Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 maja 2020

Ścieżki Północy, Richard Flanagan

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Maciej Świerkocki

OPIS: Australijska Wojna i pokój. Nagroda Bookera 2014
Osadzony w japońskim obozie, którego jeńcy są wykorzystywani do pracy przy budowie Kolei Śmierci w Birmie, chirurg Dorrigo Evans nie może przestać myśleć o romansie z żoną swego wuja sprzed dwóch lat. Bliski rozpaczy codziennie musi walczyć o ocalenie podlegających mu żołnierzy przed głodem, cholerą, torturami... Pewnego dnia otrzymuje list, który zmieni jego życie na zawsze.
Jest to opowieść o wielu rodzajach miłości i śmierci, o wojnie i prawdzie, do której dochodzi się z wiekiem, o sukcesie, który osiąga się po to tylko, by uświadomić sobie, co się straciło.

RECENZJA: Książka Flanagana jak dla mnie okazała się wielkim rozczarowaniem. Jest nudna jak flaki z olejem, brak jej zupełnie tego haka, który zaczepia i wciąga mnie w opowieść. Historia życia Dorrigo Evansa jest po prostu nieciekawa, z wyjątkiem fragmentów w japońskim obozie pracy. Cała reszta książki jest pretensjonalna a język napuszony i upstrzony trudnymi do strawienia metaforami. Niestety, zupełnie nietrafiona lektura. Dwie gwiazdki ode mnie. 

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

piątek, 22 maja 2020

Żywica, Ane Riel

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz

OPIS: Co się dzieje, jeśli kochasz kogoś tak bardzo, że chcesz go zatrzymać przy sobie za wszelką cenę, w bezpiecznym miejscu?
Rodzina Haarder mieszka na odosobnionej, porośniętej świerkami małej wysepce i z rzadka kontaktuje się z obcymi. Mieszkańcy sąsiedniej wyspy uważają ich za dziwnych, ale nie wtrącają się w ich życie. Gdy ojciec zgłasza śmierć 9-letniej córki, szanują ich żałobę i coraz mniej się interesują tym, co się dzieje w odosobnionym domostwie.
"Żywica" to wstrząsająca i zarazem wzruszająca kronika stopniowego upadku i szaleństwa, do którego może doprowadzić ludzi lęk przez kolejną utratą i traumą.

RECENZJA: O matko i córko, co ja przed chwila przeczytałam!! I od czego mam teraz zacząć ta recenzje?
Może od tego, że to jest doskonała opowieść. Tragiczna, zatrważająca a jednocześnie piękna. Naprawdę! To się wydaje niemożliwe, ale tak właśnie jest. Opisy natury widzianej oczami bohaterów są zachwycające, ich miłość do otaczającego świata chwyta za serce. I to piękno przyrody jest drastycznie zestawione z szaleństwem jakim jest ich życie rodzinne.

Książka po prostu powala, zakończenie zwłaszcza. Czytajcie to, bo warto!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa



poniedziałek, 18 maja 2020

Droga do domu, Yaa Gyasi

MOJA OCENA: 

Tłumaczenie: Michał Ronikier

OPIS: XVIII wiek, Ghana, zachodnie wybrzeże Afryki. Dwie przyrodnie siostry mieszkają w odległych wioskach, nigdy się nie spotkały, nie wiedzą nawet o swoim istnieniu. Pierwsza z nich, Effia, poślubia angielskiego kolonizatora, dowódcę twierdzy Cape Coast Castle, i żyje u boku kochającego męża. Druga, Esi, trafia do twierdzy w dramatycznych okolicznościach. Uprowadzona, wrzucona do lochu, zostaje następnie wysłana za ocean i sprzedana jako niewolnica. 
Yaa Gyasi, nowa gwiazda literatury amerykańskiej, z ogromnym wyczuciem i talentem opowiada dalsze losy bohaterek i ich potomków. Efektem jest niezwykła powieść, rozciągnięta w czasie na niemal 300 lat. Upokarzające wydarzenia niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, europejska kolonizacja Afryki, walka czarnych Afroamerykanów o równouprawnienie, marzenie o awansie społecznym, rodzinne tragedie, zawiść, zazdrość, chwile szczęścia i w końcu miłość. "Droga do domu" to wciągająca saga i prawdziwa eksplozja emocji. Powieść bardzo amerykańska, a jednocześnie pełna afrykańskiej magii.

"Droga do domu" to debiut literacki Yaa Gyasi. Na pomysł napisania książki wpadła, gdy szukała swych korzeni w Afryce. Podczas podróży po Ghanie odwiedziła Cape Coast Castle i jak później wyznała, od razu wiedziała, że to złowrogie miejsce stanie się centrum jej opowieści. Książka wzbudziła prawdziwą sensację na Targach Książki w Londynie – prawa do wydania na podstawie samego zarysu powieści zakupiło kilkanaście krajów.
"»Droga do domu« Yaa Gyasi zapowiada się wspaniale. XVIII-wieczna Ghana, dwie przyrodnie siostry, dwie odmienne ścieżki życia."
Jessie Burton, autorka "Miniaturzystki"

Yaa Gyasi, amerykańska autorka o afrykańskich korzeniach, zabiera nas w egzotyczną i emocjonującą podróż przez pokolenia, od xviII-wiecznej Ghany po Nowy Jork w xxi wieku. Na tle tragicznej historii niewolnictwa i rasizmu spotykamy bohaterów nietuzinkowych i wielowymiarowych, którzy od razu zapadają w pamięć. Dzięki nim między innymi udaje się Gyasi sztuka najtrudniejsza: utrzymuje czytelnika w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

RECENZJA: To książka, którą powinien przeczytać absolutnie każdy. Ta wielopokoleniowa saga opowiada historie zarówno pojedynczych bohaterów, poszczególnych pokoleń, a także pokazuje jaki los spotkał całą klasę ludzi uznanych za podgatunek.   

Książka obnaża dokładnie to czego my jako biali Europejczycy w ogromnej mierze kompletnie nie rozumiemy – jak łatwo można zostać całkowicie i kompletnie oderwanym nie tylko od własnego kraju, ale przede wszystkim od własnej kultury, tradycji i historii. Jak w ciągu jednego pokolenia można wymazać cale dziedzictwo i pamięć kulturowa grupy ludzi, wyrugować to z nich, wypalić i pozostawić ze zgliszczami, na których spróbują odbudować się na nowo, już bez krajów swoich przodków. Porównajmy to z naszymi Europejskimi korzeniami, gdzie niejednokrotnie we swoich rodzinach możemy dokładnie odtworzyć drzewa genealogiczne do sześciu czy siedmiu pokoleń wstecz, niekiedy nawet więcej. Dzieciom afrykańskich niewolników zostało to całkowicie odebrane, ich przeszłość i pochodzenie przekreślone.   

Jest to książka, która rozprawia się z mitem emancypacji niewolników jako wielkiego wybawienia, po którym wyzwoleni Afrykańczycy mogę żyć w spokoju i dostatku, gdzie i jak chcą. Wyzwolenie w praktyce oznaczało zupełnie co innego: z dnia na dzień wyrzucenie z plantacji bez pracy, bez grosza przy duszy, bez ziemi i bez perspektyw. Uprzedzenia i nienawiść wciąż wszechobecne po zakończeniu wojny secesyjnej, jak również piętrzące się okrutne przepisy prawa skierowane specjalnie przeciwko nim, czyniły życie byłych niewolników dramatycznym.  Ta sytuacja nie zmieniła się wiele nawet 100 lat później a i dziś pozostawia wiele do życzenia.

Droga do domu to przejmująca i gorzka opowieść, ale jednak z krzepiącym zakończeniem. Nie jest to łatwa lektura, jest w niej okrucieństwo (ale bez zbędnych, drastycznych opisów), cierpienie, gniew i bezsilność. Ale jest też siła i determinacja, miłość i poświecenie, walka i nadzieja.  Ta książka na pewno boli, ale przede wszystkim uczy. I przypomina o tych zapomnianych.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa


wtorek, 15 stycznia 2019

Słowik, Kristin Hannah

Tłumaczenie: Barbara Górecka

MOJA OCENA: 

OPIS: Miłość pokazuje nam, kim chcemy być. Wojna pokazuje, kim jesteśmy.

Dwie siostry, Isabelle i Vianne, dzieli wszystko: wiek, okoliczności ,w jakich przyszło im dorastać, i doświadczenia. Kiedy w 1940 roku do Francji wkracza armia niemiecka, każda z nich rozpoczyna własną niebezpieczną drogę do przetrwania, miłości i wolności.

Zbuntowana Isabelle dołącza do ruchu oporu, nie zważając na śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie ściąga na całą rodzinę. Opuszczona przez zmobilizowanego męża Vianne musi przyjąć do swego domu wroga. Cena za uratowanie własnego życia i dzieci z czasem staje się dramatycznie wysoka…

Inspirowana życiorysem bohaterki ruchu oporu Andrée de Jongh opowieść o sile, odwadze i determinacji kobiet zachwyciła miliony czytelniczek na całym świecie.

RECENZJA: 

“Opowiadanie historyjek to działka mężczyzn. Kobiety żyją dalej. Dla nas ta wojna była czym innym niż dla nich. Kiedy się skończyła, nie brałyśmy udziału w paradach, nie dostawałyśmy medalu, nie wspominano o nas w książkach historycznych. W czasie wojny robiłyśmy to, co do nas należało, a gdy się skończyła, pozbierałyśmy kawałki i zaczęłyśmy życie od nowa".
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
“Słowik” Krisitin Hannah to niesamowicie wciągająca książka. Pomimo wszystkich niedociągnięć, nieścisłości i przekłamań zawartych w tekście, historia Isabelle i Vianne jest fenomenalnie napisana, pochłania i jest naprawdę warta uwagi. Hannah wspaniale szkicuje swoje postacie, ich osobowości sprzed wojny i stopniowo pokazuje ich przemianę, dojrzewanie i odkrywanie samych siebie. Jeżeli martwicie się, że ta książka to jeszcze jeden wojenny romans to mogę was z ręką na sercu zapewnić, że tak nie jest. Owszem, watek miłosny przewija się przez ta historie, ale nie jest jej punktem centralnym a jedynie tłem do wydarzeń z powieści. Bohaterki nie spędzają tutaj czasu na wzdychanie do cudownych mężczyzn lub polowanie na przyszłych mężów a raczej w swoim zwykłym, codziennym życiu mierzą się z dramatycznymi sytuacjami, które testują nie tylko ich odwagę czy determinacje, ale także człowieczeństwo. I o tym właśnie jest ta książka: o cichym, codziennym bohaterstwie zwykłych kobiet.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
Zachwyciło mnie to, że autorka skupiła się na opowiedzeniu wojennej historii kobiet, na ich losach i przeżyciach, które są przecież nie mniej dramatyczne niż doświadczenia mężczyzn, a jednak tak często pomijane i zapominane. Właśnie za to oraz za przepięknie stworzone bohaterki, “Słowik” dostaje ode mnie cztery gwiazdki.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

czwartek, 26 kwietnia 2018

Lewa strona życia, Lisa Genova

okladka ksiazki
Tłumaczenie: Agnieszka Kalus

MOJA OCENA: ★★★☆☆

OPIS: Sarah Nickerson jest kobietą sukcesu, ucieleśnieniem marzeń o spełnieniu – świetna praca, szczęśliwa rodzina, piękny dom na przedmieściach Bostonu.
Bez przerwy w biegu, perfekcyjnie łączy obowiązki rekruterki w dużej korporacji z odwożeniem dzieci do żłobka i na zajęcia pozalekcyjne, będąc jednocześnie boginią domowego ogniska.

Jakimś cudem Sarah panuje perfekcyjnie nad każdą chwilą swojego życia. Do czasu.
Wystarczy sekunda, mgnienie oka, nieszczęśliwy zbieg okoliczności, by ten perfekcyjny układ rozsypał się, a jego tryby rozprysły się na wszystkie strony.

Na skutek wypadku samochodowego Sarah doznaje skomplikowanego urazu mózgu, na skutek którego traci zdolność postrzegania istnienia lewej strony. Połowa świata znika z jej świadomości i Sarah po raz pierwszy staje się zależna od innych. Walcząc o nową siebie, musi pożegnać starą tożsamość i życie, które już nigdy nie powróci. Musi odkryć nowe, czekające na nią przeznaczenie i przekonać się, że istnieją rzeczy większe i ważniejsze niż to, co do tej pory uważała za szczyt marzeń.

RECENZJAMoją pierwszą refleksją po rozpoczęciu czytania "Lewej strony życia" była myśl, że ja nie mogłabym tak żyć. Oszalałabym. I wcale nie mam tutaj na myśli życia bohaterki po wypadku samochodowym. To jej egzystencja sprzed tragicznych wydarzeń książki przyprawia mnie o dreszcze.

Sarah ma również obsesje na punkcie wszystkiego co najlepsze. Co kilka stron zarzuca nas nazwami ekskluzywnych marek, które nosi, samochodów którymi jeździ, prestiżowych uniwersytetów na które uczęszczała, opisami kosztownych gadżetów, których używa i kurortów narciarskich do których jeździ i gdzie posiada drugi, wakacyjny dom.

Te snobistyczne przechwalanki przeplatane są jednocześnie rozważaniami, jaką to męką jest dla niej zajmowanie się własnymi dziećmi, ubieranie ich, karmienie, odwożenie do szkoły i uczestniczenie w ich życiu. Cały ten czas mogłaby poświecić przecież na prace a zamiast tego, musi interesować się trójką swoich, podobno chcianych i planowanych pociech. Przez to ciągłe narzekanie na własna rodzinę, na ilość uwagi jaką musi im poświecić i podkreślanie własnego statusu społecznego oraz wysokiego poziomu życia, Sarah jest niezwykle odpychającą bohaterką.
Żeby być sprawiedliwą dodam, że Sarah nie jest potworem i w miarę postępu książki przechodzi pozytywną przemianę podczas swojej rekonwalescencji, gdy zaczyna patrzeć na świat z nieco szerszej perspektywy niż przed wypadkiem. Dokonuje ważnych zmian w życiu swoim i swojej rodziny i naprawia to, co było zepsute. Dla mnie nastąpiło to jednak zbyt późno, bym zmieniła swoje odczucia w stosunku do jej osoby.

Postać Sarah jest najbardziej ekscytującą częścią książki. Reszta jest niestety nieco nudna i pełna zbędnych powtórzeń. Co kilka rozdziałów Genova serwuje nam wciąż te same opisy zaburzenia jakim jest zespół pomijania stronnego i sposobów w jakie bohaterka musi sobie z nim radzić. Za pierwszym, drugim i nawet trzecim razem objaśnienia te były ciekawe, potem stały się już nieco nudne i monotonne.
O pozostałych postaciach, takich jak mężu Sarah czy jej mamie, która przejeżdża, aby pomóc opiekować się córką podczas rehabilitacji, wiemy bardzo niewiele. Pomimo, że powinni oni stanowić dużą część świata naszej bohaterki, bo to właśnie na nich polega ona we wszystkich swoich codziennych czynnościach, pozostają oni gdzieś w cieniu, w tle opowieści co sprawia, że są płascy, jednowymiarowi i nieciekawi. Jak dla mnie, brakuje w tej historii jakich głębszych emocji, wyczuwalnej dramatycznej walki o siebie, zmagań nie tylko fizycznych, ale przede wszystkim wewnętrznych, psychicznych, które skłaniałyby czytelników do refleksji i przemyśleń.

Lewa strona życia to książka interesująca z perspektywy opisów zaburzeń neurologicznych spowodowanych uszkodzeniem mózgu i sposobów w jaki wpływają one na życie człowieka. Jest doskonałym opisem życia z fizyczną niepełnosprawnością i przeciwnościami z jakimi taka osoba musi sobie radzić oraz tego, jak ciężką pracą po takim urazie jest powrót do niezależności, którą każdy z nas bierze za pewnik. Pod tym względem, Lisa Genova na pewno nie zawodzi.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



sobota, 31 marca 2018

Jak zawsze, Zygmunt Miłoszewski

MOJA OCENA: ★★☆☆

OPIS: Jest styczniowy dzień 2013 roku, Grażyna i Ludwik świętują wyjątkową rocznicę. Pięćdziesiąt lat mija dokładnie od dnia, kiedy pierwszy raz poszli ze sobą do łóżka. On ma 84 lata, ona 79. Co roku ten dzień to ich najważniejsza rocznica. Intymna, prywatna, świętowana tylko we dwoje. Dzień podsumowań (tych coraz więcej), planów (tych coraz mniej), też dzień niewypowiedzianych pożegnań, nie wiadomo przecież, czy to nie ich ostatnia wspólna rocznica. Co roku odbywają ten rytuał, rozmawiają, jedzą to samo jedzenie, co w 1963 roku, tak samo uprawiają seks. I choć po tym ostatnim spodziewają się coraz mniej, to tym razem wieczór jest naprawdę fantastyczny i oboje idą spać spełnieni.

Następnego ranka, ku swemu wielkiemu zaskoczeniu budzą się w swoich młodych ciałach. Mając świadomość tego, że jeszcze wczoraj byli sędziwymi dość staruszkami. I szybko orientują się, że są znowu w roku 1963, on ma 34 lata, ona 29, całe życie przed nimi. Co zrobią? Praktyczne ćwiczenie z powiedzenia "gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła" napędza prywatną fabułę książki. Czy postanowią znowu być razem? Czy wybiorą inne ścieżki? Czy ona wróci do swojej wielkiej miłości, którą straciła w 1968 roku? Czy on wybierze swoją żonę, którą miał, kiedy z Grażyną zaczęli być kochankami? Ile będą chcieli zachować ze swojego poprzedniego życia? Ile zmienić? jak dwójka humanistów (psycholog i nauczycielka) wykorzysta swoją wiedzę z XXI wieku?

RECENZJA: Mam mieszane uczucia co do tej książki. 

Sam pomysł na historie Grażyny i Ludwika nie jest zły. Ciekawy jest koncept nowej, alternatywnej rzeczywistości i zmienionej, powojennej historii Polski. Wydaje mi się, że autor całkiem zgrabnie nakreślił, jak wyglądałby nasz kraj w sojuszu z Francja i jak odzwierciedlałoby to życie mieszkańców. Jak dla mnie, jest to bardzo trafna wizja. Podobało mi się również zawarte w książce pytanie, czy gdybyśmy rzeczywiście dostali od życia nowa szanse, mając już swój bagaż doświadczeń, czy bylibyśmy w stanie uniknąć starych błędów i pokierować naszym życiem inaczej? Czy zdołalibyśmy przeżyć to drugie życie w prawdziwie wymarzony przez nas sposób? Czy może raczej zwyciężyłaby nasza osobowość, nasze głęboko zakorzenione przyzwyczajenia oraz charakter i na dobra sprawę nie zmienilibyśmy nic? Czy wszystkie podjęte decyzje, z pozoru różne od tych poprzednich, w rezultacie nałożyłyby się na siebie dając taki sam efekt końcowy jak za pierwszym razem? Dla mnie są to bardzo ciekawe rozważania.

Niestety, z przykrością musze napisać, że strasznie się nudziłam czytając "Jak zawsze". Po pierwsze, zdecydowanie za dużo jest w niej rozwlekłych, szczegółowych opisów Warszawy. Jak  juz napisała Agnieszka z Czytam, bo lubię dla kogoś, kto miasta nie zna, jest to po prostu przeraźliwie nudne. Skoro ja i tak nie znam ulic Warszawy, jest mi wszystko jedno czy stacja Orlenu istnieje dzisiaj tam, gdzie przed wojna stała kamienica, która później runęła, czy może postawili ja na niezagospodarowanym wcześniej terenie. Nie ma to dla mnie absolutnie żadnego znaczenia i niczego nie wnosi do samej historii. Tego typu nużące, bezsensowne dywagacje stanowią niestety ogromna część książki. Już po kilku pierwszych rozdziałach zaczęłam te opisy po prostu omijać, bo inaczej nie dobrnęłabym do końca. Spokojnie można byłoby te fragmenty z tekstu wyciąć lub skrócić do kilku zaledwie zdań, książkę odchudzić i niczego z opowieści nie stracić.

Po drugie, przeszkadzały mi wszechobecne opisy ciał i seksu. Znów jest tego po prostu za dużo. Nie mam nic przeciwko scenom erotycznym w książkach, nie przeszkadzają mi naturalistyczne opisy ciał, ale tego jest tutaj znów mnóstwo. Niemal na każdym kroku natykamy się na czyjeś nagie piersi, młode lub stare tyłki, gładkie lub piegowate plecy, obwisłe lub płaskie brzuchy i twarde uda. Znów do przesady i znów nie wnosi to niczego do samej opowieści.

Pozytywnym akcentem są za to niezwykle trafne obserwacje autora o nas jako społeczeństwie i stanowią one zarówno doskonale tło jak i źródło tej historii.

Akcja książki jest jednak zbyt powolna i monotonna, taka trochę nijaka żebym mogła się nią zachwycić lub ją chociażby polubić. Nic się tu tak naprawdę nie dzieje, bohaterowie snują się rozmyślając, niczym nie ponaglani. Brakuje tu jakiegoś napięcia, wyznaczonego czasu, tykającego zegara. Brakuje haka, który by nas zaczepił, wciągnął głębiej w opowieść i nie pozwolił się z niej wyplątać. Bez tego, zupełnie nie obchodziło mnie co się stanie z Grażyną czy Ludwikiem i po prostu czekałam na zakończenie.

Jest w tej historii spory potencjał, ale wydaje mi się, że sedno książki trochę rozmyło się w nieskończonych opisach ulic, budynków i ludzkich ciał. Książka bez szału. Dwie gwiazdki.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa


niedziela, 25 marca 2018

Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze, Gail Honeyman

Tłumaczenie: Magdalena Słysz

MOJA OCENA: ★★★★☆

OPIS: Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze. Skończyła trzydzieści lat, jest filologiem klasycznym, ale pracuje w księgowości, oszczędzając każdego pensa. Nosi niezniszczalny bezrękawnik, ma stały harmonogram posiłków i niechętnie rozmawia z kolegami z pracy. Uwielbia zakupy w Tesco i swoją jedyną roślinę doniczkową. Mówi to, co myśli, a wszyscy uważają ją za wariatkę. Prowadzi samotne życie, bo nie pasuje nigdzie i do nikogo.

Pewnego dnia poznaje w pracy nowego informatyka, Raymonda, który niezrażony stara się z nią zaprzyjaźnić. Oboje przychodzą z pomocą Sammy’emu, starszemu mężczyźnie, który zasłabł na ulicy. Nieoczekiwana życzliwość, troska i serdeczność nowych znajomych sprawią, że Eleanor dowie się o sobie paru rzeczy, które zmienią jej życie.

Wzruszająca i zabawna powieść o dziewczynie, która w dzieciństwie zdołała przeżyć wielką traumę, ale nie bardzo wie, jak po niej żyć.

RECENZJA: Nie do końca rozumiem, dlaczego "Eleanor Oliphant ma się calkiem dobrze" została zakwalifikowana jako zabawna i pełna humoru. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że mnie w tej książce nic nie bawiło. Ani Eleanor i jej dziwactwa (dla mnie niemal od początku było jasne, że są wynikiem jakieś nieznanej nam, głębokiej traumy) ani sytuacje w których się znajduje, a już na pewno nie jej historia. Czytałam ją w polskim przekładzie językowym i być może brytyjski humor gdzieś się tutaj zagubił podczas tłumaczenia? A może to ja zbyt poważnie podeszłam do tej lektury? Nie wiem, nie jestem pewna co tutaj zadziałało, ale ja się przy tej lekturze nie śmiałam. Co nie znaczy, że książka nie przypadła mi do gustu lub uważam ją za przygnebiającą. Wcale nie. 

Historia Eleanor jest jak najbardziej smutna, nacechowana niewyobrażalnym cierpieniem, zarówno fizycznym jak i psychicznym, oraz samotnością. A jednak jest to ciepła opowieść o niespodziewanej przyjaźni, nadziei i o tym jak obecność drugiego człowieka, jego bezinteresowne opieka i troska mogą odmienić czyjeś życie. Nie zdołają niestety wymazać strasznej przeszłości, ale pozwalają w bezkresnym oceanie depresji i rozpaczy dostrzec na horyzoncie zalążek otuchy i szansy na swoje własne, być może ciche i małe, ale zawsze szczęście. Eleanor Oliphant w jedno popołudnie stała się dla mnie bliska jak przyjaciółka i została jedna z moich ulubionych postaci literackich. Ze wszystkimi jej bliznami. 

Piękna książka, na pewno warta przeczytania. Cztery i pół gwiazdki.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



wtorek, 20 marca 2018

Legenda o samobójstwie, David Vann

Tłumaczenie: Dobromiła Jankowska

MOJA OCENA: ★★★★★

OPIS: Kiedy ojciec proponuje Royowi spędzenie kilku miesięcy na odludnej wyspie Sukkwan, tylko we dwóch, chłopak waha się, zanim postanowi opuścić dom i znaną sobie codzienność. Nic nie potoczy się tak, jak sądzili. Życie zaskakuje i ciągle przypomina, że nie wszystko można przewidzieć, zaplanować i ułożyć po swojemu. Ważne jest, by przetrwać, odnaleźć radość tam, gdzie tylko się da, i wybaczyć innym ich słabości.
Skomplikowane relacje rodzinne, trudne wybory, miłość i namiętności, to wszystko znajdziemy w oszczędnej prozie Davida Vanna, która targa emocjami czytelnika i której nie da się zapomnieć.

RECENZJA: Kiedy David Vann miał 13 lat, jego ojciec popełnił samobójstwo.

Jego rodzice byli rozwiedzeni i gdy David był w ósmej klasie, ojciec zaproponował mu, aby przeprowadził się na rok do niego, do Fairbanks na Alasce, żeby razem pomieszkać. David odmówił. Dwa tygodnie później jego ojciec zastrzelił się z pistoletu. Rozmawiał wtedy przez telefon ze swoja druga zona.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że aby naprawdę zrozumieć te książkę musimy wiedzieć jak bardzo osobista jest ona dla samego autora i jak bardzo trudna i przerażająca jest opisana w niej historia. Zwłaszcza jej centralny, absolutnie szokujący punkt zwrotny. Tylko wtedy możemy naprawdę docenić niezwykłość "Legendy o samobójstwie". 

Jest to niejako próba przepisania na nowo prawdziwych wydarzeń z młodości Vanna, odwrócenia tego co się stało.  Wskazuje już na to sam tytuł książki: to przecież LEGENDA o samobójstwie, nie historia o samobójstwie, nie opowieść o nim. David przepisuje ja od początku, układa na nowo, miesza fakty z fikcja, prawdę z mitem, wymyśla całkiem nową legendę. Taką która szokuje, zwala z nóg, nie daje się zapomnieć ani zignorować. Być może ta nowo wykreowana baśń ma także odebrać ojcu możliwość posiadania ostatniego słowa. 
Książka napisana jest w formie kilku opowiadań składających się na jedna całość, połączonych postacią Roya (uosobienie Davida) i jego ojca. Niech was to jednak nie zniechęca. Książka jest zajmująca i niezwykła, choć z pewnością smutna. Jest pełna bólu, poczucia beznadziei i rezygnacji, jak tez desperackiej walki o coś, co jest już stracone.  Jest to jedna z tych opowieści, które na długo zapadają nam w pamięć. Jeśli w tym roku przeczytacie tylko jedna książkę, niech będzie to właśnie "Legenda o samobójstwie". Nie pożałujecie.


*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



sobota, 17 marca 2018

Powiem ci coś, Piotr Adamczyk

MOJA OCENA: ★★★

OPIS: Opowieść o miłości, ale i o granicach, których nie wolno przekraczać zarówno w życiu, jak i po śmierci. Pisarz samotnie mieszkający w wielkim domu wynajmuje pokój studentce malarstwa. Dziewczyna tworzy w ukryciu tajemnicze obrazy zamawiane przez ekstrawaganckich kolekcjonerów oraz gwiazdy Hollywood. Podobno są w stanie zapewnić nieśmiertelność… Mężczyzna zaś pisze kryminał niepokojąco zbieżny z wydarzeniami rozgrywającymi się wokół domu. Czy są one tylko inspiracją dla fikcji literackiej? Z czasem oboje zakochują się w sobie. Nie są jednak świadomi, że dla siebie nawzajem mogą stanowić zagrożenie.

RECENZJAIle ja się nagłowiłam przy tej książce!

„Powiem ci cos” Adamczyka jest ciekawa, niepokojąca, lekka i szybka w czytaniu i zdecydowanie dowcipna. Jest w niej watek niby kryminalny i cały czas coś się dzieje, choć przyznam się, że były momenty w których przy niej przysypiałam. Aż do ostatniej części. Tutaj akcja przyspiesza, robi się naprawdę nieprzewidywalnie i wszystko się gmatwa. I to jak!

Książkę skończyłam czytać wczoraj i cały czas o niej rozmyślam. Mam wrażenie, że pogubiłam się w niej jak dziecko w lesie i nie potrafię znaleźć drogi do domu. Nic już nie jest takie jak było kiedyś, nic nie wygląda znajomo, nie wiem z którego kierunku przyszłam i w którym powinnam iść. I komu ufać?

Kim tak naprawdę jest nasz bohater? Co jest prawda, a co opowieścią snuta przez postać pisarza? Jak daleko to wszystko sięga? Gdzie to się zaczęło, w którym momencie występuje granica miedzy rzeczywistością a kłamstwem i urojeniami?  

Jest to oczywiście celowy spisek autora przeciwko czytelnikom, żeby nas zmylić, zszokować, zasiać wątpliwości tam, gdzie wszystko jest niby jasne, zburzyć nasze zaufanie i sprawić żeby opadły nam szczęki. Udaje mu się to. Wzorowo. Ja swoja wciąż zbieram z podłogi.

A może to po prostu wina tego, że kończyłam czytać te książkę późno w nocy, nie mogłam jej przecież tak po prostu odłożyć, i mózg mi się wyłączył przy końcu? Nie wiem. Możliwe, że tak było. Ale nie sądzę. Obwiniam jednak autora, że z pełną premedytacją i satysfakcją miesza nam w głowach i cieszy go, kiedy skołowani snujemy się po mieszkaniach obijając o ściany, próbując wykombinować co tu się właściwie stało. 

Osobiście zakładam, ze wszystko w książce jest kłamstwem, z wyjątkiem domu z klatka, interesu który się tam kreci i ostatniego aresztowania. Cała reszta to mrzonki chorego człowieka. To jest moja interpretacja i trzymam się jej jak tonący brzytwy. 

Za to, że książka pognała do przodu i zostawiła mnie w tyle, oszołomioną, zdumioną, w kłębach zwątpienia we wszystko, co właśnie przeczytałam i z poczuciem niedosytu, cztery gwiazdki.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa


piątek, 16 marca 2018

Cień wiatru (Cmentarz Zapomnianych Książek #1), Carlos Ruiz Zafón

Tłumaczenie: Beata Fabjańska-Potapczuk

MOJA OCENA: ★★★

OPIS: W letni świt 1945 roku dziesięcioletni Daniel Sempere zostaje zaprowadzony przez ojca, księgarza i antykwariusza, do niezwykłego miejsca w sercu starej Barcelony, które wtajemniczonym znane jest jako Cmentarz Zapomnianych Książek. Zgodnie ze zwyczajem Daniel ma wybrać, kierując się właściwie jedynie intuicją, książkę swego życia. Spośród setek tysięcy tomów wybiera nieznaną sobie powieść "Cień wiatru" niejakiego Juliana Caraxa.
Zauroczony powieścią i zafascynowany jej autorem Daniel usiłuje odnaleźć inne jego książki i odkryć tajemnicę pisarza, nie podejrzewając nawet, iż zaczyna się największa i najbardziej niebezpieczna przygoda jego życia, która da również początek niezwykłym opowieściom, wielkim namiętnościom, przeklętym i tragicznym miłościom rozgrywającym się w cudownej scenerii Barcelony gotyckiej i renesansowej, secesyjnej i powojennej. 

RECENZJA„Każda znajdująca się tu książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę przeczytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią.

Co tu dużo pisać, książka jest wspaniała. Napisana pięknym, poetyckim językiem wprowadza nas w świat osnuty mgłą tajemniczości i magii, realny i jednocześnie zaklęty, bajeczny ale złowieszczy. Są tutaj zjawy wyłaniające się niespodziewanie z mroku, nawiedzone pozornie domy, tragiczna miłość, zbrodnia i śmierć. Jest to jednak przede wszystkim powieść o miłości i dojrzewaniu. O przyjaźni cenniejszej niż bogactwo, o oddaniu które przetrwa próbę czasu, o stracie, o pasji oraz zemście.

Jeśli lubicie książki nieco w stylu dziewiętnastowiecznych powieści gotyckich, "Cień wiatru" Carlosa Ruiz Zafón na pewno przypadnie wam do gustu. Ja się w niej zakochałam.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa


wtorek, 27 lutego 2018

Papierowa księżniczka (Seria królewska #1), Erin Watt

Tłumaczenie: Maria Smulewska-Dziadosz

MOJA OCENA: ★☆☆☆☆

OPIS: Życie Elli Harper nie przypomina bajki – dziewczyna nie ma ojca, często przeprowadza się z miasta do miasta, ciężko pracuje i codziennie walczy, by związać koniec z końcem. Jedynie marzenia o lepszym jutrze podtrzymują ją na duchu. Czy jest szansa, aby się spełniły?

Nagle za sprawą członków rodziny Royal Ella trafia do świata bogactwa i luksusu. Nie wie jednak, że ta piękna otoczka skrywa niewyobrażalne zepsucie. Reed, jeden z pięciu braci, jest „perłą w koronie” rodu Royalów. Dziewczyna nie potrafi się oprzeć jego urokowi, lecz chłopak za wszelką cenę chce zniszczyć jej fascynację.

Stopniowo na jaw wychodzą rodzinne tajemnice, a Ella uświadamia sobie, że jest w stanie przetrwać wszystko – oprócz życia w pałacu Royalów.

RECENZJANie znoszę książek, które idealizują maltretowanie i wmawiają czytelnikowi że psychiczne lub fizyczne znęcanie się nad druga osoba to tak naprawdę jest miłość. Obrzydliwe. Skóra na karku mi cierpnie kiedy pomyśle że jakieś młode dziewczyny mogą to czytać i dojść do wniosku że ta historia jest romantyczna. 

Czymś innym jest kiedy w książce opisane znęcanie się zostaje jasno potępione, napiętnowane i nazwane po imieniu, a czym innym udawanie, że taka chora relacja to miłość. Dla mnie "Papierowa księżniczka" jest na tym samym poziomie co "Pięćdziesiąt twarzy Greya". I dokładnie z tego samego powodu. 

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa