach Bostonu.
Bez przerwy w biegu, perfekcyjnie łączy obowiązki rekruterki w dużej korporacji z odwożeniem dzieci do żłobka i na zajęcia pozalekcyjne, będąc jednocześnie boginią domowego ogniska.

Jakimś cudem Sarah panuje perfekcyjnie nad każdą chwilą swojego życia. Do czasu.
Wystarczy sekunda, mgnienie oka, nieszczęśliwy zbieg okoliczności, by ten perfekcyjny układ rozsypał się, a jego tryby rozprysły się na wszystkie strony.

Na skutek wypadku samochodowego Sarah doznaje skomplikowanego urazu mózgu, na skutek którego traci zdolność postrzegania istnienia lewej strony. Połowa świata znika z jej świadomości i Sarah po raz pierwszy staje się zależna od innych. Walcząc o nową siebie, musi pożegnać starą tożsamość i życie, które już nigdy nie powróci. Musi odkryć nowe, czekające na nią przeznaczenie i przekonać się, że istnieją rzeczy większe i ważniejsze niż to, co do tej pory uważała za szczyt marzeń.

RECENZJAMoją pierwszą refleksją po rozpoczęciu czytania "Lewej strony życia" była myśl, że ja nie mogłabym tak żyć. Oszalałabym. I wcale nie mam tutaj na myśli życia bohaterki po wypadku samochodowym. To jej egzystencja sprzed tragicznych wydarzeń książki przyprawia mnie o dreszcze.

Sarah ma również obsesje na punkcie wszystkiego co najlepsze. Co kilka stron zarzuca nas nazwami ekskluzywnych marek, które nosi, samochodów którymi jeździ, prestiżowych uniwersytetów na które uczęszczała, opisami kosztownych gadżetów, których używa i kurortów narciarskich do których jeździ i gdzie posiada drugi, wakacyjny dom.

Te snobistyczne przechwalanki przeplatane są jednocześnie rozważaniami, jaką to męką jest dla niej zajmowanie się własnymi dziećmi, ubieranie ich, karmienie, odwożenie do szkoły i uczestniczenie w ich życiu. Cały ten czas mogłaby poświecić przecież na prace a zamiast tego, musi interesować się trójką swoich, podobno chcianych i planowanych pociech. Przez to ciągłe narzekanie na własna rodzinę, na ilość uwagi jaką musi im poświecić i podkreślanie własnego statusu społecznego oraz wysokiego poziomu życia, Sarah jest niezwykle odpychającą bohaterką.
Żeby być sprawiedliwą dodam, że Sarah nie jest potworem i w miarę postępu książki przechodzi pozytywną przemianę podczas swojej rekonwalescencji, gdy zaczyna patrzeć na świat z nieco szerszej perspektywy niż przed wypadkiem. Dokonuje ważnych zmian w życiu swoim i swojej rodziny i naprawia to, co było zepsute. Dla mnie nastąpiło to jednak zbyt późno, bym zmieniła swoje odczucia w stosunku do jej osoby.

Postać Sarah jest najbardziej ekscytującą częścią książki. Reszta jest niestety nieco nudna i pełna zbędnych powtórzeń. Co kilka rozdziałów Genova serwuje nam wciąż te same opisy zaburzenia jakim jest zespół pomijania stronnego i sposobów w jakie bohaterka musi sobie z nim radzić. Za pierwszym, drugim i nawet trzecim razem objaśnienia te były ciekawe, potem stały się już nieco nudne i monotonne.
O pozostałych postaciach, takich jak mężu Sarah czy jej mamie, która przejeżdża, aby pomóc opiekować się córką podczas rehabilitacji, wiemy bardzo niewiele. Pomimo, że powinni oni stanowić dużą część świata naszej bohaterki, bo to właśnie na nich polega ona we wszystkich swoich codziennych czynnościach, pozostają oni gdzieś w cieniu, w tle opowieści co sprawia, że są płascy, jednowymiarowi i nieciekawi. Jak dla mnie, brakuje w tej historii jakich głębszych emocji, wyczuwalnej dramatycznej walki o siebie, zmagań nie tylko fizycznych, ale przede wszystkim wewnętrznych, psychicznych, które skłaniałyby czytelników do refleksji i przemyśleń.

Lewa strona życia to książka interesująca z perspektywy opisów zaburzeń neurologicznych spowodowanych uszkodzeniem mózgu i sposobów w jaki wpływają one na życie człowieka. Jest doskonałym opisem życia z fizyczną niepełnosprawnością i przeciwnościami z jakimi taka osoba musi sobie radzić oraz tego, jak ciężką pracą po takim urazie jest powrót do niezależności, którą każdy z nas bierze za pewnik. Pod tym względem, Lisa Genova na pewno nie zawodzi.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



środa, 4 kwietnia 2018

Za zamkniętymi drzwiami, B.A. Paris

MOJA OCENA: ★★★★

OPIS: Perfekcyjna para? Doskonałe małżeństwo? Czy idealne kłamstwo?

Wszyscy znamy takie pary jak Jack i Grace: on jest przystojny i bogaty, ona czarująca i elegancka. Chciałoby się poznać Grace nieco lepiej, ale to niełatwe, bo Jack i Grace są nierozłączni. Niektórzy nazwaliby to prawdziwą miłością.
Wyobraź sobie uroczystą kolację w ich idealnym domu, miłą konwersację, kolejne kieliszki dobrego wina. Oboje wydają się w swoim żywiole. Przyjaciele Grace chcieliby zrewanżować się lunchem w przyszłym tygodniu. Ona chętnie przyjęłaby zaproszenie, ale wie, że nigdy z nimi nie wyjdzie. Ktoś mógłby spytać, dlaczego Grace nigdy nie odbiera telefonów, nie wychodzi z domu, a nawet nie pracuje. I jak to możliwe, że gotując tak wymyślne potrawy, w ogóle nie tyje? I dlaczego w oknach sypialni są kraty? Doskonałe małżeństwo czy perfekcyjne kłamstwo?

RECENZJA: Książka B.A. Paris zupełnie zszargała mi nerwy. Gnałam przez nią niemal na złamanie karku nie mogąc jej odłożyć. Kiedy dotarłam do zakończenia czułam się wyczerpana i podekscytowana przygoda, która właśnie przeżyłam. Co za opowieść!


Przede wszystkim musze wam powiedzieć, że już dawno nie byłam tak wściekła i nie pałałam taka nienawiścią do żadnego fikcyjnego bohatera jak w tej książce. Czytając "Za zamkniętymi drzwiami" dosłownie zaciskałam pieści ze złości i rzucałam klątwy pod adresem Jacka. Miałam fizyczna ochotę rzucić mu się do gardła i zamordować gołymi rękami. Jack jest potworem w ludzkiej skórze i jest świetnie wykreowany. Nie mam pojęcia jak autorka wymyśliła niektóre jego metody działania, i aż się boję pomyśleć że mogły być wzorowane na prawdziwych zdarzeniach, ale wykonała fenomenalna prace tworząc te postać. Nawet teraz, siedząc i pisząc tę recenzję, wciąż czuje niepochamowaną odrazę do jego osoby. Wydaje mi się, że zapamiętam tę postać na długo.

Sama konstrukcja opowieści też jest nieco inna niż w typowym thrillerze. Nie ma tutaj żadnej wielkiej tajemnicy do rozwikłania a niemal wszystkiego, co ważne dowiadujemy się już w pierwszych kilku rozdziałach książki. Napięcie nie jest wiec związane z zagadka do rozwiązania a z sama akcja książki, z wydarzeniami które mają miejsce. Autorka zwiesza nad nami zatrważający, tykający zegar, który potęguje uczucie niepokoju i buduje w nas ogromne wzburzenie. Ja osobiście nie mogłam przestać myśleć o tym co się stanie, jeśli Jack doprowadzi swoje plany do końca i wprost wbijałam paznokcie w zaciśnięte dłonie, tak bardzo bałam się o zakończenie. A ono nie rozczarowuje. Nie będę się o nim rozpisywać, żeby nie psuć wam przyjemności czytania, ale powiem tylko, że jest doskonałe i adekwatne do opisanej historii.

Kilka słów ostrzeżenia zanim sięgniecie po "Za zamkniętymi drzwiami". Opisana w książce historia jest bardzo dobra i warta przeczytania ale wzbudza w czytelniku bardzo silne emocje. Trzeba na nią uważać, jeśli ktoś jest nieprzeciętnie wrażliwy na przemoc i maltretowanie innych i tego typu sceny powodują u niego nadmierne zdenerwowanie lub mogą wywołać traumę.

Za to ogromne napięcie, emocjonalny zamęt i świetnego antybohatera "Za zamkniętymi drzwiami" dostaje ode mnie cztery gwiazdki

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



niedziela, 25 marca 2018

Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze, Gail Honeyman

Tłumaczenie: Magdalena Słysz

MOJA OCENA: ★★★★☆

OPIS: Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze. Skończyła trzydzieści lat, jest filologiem klasycznym, ale pracuje w księgowości, oszczędzając każdego pensa. Nosi niezniszczalny bezrękawnik, ma stały harmonogram posiłków i niechętnie rozmawia z kolegami z pracy. Uwielbia zakupy w Tesco i swoją jedyną roślinę doniczkową. Mówi to, co myśli, a wszyscy uważają ją za wariatkę. Prowadzi samotne życie, bo nie pasuje nigdzie i do nikogo.

Pewnego dnia poznaje w pracy nowego informatyka, Raymonda, który niezrażony stara się z nią zaprzyjaźnić. Oboje przychodzą z pomocą Sammy’emu, starszemu mężczyźnie, który zasłabł na ulicy. Nieoczekiwana życzliwość, troska i serdeczność nowych znajomych sprawią, że Eleanor dowie się o sobie paru rzeczy, które zmienią jej życie.

Wzruszająca i zabawna powieść o dziewczynie, która w dzieciństwie zdołała przeżyć wielką traumę, ale nie bardzo wie, jak po niej żyć.

RECENZJA: Nie do końca rozumiem, dlaczego "Eleanor Oliphant ma się calkiem dobrze" została zakwalifikowana jako zabawna i pełna humoru. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że mnie w tej książce nic nie bawiło. Ani Eleanor i jej dziwactwa (dla mnie niemal od początku było jasne, że są wynikiem jakieś nieznanej nam, głębokiej traumy) ani sytuacje w których się znajduje, a już na pewno nie jej historia. Czytałam ją w polskim przekładzie językowym i być może brytyjski humor gdzieś się tutaj zagubił podczas tłumaczenia? A może to ja zbyt poważnie podeszłam do tej lektury? Nie wiem, nie jestem pewna co tutaj zadziałało, ale ja się przy tej lekturze nie śmiałam. Co nie znaczy, że książka nie przypadła mi do gustu lub uważam ją za przygnebiającą. Wcale nie. 

Historia Eleanor jest jak najbardziej smutna, nacechowana niewyobrażalnym cierpieniem, zarówno fizycznym jak i psychicznym, oraz samotnością. A jednak jest to ciepła opowieść o niespodziewanej przyjaźni, nadziei i o tym jak obecność drugiego człowieka, jego bezinteresowne opieka i troska mogą odmienić czyjeś życie. Nie zdołają niestety wymazać strasznej przeszłości, ale pozwalają w bezkresnym oceanie depresji i rozpaczy dostrzec na horyzoncie zalążek otuchy i szansy na swoje własne, być może ciche i małe, ale zawsze szczęście. Eleanor Oliphant w jedno popołudnie stała się dla mnie bliska jak przyjaciółka i została jedna z moich ulubionych postaci literackich. Ze wszystkimi jej bliznami. 

Piękna książka, na pewno warta przeczytania. Cztery i pół gwiazdki.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



Carved in bone (Body Farm #1), Jefferson Bass

MOJA OCENA: ★★★☆☆

OPIS: On the campus of the University of Tennessee lies a patch of ground unlike any in the world. The "Body Farm" is a place where human corpses are left to the elements, and every manner of decay is fully explored -- for the sake of science and the cause of justice. The scientist who created the Body Farm has broken cold cases and revolutionized forensics, and now, in this heart-stopping novel, he spins an astonishing tale inspired by his own experiences.

A woman's corpse lies hidden in a cave in the mountains of East Tennessee. Undiscovered for thirty years, her body has been transformed by the cave's chemistry into a near-perfect mummy -- one that discloses an explosive secret to renowned anthropologist Bill Brockton. Dr. Brockton has spent his career surrounded by death and decay at the Body Farm, but even he is baffled by this case unfolding in a unique environment where nothing is quite what it seems.

The surreal setting is Cooke County, a remote mountain community that's clannish, insular, and distrustful of outsiders. The heartbreaking discovery of the young woman's corpse reopens old wounds and rekindles feuds dating back decades. The county's powerful and uncooperative sheriff and his inept deputy threaten to derail Brockton's investigation altogether. So do Brockton's other nemeses: his lingering guilt over the death of his wife, and the fury of a medical examiner whom Brockton dares to oppose in court.

Carved in Bone is a richly atmospheric, superbly suspenseful, and magnificently rendered trip into the world of forensic science, the heart of the Appalachian Mountains, and the dark passageways of the human psyche. Full of vivid characters and startling twists and turns, this thrilling novel heralds the debut of a major new voice in crime fiction -- and an unforgettable work from the hand of a scientific legend. 

RECENZJA: Trzy i pół gwiazdki.

Jeżeli lubicie książki w których oprócz fikcyjnej historii możecie poczytać o prawdziwych metodach pracy policji, a w szczególności naukowców z szeroko pojętej dziedziny medycyny sadowej, to jest to lektura w sam raz dla was. Znajdziecie tutaj wiele szczegółowych i fascynujących opisów oględzin i analizy szczątków ludzkich, procedur wydobycia i ekshumacji zwłok, metod preparowania tkanek i kości oraz tego, jakie tajemnice kryją ludzkie ciała i jak wiele z tych tajemnic da się wyczytać już po śmierci.


Dla mnie książka była fascynująca właśnie z tego względu, choć musze przyznać ze jej główny bohater, antropolog sadowy Dr. Bill Brockton,  irytował mnie czasem swa bezmierną naiwnością i ślepą wiara w to, ze nic mu nie grozi. Fakt ze to właśnie on a nie policja, (jakby na to nie patrzeć, organizacja utworzona specjalnie po to by tropić przestępców) rozwiązuje zagadkę morderstwa sprzed lat jest nieco śmieszna i mało prawdopodobna, ale nie wpływa negatywnie na książkę. Są to marginalne minusy w moim odczuciu które absolutnie nie zepsuły mi lektury. Myślę, że dam Dr. Brocktonowi jeszcze jedna szanse. Kto wie, może się czegoś nauczył po swojej pierwszej przygodzie i nie będzie już próbował na własna rękę rozwiązywać policyjnego śledztwa? Tylko o czym byłaby ta następna książka, gdyby zaczął po prostu wykonywać swoja prace...?

Ten konkretny tytuł dostępny jest tylko w wydaniu angielsko języcznym ale kilka innych książek o tej samej tematyce od Jeffersona i Bassa wydane zostało po polsku.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa

Buy on Amazon:

wtorek, 20 marca 2018

Legenda o samobójstwie, David Vann

Tłumaczenie: Dobromiła Jankowska

MOJA OCENA: ★★★★★

OPIS: Kiedy ojciec proponuje Royowi spędzenie kilku miesięcy na odludnej wyspie Sukkwan, tylko we dwóch, chłopak waha się, zanim postanowi opuścić dom i znaną sobie codzienność. Nic nie potoczy się tak, jak sądzili. Życie zaskakuje i ciągle przypomina, że nie wszystko można przewidzieć, zaplanować i ułożyć po swojemu. Ważne jest, by przetrwać, odnaleźć radość tam, gdzie tylko się da, i wybaczyć innym ich słabości.
Skomplikowane relacje rodzinne, trudne wybory, miłość i namiętności, to wszystko znajdziemy w oszczędnej prozie Davida Vanna, która targa emocjami czytelnika i której nie da się zapomnieć.

RECENZJA: Kiedy David Vann miał 13 lat, jego ojciec popełnił samobójstwo.

Jego rodzice byli rozwiedzeni i gdy David był w ósmej klasie, ojciec zaproponował mu, aby przeprowadził się na rok do niego, do Fairbanks na Alasce, żeby razem pomieszkać. David odmówił. Dwa tygodnie później jego ojciec zastrzelił się z pistoletu. Rozmawiał wtedy przez telefon ze swoja druga zona.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że aby naprawdę zrozumieć te książkę musimy wiedzieć jak bardzo osobista jest ona dla samego autora i jak bardzo trudna i przerażająca jest opisana w niej historia. Zwłaszcza jej centralny, absolutnie szokujący punkt zwrotny. Tylko wtedy możemy naprawdę docenić niezwykłość "Legendy o samobójstwie". 

Jest to niejako próba przepisania na nowo prawdziwych wydarzeń z młodości Vanna, odwrócenia tego co się stało.  Wskazuje już na to sam tytuł książki: to przecież LEGENDA o samobójstwie, nie historia o samobójstwie, nie opowieść o nim. David przepisuje ja od początku, układa na nowo, miesza fakty z fikcja, prawdę z mitem, wymyśla całkiem nową legendę. Taką która szokuje, zwala z nóg, nie daje się zapomnieć ani zignorować. Być może ta nowo wykreowana baśń ma także odebrać ojcu możliwość posiadania ostatniego słowa. 
Książka napisana jest w formie kilku opowiadań składających się na jedna całość, połączonych postacią Roya (uosobienie Davida) i jego ojca. Niech was to jednak nie zniechęca. Książka jest zajmująca i niezwykła, choć z pewnością smutna. Jest pełna bólu, poczucia beznadziei i rezygnacji, jak tez desperackiej walki o coś, co jest już stracone.  Jest to jedna z tych opowieści, które na długo zapadają nam w pamięć. Jeśli w tym roku przeczytacie tylko jedna książkę, niech będzie to właśnie "Legenda o samobójstwie". Nie pożałujecie.


*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



sobota, 17 marca 2018

Powiem ci coś, Piotr Adamczyk

MOJA OCENA: ★★★

OPIS: Opowieść o miłości, ale i o granicach, których nie wolno przekraczać zarówno w życiu, jak i po śmierci. Pisarz samotnie mieszkający w wielkim domu wynajmuje pokój studentce malarstwa. Dziewczyna tworzy w ukryciu tajemnicze obrazy zamawiane przez ekstrawaganckich kolekcjonerów oraz gwiazdy Hollywood. Podobno są w stanie zapewnić nieśmiertelność… Mężczyzna zaś pisze kryminał niepokojąco zbieżny z wydarzeniami rozgrywającymi się wokół domu. Czy są one tylko inspiracją dla fikcji literackiej? Z czasem oboje zakochują się w sobie. Nie są jednak świadomi, że dla siebie nawzajem mogą stanowić zagrożenie.

RECENZJAIle ja się nagłowiłam przy tej książce!

„Powiem ci cos” Adamczyka jest ciekawa, niepokojąca, lekka i szybka w czytaniu i zdecydowanie dowcipna. Jest w niej watek niby kryminalny i cały czas coś się dzieje, choć przyznam się, że były momenty w których przy niej przysypiałam. Aż do ostatniej części. Tutaj akcja przyspiesza, robi się naprawdę nieprzewidywalnie i wszystko się gmatwa. I to jak!

Książkę skończyłam czytać wczoraj i cały czas o niej rozmyślam. Mam wrażenie, że pogubiłam się w niej jak dziecko w lesie i nie potrafię znaleźć drogi do domu. Nic już nie jest takie jak było kiedyś, nic nie wygląda znajomo, nie wiem z którego kierunku przyszłam i w którym powinnam iść. I komu ufać?

Kim tak naprawdę jest nasz bohater? Co jest prawda, a co opowieścią snuta przez postać pisarza? Jak daleko to wszystko sięga? Gdzie to się zaczęło, w którym momencie występuje granica miedzy rzeczywistością a kłamstwem i urojeniami?  

Jest to oczywiście celowy spisek autora przeciwko czytelnikom, żeby nas zmylić, zszokować, zasiać wątpliwości tam, gdzie wszystko jest niby jasne, zburzyć nasze zaufanie i sprawić żeby opadły nam szczęki. Udaje mu się to. Wzorowo. Ja swoja wciąż zbieram z podłogi.

A może to po prostu wina tego, że kończyłam czytać te książkę późno w nocy, nie mogłam jej przecież tak po prostu odłożyć, i mózg mi się wyłączył przy końcu? Nie wiem. Możliwe, że tak było. Ale nie sądzę. Obwiniam jednak autora, że z pełną premedytacją i satysfakcją miesza nam w głowach i cieszy go, kiedy skołowani snujemy się po mieszkaniach obijając o ściany, próbując wykombinować co tu się właściwie stało. 

Osobiście zakładam, ze wszystko w książce jest kłamstwem, z wyjątkiem domu z klatka, interesu który się tam kreci i ostatniego aresztowania. Cała reszta to mrzonki chorego człowieka. To jest moja interpretacja i trzymam się jej jak tonący brzytwy. 

Za to, że książka pognała do przodu i zostawiła mnie w tyle, oszołomioną, zdumioną, w kłębach zwątpienia we wszystko, co właśnie przeczytałam i z poczuciem niedosytu, cztery gwiazdki.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa


sobota, 10 marca 2018

Ekspozycja (Komisarz Forst #1), Remigiusz Mróz



MOJA OCENA: ★★☆☆

OPIS: Termin "ekspozycja" ma przynajmniej pięć znaczeń. Podobnie wieloznaczny jest każdy krok mordercy.
Pewnego ranka turyści odkrywają na Giewoncie makabryczny widok – na ramionach krzyża powieszono nagiego mężczyznę. Wszystko wskazuje na to, że zabójca nie zostawił żadnych śladów.
Sprawę prowadzi niecieszący się dobrą opinią komisarz Wiktor Forst. Zanim tamtego ranka stanął na Giewoncie, wydawało mu się, że widział w życiu wszystko. Tropy, jakie odkryje wraz z dziennikarką Olgą Szrebską, doprowadzą go do dawno zapomnianych tajemnic… Winy z przeszłości nie dadzą o sobie zapomnieć. Okrutne zbrodnie muszą zostać odkupione.

RECENZJA: Nie mam wyjścia, musze to napisać. Strasznie mierna jest ta książka.

"Ekspozycja" jest nudna, choć dużo się w niej dzieje.  Najpierw pojawia się trup, potem ucieczka, zatrzymanie, podróż, więzienie, pobicie, następne więzienie, próba gwałtu, kolejne pobicie, jeszcze jedno pobicie, ucieczka, kolejna podróż, kolejne starcie... i tak przez cala lekturę. Niby dużo akcji a strasznie się to wszystko ślimaczy, jest monotonne i nieciekawe. Zamiast rozpracowywać mordercę, bohaterowie zajmują się wygrzebywaniem z kolejnych tarapatów, które w miarę rozwoju sytuacji stają się coraz bardziej fantastyczne, urojone i niestety, niekończące. Ledwo się z jednych wydostają i jest nadzieja, że znów zajmą się śledztwem, popadają w kolejne. W połowie książki czułam już przesyt i z każdą kolejną kartką miałam coraz bardziej dość.  

Kolejną rzeczą, która mnie u Mroza odrzuca to wszechobecny seksizm, opisy cyków, tyłków oraz próby gwałtów. Czytając "Kasacje" sądziłam, że po prostu autor naszkicował w ten sposób świat na potrzeby tej konkretnej książki, ale teraz z niesmakiem dostrzegam, że jest to jakiś trend u pana Mroza. Nie wiem, czy ma to nadać książkom pikanterii, czy może jest to jedyny pomysł autora na męskich bohaterów, ale jeśli tak to wygląda w każdej jego powieści to ja dziękuję, wysiadam. 

Bohaterowie też niestety pozostawiają wiele do życzenia. Nie znoszę obleśnych erotomanów pokroju Forsta, którzy przyswoić sobie nie mogą, że nie każda napotkana w ich życiu kobieta chce z nimi iść do lóżka. Napawają mnie obrzydzeniem i nie jestem w stanie wykrzesać dla tych typków nawet odrobiny sympatii. Jak dla mnie, mogliby go zakatrupić i nie byłoby za czym płakać. Nie lubię kolesia. Poza tym, wydaje się że jest dość przeciętnym policjantem, bo ja nie zauważyłam, żeby wykazał się żadną szczególna przenikliwością podczas tego śledztwa. Może coś przeoczyłam?

Jego koleżanka, Szrebska, zresztą też do orłów nie należy. Jak na ambitna i odnosząca sukcesy dziennikarkę jest zaskakująco niemrawa, bezużyteczna i nieporadna. Mam wrażenie, że przez większość książki po prostu ciągnie się za Forstem i bardziej mu zawadza, niż pomaga. Taka paprotka bardziej niż partnerka.  

Autor ma też chyba jakiś fetysz związany z masakrowaniem swoich bohaterów. To co w "Kasacji" miało sens i współdziałało z fabuła książki, tutaj powtórzone jest tyle razy, że dochodzi do absurdu. Takiego łomotu nawet James Bond by nie przeżył. Forst musi być chyba jakim potomkiem Supermana albo innego Thor'a bo inaczej nie pojmuje jak po wielokrotnym, skrajnie brutalnym skatowaniu jest w stanie nie tylko chodzić i mówić, ale lać się dalej. Ma powybijane zęby, ale żadnych problemów z jedzeniem, obitą i opuchnięta twarz, stłuczoną czaszkę, połamane żebra, ale bez problemu taszczy trupa do lasu by go następnie zakopać? Nie wiem, może się mylę, nie jestem lekarzem, ale trudno mi uwierzyć że po takich cięgach ktokolwiek mógłby funkcjonować normalnie. Nie kupuje tego. 

Nie rozumiem też po jakiego grzyba książka nafaszerowana jest zupełnie niepotrzebnymi wykładami o jakiś tam tajemniczych zwojach sprzed tysięcy lat, które są tak marginalne w stosunku do całej historii, że aż śmieszne.  I pomyśleć, że trzeba po te liche rewelacje lecieć aż do Stanów Zjednoczonych... Dla mnie te osobliwości nie były ani zdumiewające ani szczególnie ciekawe a już na pewno nie siało z nich groza, choć myślę ze taki był właśnie zamiar autora. Szrebska z jakiś niejasnych powodów doświadcza przecież palpitacji serca słuchając wywodów amerykańskiego pastora. Myślę, że w zamyśle autora my, czytelnicy, też mamy przechodzić podobne emocje.  Być może miał to być taki zabieg à la Dan Brown i "Kod Leonarda Da Vinci" ale wyszło strasznie nieudolnie i mało sensacyjnie.

Po przeczytaniu "Ekspozycji" dochodzę do wniosku, że jednak mój pierwszy instynkt co do twórczości Remigiusza Mroza był trafny. To nie mój styl, nie moja bajka, nie to czego szukam w kryminale. Po inne książki tego autora już raczej nie sięgnę.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa

poniedziałek, 5 marca 2018

Kasacja (Chyłka i Zordon #1), Remigiusz Mróz

okładka książki, postacie kobiety i mężczyzny
MOJA OCENA:  ★★★☆☆

OPIS: Manipulacje, intrygi i bezwzględny, ale też fascynujący prawniczy świat…
Syn biznesmena zostaje oskarżony o zabicie dwóch osób. Sprawa wydaje się oczywista. Potencjalny winowajca spędza bowiem 10 dni zamknięty w swoim mieszkaniu z ciałami ofiar.
Sprawę prowadzi Joanna Chyłka, pracująca dla bezwzględnej, warszawskiej korporacji. Nieprzebierająca w środkach prawniczka, która zrobi wszystko, by odnieść zwycięstwo w batalii sądowej. Pomaga jej młody, zafascynowany przełożoną, aplikant Kordian Oryński. Czy jednak wspólnie zdołają doprowadzić sprawę do szczęśliwego finału?
Tymczasem ich klient zdaje się prowadzić własną grę, której reguły zna tylko on sam. Nie przyznaje się do winy, ale też nie zaprzecza, że jest mordercą.

RECENZJA: Dobre to jest. A byłam pewna, że nie będzie. Głównie dlatego, że Mróz jest tak intensywnie reklamowany, byłam przekonana, że jest przereklamowany. A tutaj niespodzianka. Historia wciąga, jest wartka i ciekawa, bohaterowie wiarygodni.  Jest to kolejny thriller w sam raz na weekend, coś szybkiego do poczytania, niekoniecznie wysoce ambitnego.

Mróz ma lekkie pióro, zgrabnie potrafi opisać zawiłości prawne polskiego wymiaru sprawiedliwości bez zbytniego przynudzania, choć przyznam się, że były dwa czy trzy momenty, kiedy zaczęłam przysypiać. Nie jest to jednak trend w całej książce i pomimo tych przestojów, akcja wraca do szybkiego tempa.  

Kasacja uświadomiła mi również, jak mało wiem o działaniu systemu prawnego w Polsce.  Wychowałam się oglądając amerykańskie filmy i seriale kryminalne i oczywiście wydaje mi się, że na temat tamtego prawa wiem znacznie więcej niż naszego własnego. Podobało mi się, że ta lektura trochę mnie w tej kwestii podszkoliła.  

Przyznam wam jednak, że ani Chyłka ani Zordon nie przypadli mi szczególnie do gustu. Rozumiem, dlaczego autor zdecydował się napisać obie postacie w taki a nie inny sposób i te postacie są napisane dobrze ale do moich ulubieńców nie należą. Po to, żeby grać w pierwszej lidze z chłopcami, Chyłka sama zostaje chłopcem tyle, że w spódnicy. Jest wiec nieuprzejma, arogancka, grubiańska i obcesowa. Pali papierosy, słucha metalu, jeździ jak pirat drogowy zupełnie jak na faceta przystało.  
Zordon z kolei jest mało bystry i dość niemrawy , ale aby można było nam, czytelnikom tłumaczyć kruczki i zabiegi prawne bez zwracania się bezpośrednio do nas, ktoś w książce musi być zielony w tych sprawach.  Padło na niego. I ten zabieg działa naprawdę dobrze.  To wszystko ma ręce i nogi, układa się w logiczną, realną całość i sprawia, że opowieść płynie żwawo i gładko. Tutaj tylko i wyłącznie moja osobista preferencja stanęła mi na drodze by zapałać jakimś głębszym uczuciem do naszych bohaterów.  

Jeśli szukacie polskiego thrillera prawniczego, który nie przynudza spokojnie możecie sięgnąć po książkę Remigiusza Mroza. Wypełni wam godziny tak, że nawet się nie obejrzycie a zakończenie pewnie was zaskoczy.  Trzy gwiazdki.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa


wtorek, 27 lutego 2018

Papierowa księżniczka (Seria królewska #1), Erin Watt

Tłumaczenie: Maria Smulewska-Dziadosz

MOJA OCENA: ★☆☆☆☆

OPIS: Życie Elli Harper nie przypomina bajki – dziewczyna nie ma ojca, często przeprowadza się z miasta do miasta, ciężko pracuje i codziennie walczy, by związać koniec z końcem. Jedynie marzenia o lepszym jutrze podtrzymują ją na duchu. Czy jest szansa, aby się spełniły?

Nagle za sprawą członków rodziny Royal Ella trafia do świata bogactwa i luksusu. Nie wie jednak, że ta piękna otoczka skrywa niewyobrażalne zepsucie. Reed, jeden z pięciu braci, jest „perłą w koronie” rodu Royalów. Dziewczyna nie potrafi się oprzeć jego urokowi, lecz chłopak za wszelką cenę chce zniszczyć jej fascynację.

Stopniowo na jaw wychodzą rodzinne tajemnice, a Ella uświadamia sobie, że jest w stanie przetrwać wszystko – oprócz życia w pałacu Royalów.

RECENZJANie znoszę książek, które idealizują maltretowanie i wmawiają czytelnikowi że psychiczne lub fizyczne znęcanie się nad druga osoba to tak naprawdę jest miłość. Obrzydliwe. Skóra na karku mi cierpnie kiedy pomyśle że jakieś młode dziewczyny mogą to czytać i dojść do wniosku że ta historia jest romantyczna. 

Czymś innym jest kiedy w książce opisane znęcanie się zostaje jasno potępione, napiętnowane i nazwane po imieniu, a czym innym udawanie, że taka chora relacja to miłość. Dla mnie "Papierowa księżniczka" jest na tym samym poziomie co "Pięćdziesiąt twarzy Greya". I dokładnie z tego samego powodu. 

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa