Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sensacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sensacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2020

Latarnia umarłych (Sedinum #2), Leszek Herman

MOJA OCENA: 

OPIS: Akcja "Latarni umarłych" rozgrywa się w rok po wydarzeniach opisanych w "Sedinum – wiadomość z podziemi". Troje młodych ludzi – Paulina, Igor i Johann – zostaje ponownie wplątanych w sensacyjne śledztwo, tym razem dotyczące pewnego morderstwa.

Dawno, dawno temu, w pewnym małym miasteczku nad samym morzem, w starym średniowiecznym zamczysku rodzi się chłopiec, który niedługo potem zostaje królem całej Skandynawii, a w ówczesnej Europie jest nazywany Cesarzem Północy.

Mijają wieki. Rok 1941. Mroźną listopadową porą, w samo południe, nieopodal miasta dochodzi do potężnej eksplozji, która kładzie pokotem wszystkie drzewa i wybija szyby w oknach w całej okolicy. Fala uderzeniowa odczuwalna jest w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a w pewnej starej kaplicy zapada się posadzka.

Blisko osiemdziesiąt lat później pewnego wiosennego dnia do redakcji popularnego, szczecińskiego dziennika przychodzi wiadomość od pewnego staruszka. W jego kolejnych listach nieprawdopodobne wspomnienia i sensacyjne szczegóły przeplatają się z urojeniami z czasów wojennych. Zajmująca się tym tematem dziennikarka Paulina Weber zaczyna wątpić w zdrowie psychiczne nadawcy. Gdy w ostatnim liście zdradza on, że od wielu lat ukrywa zakopane w piwnicy zwłoki, jest już tego pewna…  


Pozostawione przez niego stare dokumenty z wolna zaczynają jednak odsłaniać mroczne wydarzenia, które za czasów drugiej wojny światowej rozegrały się w sennej, nadmorskiej scenerii...


RECENZJA: Kolejna pierwszorzędna powieść od autora “Sedinum”! “Latarnia umarłych” to druga książka Leszka Hermana która przeczytałam i oczywiście od razu wpadłam w nia po uszy! Od dziś możecie mnie zaliczać do grona wiernych fanek autora.


Książka jest przede wszystkim świetnie napisana, znów pełna ciekawych historii Pomorza, przy czym absolutnie nie zanudza. W tej części zdecydowanie mniej jest opisów architektury, a te które znalazły się w tekście nie są rozwlekle i nie odwracają uwagi od głównej fabuły.

Bardzo lubię u Leszka Hermana te krótkie opowiastki z przeszłości Pomorza, zagubione w czasie i pewnie zapomniane przez większość ludzi, tak pięknie przywrócone przez niego do życia. Ma on wspaniały talent do budowania niezwykłych historii z legend i mitów, wyszperanych gdzieś miejscowych przekazów i do tworzenia z nich fenomenalnych przygód, które wciągają jak najlepsze thrillery.

W “Latarni umarłych” zdarzyło mi się co prawda parę razy odgadnąć co łączy zagadkowe watki powieści zanim wpadli na to jej bohaterowie. Zazwyczaj bardzo mi to przeszkadza podczas lektury, bo nie lubię, kiedy bohaterowie okazują się mniej bystrzy od czytelnika. Pachnie mi to od razu manipulacją i próbą przedłużenia na siłę powieści. Ciekawe jednak, że w “Latarni umarłych” nie drażniło mnie to aż tak bardzo. Zastanawiałam się, dlaczego i chyba po prostu dlatego, że historia z tej książki jest naprawdę świetna i wciągająca, i bezsprzecznie przewyższa swoja jakością jakiekolwiek niewielkie niedoskonałości tekstu.

W poprzedniej części, “Sedinum”, której recenzje możecie przeczytać TUTAJ, bardzo pod skórę zalazła mi jednak bohaterka, Paulina Weber. Przyznam się bez bicia, że biorąc do ręki “Latarnię umarłych” miałam cichą nadzieję, że Pauliny w niej nie będzie. Paulina w książce oczywiście występuje, i tym razem to głownie z jej perspektywy śledzimy rozwój wydarzeń. Na szczęście wykazuje się ona nieco większym sprytem niż w poprzedniej częsci trylogii i nawet udaje jej się powiązać prawidłowo wątek czy dwa. Wciąż daleko jej do bystrej dziennikarki, ale niewielką poprawę dało się wyczuć. Niestety, równocześnie poznajemy tutaj Paulinę nieco bliżej jako osobę i musze wam powiedzieć, że ja jej po prostu nie lubię. Wydaje mi się ograniczona umyslowo, bez polotu i sprawia na mnie wrażenie płytkiej i zmanierowanej. Mam szczerą nadzieję, że Igor się z nią jednak nie zwiąże, bo chłopak zasługuje na bardziej rozgarnięta (i ogarnięta) towarzyszkę życia. 

Są to oczywiscie moje wlasne, osobiste uprzedzenia i tak naprawde nie moge zaliczyc jednej irytujacej bohaterki do mankamentow tej powiesci. 

Zdecydowanie najlepszą jednak częścią „Latarni umarłych” jest jej finał. Kierunek, w którym poszedł Leszek Herman jest fenomenalny, realistyczny i wprowadził mnie w naprawdę dobry nastrój. Nietrudno sobie wyobrazić jak fajnie by było, gdyby rzeczywiście takie wydarzenie miało miejsce. Piec gwiazdek należy się autorowi za sam pomysł na to zakończenie.

“Latarnia umarłych” to powieść w stu procentach warta przeczytania, a gdy już po nią sięgniecie, nie będziecie mogli się od niej oderwać. Polecam Wam ją gorąco i obiecuję, że nie będziecie nią zawiedzeni.
Pięć gwiazdek!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa


wtorek, 5 lutego 2019

Sedinum. Wiadomość z podziemi (Sedinum #1), Leszek Herman

MOJA OCENA: 

OPIS: W spokojny, piątkowy wieczór, w samym centrum miasta zapada się parking podziemny niedawno wzniesionego biurowca. Katastrofa budowlana odsłania nieznane podziemia, w których od końca wojny stoi wrak niemieckiej, wojskowej ciężarówki. Za, podziurawioną kulami szybą szoferki tkwi trup kierowcy, a na pace znajduje się ładunek, który wywraca do góry nogami spokojne życie kilku osób – architekta, który musiał się tutaj znaleźć z racji pełnionej funkcji, dziennikarki, która, zostając po godzinach w redakcji, mimowolnie stała się uczestniczką wydarzeń oraz potomka starej, pomorskiej rodziny, który na wieść o katastrofie przybywa do miasta swoich przodków.

Ścieżki trojga nieznajomych łączy, niewinna początkowo, misja odkrycia tożsamości nieboszczyka. Okoliczności zaczynają się jednak coraz bardziej komplikować, a pojawiające się nowe pytania zmuszają ich do zagłębienia się w trudnej i pogmatwanej historii miasta i poszukiwania okruchów wydarzeń sprzed wielu wieków.

Dopóki jedynymi problemami, które mają na głowie są demoniczna była żona, nadopiekuńcza matka czy wścibski szef nie jest tak źle. Gdy w lochach znajduje się jednak kolejny nieboszczyk, sprawy przybierają poważniejszy obrót. Na scenę wchodzą tajemniczy prześladowcy, a w tle pojawia się nazistowska tajemnica, w którą zamieszany był Werwolf.

Tymczasem, na krystalicznie czyste od tygodni niebo zaczynają ściągać coraz ciemniejsze chmury.

Do miasta zbliża się burza, jakiej bardzo dawno tutaj nie było…

RECENZJA: To jest naprawdę fajna książka!

Fenomenalne są opowieści Leszka Hermana o historii Szczecina i Pomorza. Czytałam je z prawdziwa przyjemnością i fascynacja, bo pokazały mi jak niewiele wiem o tym regionie, a jak ciekawe są jego dzieje. Te opowieści z przeszłości zajmują większość książki, więc jeżeli ktoś nie lubi książek historycznych, to podejrzewam, że “Sedinum” nie przypadnie mu to gustu. Jeżeli jednak lubicie opowieści o starych rodach, przeminionych księstwach, tajemnicach i legendach przekazywanych z pokolenia na pokolenie, o zabytkach, bezcennych dziełach sztuki i zaginionych artefaktach to ta książka jest w sam raz dla was. Świetnie mi się ją czytało i pomimo tego, że dość obszerne opisy architektury czasem mnie nużyły, to koniec końców nie wpłynęły negatywnie na moja ocenę tej książki.

Jedynym słabym punktem “Sedinum” jest jedna z jego bohaterek, Paulina Weber. Jak na kogoś, kto ma zajmować się dziennikarstwem jest przerażająco nierozgarnięta. To dość ostra ocena, przyznaję, ale naprawę nie wiem jak jeszcze mogłabym ją określić. Paulinie brakuje niemal wszystkiego, co potrzebne jest by dobrze wykonywać zawód dziennikarza. Otwarty umysł, dociekliwość, ciekawość świata, sprawność w wiązaniu ze sobą faktów i informacji, wysuwanie trafnych wniosków z uważnych obserwacji, ostrożność w formułowaniu pochopnych opinii itd... Paulina nie posiada żadnej z tych cech w związku z czym rozwiązywaniem zagadki zajmują się jedynie męscy bohaterowie książki. Paulina tylko wlecze się za nimi. Wszystko ją przeraża, każdy ją wkurza, nie jest niczego ciekawa, nic jej nie intryguje, na każdą nowo wysuniętą propozycję lub teorie reaguje szokiem i swoim nieśmiertelnym “Zwariowałeś?”.
- List z podziemi wydaje się być napisany kodem – Kodem? Zwariowałeś?
- CIA opublikowało informacje o atramentach sympatycznych – CIA? Zwariowałeś?
- Musimy dzisiaj polecieć do Londynu - Londynu? Zwariowałeś?
I tak dalej, i tak w kółko. Naprawdę, nic dziwnego, że jedyne zlecenia jakie dostaje w gazecie to tłumaczenie tekstów technicznych z niemieckiego. Tylko do tego się niestety nadaje. Wszystko inne ją zwyczajnie przerasta. Szkoda, bo przydałaby się bystra, rozgarnięta babka w całej tej historii.


W większości jednak naprawdę dobrze się bawiłam podążając tropem wielkiej tajemnicy Loży Masońskiej i próbując wraz z bohaterami odnaleźć zaginiony skarb. Cztery gwiazdki!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa



wtorek, 18 września 2018

Zgadnij kto, Chris McGeorge

MOJA OCENA

OPIS: W wieku jedenastu lat Morgan Sheppard rozwiązuje zagadkę niespodziewanej śmierci swojego nauczyciela matematyki. Mimo że wyglądała na samobójstwo, Morgan odnajduje zabójcę i zyskuje przydomek „małoletniego detektywa”.

Dwadzieścia pięć lat później…

…Morgan Sheppard budzi się w obcym pokoju hotelowym przykuty kajdankami do łóżka. Oprócz niego jest tam pięć nieznajomych osób. W łazience znajdują czyjeś zwłoki. Jedna z osób w pokoju jest zabójcą, a Sheppard ma trzy godziny, by odkryć która.

Jeżeli mu się nie uda, wszyscy zginą.

W pokoju z każdą upływającą minutą gęstnieje atmosfera. Dochodzi do kłótni, wybuchów paniki, wzajemnych oskarżeń. Sheppard, walcząc ze swoimi ograniczeniami i uzależnieniami oraz pokonując niechęć otaczających go osób, rozpaczliwie poszukuje rozwiązania zagadki. Aby uratować siebie i pozostałych przed niechybną śmiercią, będzie musiał cofnąć się do lat swojego dzieciństwa i zmierzyć się z duchami przeszłości.

Zgadnij kto to kryminał napisany w konwencji popularnych ostatnimi laty escape roomów. Klaustrofobiczna atmosfera ograniczonej przestrzeni, w której znajduje się trup, morderca i reszta niewinnych, na pozór przypadkowych osób sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem.

RECENZJA: Książkę czytałam w oryginale.

Coś tutaj nie wyszło. A tak się dobrze zapowiadało. 

Sześciu nieznajomych zamkniętych w jednym pokoju, trup w wannie i trzy godziny na odgadnięcie, kto jest mordercą. Początek brzmi jak dobry kryminał, prawda? Taki z głęboką analizą uwięzionych osób, powolnym szukaniem motywu, składaniem strzępków informacji w spójną całość, aż do momentu, kiedy morderca zostaje odkryty. 
Żadnej z tych rzeczy nie znalazłam w "Zgadnij kto". Tak jak pisałam wyżej, książka zaczyna się w miarę dobrze a potem już niestety jest tylko źle. Owszem, pojawiają się jakieś tam zdawkowe informacje o poszczególnych osobach, ale jest ich zdecydowanie za mało, żebym mogła choć przez chwile pobawić się w detektywa i spróbować odgadnąć o co tutaj chodzi. Jeden wielki bajzel, niemal bez znaczenia dla samej historii. W dodatku to, czego dowiadujemy się o bohaterach zamkniętych w pokoju jest przeraźliwie nudne i okazuje się kompletną stratą czasu, ponieważ w ogromnej mierze nie wpływa w żaden sposób na “śledztwo”. 

Jedyną rzeczywiście interesującą historią w "Zgadnij kto" jest opowieść o wydarzeniach z dzieciństwa Shepparda. To, co w jego życiu miało miejsce jest bez wątpienia zaskakujące i przez długi czas trzyma w napięciu. Niestety, tylko po to, żeby na koniec opaść, jak sflaczały balon.  
Zakończenie jest nudne i brakuje w nim finałowej kulminacji, która zostawiłaby nas w zadumie nad ludzką naturą. Zamiast tego mamy dwóch dorosłych przygłupów bijących się na plaży, gdzie jeden wart jest drugiego. I pomyśleć przez tą parę zmarnowałam dwa wieczory. Dwie gwiazdki.

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa

niedziela, 9 września 2018

The Birthday, Carol Wyer

MOJA OCENA: 

OPIS: Pięcioletnia Ava Sawyer poszła na urodziny do koleżanki Harriet i nigdy  nie wróciła. Policyjne śledztwo nie znalazło ani sprawcy porwania ani śladów  dziewczynki. 
Dwa lata później znika Audrey Briggs. Ona też uczestniczyła w tamtym przyjęciu urodzinowym. 
Do sprawy przydzielona zostaje detektyw Natalie Ward, mama dwóch nastolatków, której zaginiecie Avy i Aubrey mrozi krew w żyłach, tak bardzo przypominając jej ostatnie śledztwo, nad którym pracowała. Śledztwo,  które skończyło się tragicznie. 
Natalie wkrótce odkrywa, że matka Avy nie potrafi wytłumaczyć nieścisłości w  swoim alibi i nabiera pewności, że ojciec Avy też nie mówi całej prawdy. 
Podobnie Elsa, właścicielka centrum ogrodniczego, gdzie odbywało się przyjęcie  urodzinowe,  wydaje się coś ukrywać. Co widziała tamtego dnia? 
Kiedy Natalie nabiera przekonania, że Ave i Aubrey zamordował ktoś z ich bliskiego otoczenia, kolejna dziewczynka, która była na urodzinach u Harriet  nie wraca do domu z lekcji baletu. 
Czy Natalie znajdzie zabójcę zanim dopadnie on kolejne niewinne ofiary?

RECENZJA: Książkę czytałam w oryginale.

Powiem wam, że z "The Birthday" Carol Wyer spędziłam bardzo przyjemny weekend. Książka jest szybka w czytaniu i ciekawa. Głowiłam się nad rozwiązaniem zagadki zniknięcia dziewczynek razem z Natalie Ward, bohaterką-detektywem i miałam podobne, silne przeczucie, że w miarę postępu śledztwa trzymamy w rękach wszystkie kawałki układani, tylko nie bardzo jeszcze wiemy jak je do siebie dopasować.  

Główna bohaterka, Natalie Ward jest nie tylko detektywem, ale także żoną i mamą. Wraz z mężem, Davidem wychowują dwójkę nastolatków, chłopca i dziewczynkę, i Natalie bardzo się stara połączyć w jakąś funkcjonalną całość swoje życie prywatne z zawodowym. Długie godziny pracy nas śledztwem nie ułatwiają jednak stosunków z mężem i Natalie czuje się ciągle rozdarta pomiędzy misją odnalezienia zaginionych dziewczynek a potrzeba spędzania czasu z rodzina. Jest przy tym świetnym detektywem. Jest konkretna, rzeczowa i inteligentna i w taki tez sposób prowadzi swoje śledztwo. Praca jej zespołu jest metodyczna, przemyślana i konsekwentna i pomimo tego, że sprawca przewija się raz po raz przez ich dochodzenie i nie zostaje przez detektywów wychwycony, to ma to swoje dobre uzasadnienie. Jest logicznym działaniem zespołu a nie karygodnym zaniedbaniem. Akcja jest szybka, nie rozwleka się bezsensowanie w czasie i z każdym rozdziałem otrzymujemy kolejny ważny kawałek do naszej układanki.
Co do tożsamości samego przestępcy, to można się dość szybko domyślić kto nim będzie, co jednak wcale nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z czytania książki. Jest w niej wystraczająco dużo niewiadomych, aby trzymać nas w napięciu aż do ostatniej strony. Mnie historia wciągnęła tak bardzo, że przeczytałam ją w dwa dni.   

"The Birthday" to bardzo fajna lektura, w sam raz na weekend.  Polecam!

*źródło opisu książki: materiały wydawnictwa; tłumaczyła Kasia Olm

wtorek, 19 czerwca 2018

The Summer Children (Kolekcjoner #3), Dot Hutchison

MOJA OCENA: 

OPIS:  Ta agentka FBI przyzwyczaiła się już oczekiwać prawie wszystkiego. Z wyjątkiem tego…

Kiedy agentka specjalna Mercedes Ramirez znajduje na swojej werandzie małego chłopca, całego pokrytego krwią i tulącego w ramionach pluszowego misia jeszcze nie wie, że to dopiero początek. Chłopiec opowiada jej straszną historię: anioł zabił jego rodziców i przyprowadził tutaj, aby Mercedes mogła go chronić.

Jego rodzice nie zostali jednak tak po prostu zabici. To była rzez, masakra jakiej nikt w jednostce jeszcze nie widział. Ale zobaczą to ponownie. Anioł zemsty rozpoczął  właśnie wymierzanie okrutnej sprawiedliwości i nie zamierza szybko przestać.

Stopniowo, jeden po drugim, coraz więcej dzieci pojawia się na progu domu Mercedes i wszystkie opowiadają podobna historie. Każde dziecko to ofiara znęcania we własnym domu. Każde ociera się i rozdrapuje stare blizny Mercedes. Każde odciska swoje piętno na jej życiu i karierze.

Teraz kiedy dochodzenie wciąga ja głębiej w mrok, Mercedes zaczyna obawiać się, ze jeśli nie zniszczy jej śledztwo, zrobią to jej własne wspomnienia. 

RECENZJA: Bohaterowie "The summer children", czterej znani nam już agenci FBI, Ramirez, Eddison, Hannoverian oraz nowo przydzielona do zespołu Sterling, tym razem zajmują się tropieniem mordercy, który być może zagraża także jednemu z nich. Stawka jest podwójnie wysoka, dochodzenie wkracza w życie osobiste agentów a czas nieubłagalnie odlicza godziny do kolejnej tragedii.  Niestety w najnowszym kryminale Hutchison coś się zepsuło, coś nie zadziałało tak dobrze jak w dwóch wcześniejszych tomach i sprawiło że "The summer children" jest jedynie cieniem poprzednich powieści.

Po pierwsze główni bohaterowie książki, czterej agenci FBI stali się karykaturami samych siebie. Są irytująco idealni i pozbawieni wad. Zawsze wiedza jak się zachować, w każdej sytuacji wiedza co powiedzieć, potrafią znaleźć najwłaściwsze słowa aby poprawić każdą sytuacje. Nie popełniają błędów, nie są bezradni a jeśli już zdarzy im się pomyłka to nie jest ona spowodowana przez nich samych, zawalił oczywiście ktoś inny, mniej kompetentny, mniej fantastyczny niż oni. 

Również ich relacje z ofiarami, które poznaliśmy w poprzednich częściach cyklu, Inarą, Bliss i Priyą stały się co najmniej dziwne, żeby nie powiedzieć naciągane. To, że agenci federalni mieliby od czasu do czasu kontaktować się z dziewczynami aby sprawdzić jak się maja to jedno, ale niemal dosłowne ich adoptowanie  przez cały zespół dochodzeniowy to już kompletna bzdura. W ciągu trzech lat od wydarzeń w Ogrodzie trojka agentów stała się nagle rodzeństwem dla trzech pokaleczonych, zgnębionych i wstrząśniętych dziewczyn i weszła w zażyłość, która tak dalece wykracza poza zwykle zainteresowanie, że zaczyna to wyglądać niemal na obsesję i historia całkowicie traci w moich oczach jakąkolwiek wiarygodność.

Podobnie ma się wątek pozbierania się i "uleczenia" trójki dziewczyn, które nie tak dawno padły ofiarami przerażających zbrodni. Mam wrażenie ze Hutchison na sile próbuje wynagrodzić bohaterkom wszystkie traumy i doświadczenia z poprzednich książek i nagle obraca ich życia w pasma samych sukcesów, rozkoszy i beztroski. 

To absurdalne szczęście kontrastowane jest zwłaszcza silnie przez opowieść Ramirez o własnych, podobnych doświadczeniach. Jak bardzo trudno było jej się pozbierać, jak przerażająco powoli ten proces postępował i jak nawet do dziś wciąż się ta trauma za nią ciągnie, wpływając zarówno na jej życie jak i prace. Nic z tego zdaje się nie dotyczyć Inary, Victorii-Bliss czy Priya’i. Tak jakby te trzy dziewczyny były nagle w stanie odciąć, odkroić tamte przeżycia i zbudować swoja przyszłość zupełnie poza tamtymi doświadczeniami. Nie podoba mi się ten zabieg. Nie wierze w takie cudowne ozdrowienie, szybkie dojście do siebie z głębokich traum. Jest tutaj jakiś rozdźwięk pomiędzy tym co widzieliśmy w poprzednich książkach a tym beztroskim życiem, które dziewczyny wiodą obecnie. Ich relacje z agentami bardzo się w ten rozdźwięk wpisują. Szkoda, bo przez ten zabieg książka staje się infantylną bajką dla dzieci i zupełnie marnuje świetnie naszkicowany porter psychologiczny ofiar i agentów, który Hutchison zbudowała w "Kolekcjonerze motyli". 

Dobrym przykładem takiego niezrozumiałego zabiegu upiększania historii dziewczyn jest motyw ze zdjęciem. W pewnym momencie książki pojawia się zdjęcie, na którym uwieczniony zostaje moment kiedy Priya rzuca otrzymanym właśnie od agenta Eddison'a misiem i trafia go prosto w głowę. Misie te wręczane są dzieciom po tragicznych przeżyciach podczas pierwszych rozmów z agentami FBI, jako przełamanie lodów i coś na pocieszenie, do czego można się przytulic i popłakać w tych strasznych momentach. Moment rzucenia misiem w agenta miał zostać uwieczniony na zdjęciu przez mamę Priya’i. Naprawdę mam uwierzyć, że kilka godzin po otrzymaniu informacji, że jej najstarsza córka została zamordowana z zimna krwią przez psychopatycznego szaleńca, zrozpaczonej matce przychodzi do głowy pstrykać zdjęcia młodszemu dziecku podczas przesłuchania z policja??? Temu dziecku, które właśnie straciło siostrę z która było związane tak blisko, ze pisały do siebie pamiętniki? Matce tego dziecka przychodzi do głowy pomysł uwieczniania na zdjęciach jej traumy i rozpaczy? Nie kupuje tego. Dla mnie jest to absolutnie niewiarygodne zdarzenie, które nie miałoby miejsca w prawdziwym życiu. 

Sam watek kryminalny jest dobry, rozdziera serce i poraża. Przeżycia dzieci są świetnie opisane, są dramatyczne bez zbędnych, sensacyjnych i okrutnych szczegółów. Niemoc i frustracja przebijające się przez strony książki, a także wypalenie i rozpacz na jakie narażeni są ludzie na co dzień pomagający dziecięcym ofiarom znęcania jest autentyczna, namacalna i burzy w nas krew.  Książka jest okej, niestety straciła dużo w stosunku do pierwszej części cyklu, głównie z powodu bezsensownych zabiegów upiększania życia bohaterek poprzednich powieści. Decydując się na taki krok, Hutchison sama na własne życzenie zepchnęła się z pozycji pisarki dobrych kryminałów do autorki nieco naiwnych książek dla młodzieży, koniecznie takich z happy endem. Szkoda. 


Dot Hutchison ogłosiła właśnie na swojej stronie, ze cykl „Kolekcjoner” został przemianowany z trylogii na serie. Najnowsza, czwarta książka w kolekcji ukarze się w 2019 roku i będzie nosić tytuł „The Vanishing Season”.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa, tłumaczyła Kasia Olm

środa, 4 kwietnia 2018

Za zamkniętymi drzwiami, B.A. Paris

MOJA OCENA: ★★★★

OPIS: Perfekcyjna para? Doskonałe małżeństwo? Czy idealne kłamstwo?

Wszyscy znamy takie pary jak Jack i Grace: on jest przystojny i bogaty, ona czarująca i elegancka. Chciałoby się poznać Grace nieco lepiej, ale to niełatwe, bo Jack i Grace są nierozłączni. Niektórzy nazwaliby to prawdziwą miłością.
Wyobraź sobie uroczystą kolację w ich idealnym domu, miłą konwersację, kolejne kieliszki dobrego wina. Oboje wydają się w swoim żywiole. Przyjaciele Grace chcieliby zrewanżować się lunchem w przyszłym tygodniu. Ona chętnie przyjęłaby zaproszenie, ale wie, że nigdy z nimi nie wyjdzie. Ktoś mógłby spytać, dlaczego Grace nigdy nie odbiera telefonów, nie wychodzi z domu, a nawet nie pracuje. I jak to możliwe, że gotując tak wymyślne potrawy, w ogóle nie tyje? I dlaczego w oknach sypialni są kraty? Doskonałe małżeństwo czy perfekcyjne kłamstwo?

RECENZJA: Książka B.A. Paris zupełnie zszargała mi nerwy. Gnałam przez nią niemal na złamanie karku nie mogąc jej odłożyć. Kiedy dotarłam do zakończenia czułam się wyczerpana i podekscytowana przygoda, która właśnie przeżyłam. Co za opowieść!


Przede wszystkim musze wam powiedzieć, że już dawno nie byłam tak wściekła i nie pałałam taka nienawiścią do żadnego fikcyjnego bohatera jak w tej książce. Czytając "Za zamkniętymi drzwiami" dosłownie zaciskałam pieści ze złości i rzucałam klątwy pod adresem Jacka. Miałam fizyczna ochotę rzucić mu się do gardła i zamordować gołymi rękami. Jack jest potworem w ludzkiej skórze i jest świetnie wykreowany. Nie mam pojęcia jak autorka wymyśliła niektóre jego metody działania, i aż się boję pomyśleć że mogły być wzorowane na prawdziwych zdarzeniach, ale wykonała fenomenalna prace tworząc te postać. Nawet teraz, siedząc i pisząc tę recenzję, wciąż czuje niepochamowaną odrazę do jego osoby. Wydaje mi się, że zapamiętam tę postać na długo.

Sama konstrukcja opowieści też jest nieco inna niż w typowym thrillerze. Nie ma tutaj żadnej wielkiej tajemnicy do rozwikłania a niemal wszystkiego, co ważne dowiadujemy się już w pierwszych kilku rozdziałach książki. Napięcie nie jest wiec związane z zagadka do rozwiązania a z sama akcja książki, z wydarzeniami które mają miejsce. Autorka zwiesza nad nami zatrważający, tykający zegar, który potęguje uczucie niepokoju i buduje w nas ogromne wzburzenie. Ja osobiście nie mogłam przestać myśleć o tym co się stanie, jeśli Jack doprowadzi swoje plany do końca i wprost wbijałam paznokcie w zaciśnięte dłonie, tak bardzo bałam się o zakończenie. A ono nie rozczarowuje. Nie będę się o nim rozpisywać, żeby nie psuć wam przyjemności czytania, ale powiem tylko, że jest doskonałe i adekwatne do opisanej historii.

Kilka słów ostrzeżenia zanim sięgniecie po "Za zamkniętymi drzwiami". Opisana w książce historia jest bardzo dobra i warta przeczytania ale wzbudza w czytelniku bardzo silne emocje. Trzeba na nią uważać, jeśli ktoś jest nieprzeciętnie wrażliwy na przemoc i maltretowanie innych i tego typu sceny powodują u niego nadmierne zdenerwowanie lub mogą wywołać traumę.

Za to ogromne napięcie, emocjonalny zamęt i świetnego antybohatera "Za zamkniętymi drzwiami" dostaje ode mnie cztery gwiazdki

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



wtorek, 3 kwietnia 2018

Kredziarz, C.J. Tudor


Tłumaczenie: Piotr Kaliński

MOJA OCENA: ★★

OPIS: W mrocznych zakamarkach ludzkiego umysłu kryją się najbardziej fascynujące koszmary i tajemnice.

Rok 1986. Eddie i jego przyjaciele dorastają w sennym angielskim miasteczku. Spędzają czas, jeżdżąc na rowerach i szukając wrażeń. Porozumiewają się kodem: rysowanymi kredą ludzikami. Pewnego dnia jeden tajemniczy znak prowadzi ich do ludzkich zwłok. Od tej chwili wszystko zmienia się w ich życiu.

Trzydzieści lat później Eddie i jego przyjaciele dostają listy z wiadomością napisaną tajemniczym kodem z dawnych lat. Uważają, że to żart do momentu, gdy jeden z nich nie ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Do Eddiego dociera, że jedyną drogą do ocalenia siebie przed podobnym losem jest próba zrozumienia, co tak naprawdę stało się przed laty.

Kredziarz to najlepszy rodzaj suspense’u, w którym teraźniejszość doskonale współgra z reminiscencją, każda postać jest wyraźnie zarysowana i interesująca, żadna z zagadek nie pozostawia w czytelniku niedosytu, a zwroty akcji zaskoczą nawet najbardziej doświadczonego czytelnika.

RECENZJA: "Kredziarza" czytało mi się bardzo dobrze.

Historia trafiła do mnie, zakorzeniła się gdzieś głębiej w mojej świadomości i pięknie rozrosła w miarę czytania. Przywiązałam się do głównych bohaterów, chciałam wiedzieć co się z nimi stanie, obchodziły mnie losy wszystkich postaci a akcja przebiegała wartko i była ciekawa.

Na pewno sposób, w jaki autor opisuje realia bycia dzieckiem w latach 80-tych ma dużo wspólnego z moja sympatia do książki. Sama byłam dzieckiem w latach 80-tych i czytając "Kredziarza" poczułam nostalgie do własnego minionego dzieciństwa, kiedy największym dylematem letnich wakacji było to, czy spotykamy się pod orzechem na zabawę w chowanego, czy w piaskownicy żeby grać w kapsle. Kiedy można było całymi dniami włóczyć się po okolicy z przyjaciółmi, od czasu do czasu wpadając jak burza do domu, krzycząc: "Mama, daj picie!" i wybiegając znów przez frontowe drzwi jakby nas diabeł gonił.  Przypomniało mi się jak podwórka samoistnie pustoszały o zachodzie słońca a od czasu do czasu któraś z mam pojawiała się na balkonie aby ponaglić spóźnione, zatracone w zabawie dzieci do domu, na kolacje.  W "Kredziarzu" C.J. Tudor opisuje bardzo podobny świat, z którym przyjemnie jest się utożsamić. Na mnie to podziałało i sprawiło ze świetnie wczułam się w klimat książki.

Bohaterowie również są bardzo dobrze wykreowani. Grupka przyjaciół, spędzająca razem wakacje, włócząca się po pobliskim lesie, wynajdująca gry i zabawy aby umilić sobie długie, gorące dni lata.  Każdy z nich ma własne marzenia i własne problemy. Od niełatwych sytuacji rodzinnych, przez widmo starszych chłopaków z okolicy grożących im pobiciem aż do niespełnionych, wakacyjnych miłości. Ot, zwyczajne życie zwyczajnych dzieciaków, dopóki tragiczny wypadek w wesołym miasteczku wszystkiego nie zmienia. 
Widzimy naszych bohaterów również jako dorosłe osoby, wciąż borykające się z problemami, nieco innymi, bardziej dorosłymi, wciąż próbujące na swój sposób ułożyć sobie życie. Wszystkie te historie poznajemy z perspektywy Ediego i to on wprowadza nas w klimat tamtego dawnego lata oraz kontynuuje swoja opowieść aż do dnia dzisiejszego. Podoba mi się ta dwutorowa narracja, przeskakująca od lat 80-tych do chwili obecnej. Otrzymujemy w ten sposób jak gdyby dwie, równorzędne historie, dwie zagadki, które wiążą się ze sobą nierozerwalnie, przeplatają przeszłość z teraźniejszością i spotykają w kulminacyjnym punkcie książki.

To, co mnie w "Kredziarzu" nieco rozczarowało a czego się zupełnie nie spodziewałam, to motyw z duchami i zjawami. Jak dla mnie jest on całkowicie niepotrzebny i w moim przekonaniu odejmuje książce wiarygodności. Rozumiem motywację autora za umieszczeniem tych fragmentów w opowieści ale uważam, że i bez nich wystarczająco jasno maluje on postać Eddiego, żeby czytelnik mógł się domyślić co się z naszym bohaterem dzieje. Książka na pewno dostałaby ode mnie dodatkowa gwiazdkę, gdyby nie te bezsensowne akcenty.

Słabszym punktem jest także zakończenie. Przyznam, że nie domyśliłam się kto jest morderca i za to autorowi należą się pochwały, ale sam moment jego odnalezienia był dla mnie nieco rozczarowujący. Za mało było tu historii samego przestępcy i jego motywacji, choć ta ostatnia jest wyjaśniona w wiarygodny sposób. Ja chciałabym o nim poczytać nieco więcej, dowiedzieć się czegoś o tych uśpionych latach, zajrzeć głębiej w jego psychikę, poznać szerzej jego osobowość. Nie jest to jednak duży minus książki i na pewno nie zniechęca do jej przeczytania. Zdecydowanie polecam.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



niedziela, 25 marca 2018

Carved in bone (Body Farm #1), Jefferson Bass

MOJA OCENA: ★★★☆☆

OPIS: On the campus of the University of Tennessee lies a patch of ground unlike any in the world. The "Body Farm" is a place where human corpses are left to the elements, and every manner of decay is fully explored -- for the sake of science and the cause of justice. The scientist who created the Body Farm has broken cold cases and revolutionized forensics, and now, in this heart-stopping novel, he spins an astonishing tale inspired by his own experiences.

A woman's corpse lies hidden in a cave in the mountains of East Tennessee. Undiscovered for thirty years, her body has been transformed by the cave's chemistry into a near-perfect mummy -- one that discloses an explosive secret to renowned anthropologist Bill Brockton. Dr. Brockton has spent his career surrounded by death and decay at the Body Farm, but even he is baffled by this case unfolding in a unique environment where nothing is quite what it seems.

The surreal setting is Cooke County, a remote mountain community that's clannish, insular, and distrustful of outsiders. The heartbreaking discovery of the young woman's corpse reopens old wounds and rekindles feuds dating back decades. The county's powerful and uncooperative sheriff and his inept deputy threaten to derail Brockton's investigation altogether. So do Brockton's other nemeses: his lingering guilt over the death of his wife, and the fury of a medical examiner whom Brockton dares to oppose in court.

Carved in Bone is a richly atmospheric, superbly suspenseful, and magnificently rendered trip into the world of forensic science, the heart of the Appalachian Mountains, and the dark passageways of the human psyche. Full of vivid characters and startling twists and turns, this thrilling novel heralds the debut of a major new voice in crime fiction -- and an unforgettable work from the hand of a scientific legend. 

RECENZJA: Trzy i pół gwiazdki.

Jeżeli lubicie książki w których oprócz fikcyjnej historii możecie poczytać o prawdziwych metodach pracy policji, a w szczególności naukowców z szeroko pojętej dziedziny medycyny sadowej, to jest to lektura w sam raz dla was. Znajdziecie tutaj wiele szczegółowych i fascynujących opisów oględzin i analizy szczątków ludzkich, procedur wydobycia i ekshumacji zwłok, metod preparowania tkanek i kości oraz tego, jakie tajemnice kryją ludzkie ciała i jak wiele z tych tajemnic da się wyczytać już po śmierci.


Dla mnie książka była fascynująca właśnie z tego względu, choć musze przyznać ze jej główny bohater, antropolog sadowy Dr. Bill Brockton,  irytował mnie czasem swa bezmierną naiwnością i ślepą wiara w to, ze nic mu nie grozi. Fakt ze to właśnie on a nie policja, (jakby na to nie patrzeć, organizacja utworzona specjalnie po to by tropić przestępców) rozwiązuje zagadkę morderstwa sprzed lat jest nieco śmieszna i mało prawdopodobna, ale nie wpływa negatywnie na książkę. Są to marginalne minusy w moim odczuciu które absolutnie nie zepsuły mi lektury. Myślę, że dam Dr. Brocktonowi jeszcze jedna szanse. Kto wie, może się czegoś nauczył po swojej pierwszej przygodzie i nie będzie już próbował na własna rękę rozwiązywać policyjnego śledztwa? Tylko o czym byłaby ta następna książka, gdyby zaczął po prostu wykonywać swoja prace...?

Ten konkretny tytuł dostępny jest tylko w wydaniu angielsko języcznym ale kilka innych książek o tej samej tematyce od Jeffersona i Bassa wydane zostało po polsku.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa

Buy on Amazon:

wtorek, 13 marca 2018

Podpalacz (Jakub Mortka #1), Wojciech Chmielarz

MOJA OCENA: ★★★

OPIS: Pierwsza część cyklu z komisarzem Jakubem Mortką.

W zimową noc w willi na Ursynowie wybucha pożar, w którym ginie biznesmen, a jego żona, celebrytka, zostaje ciężko poparzona. Przez chwilę wygląda to na nieszczęśliwy wypadek. Przez krótką chwilę.

Sprawę prowadzi komisarz Mortka, przenikliwy człowiek w prestiżowej komórce policji, która potrafi doszczętnie zrujnować życie osobiste. Tao z pozoru proste dochodzenie coraz bardziej się gmatwa i niepostrzeżenie zaczyna pogarszać i tak już trudne relacje komisarza z byłą żoną.

Czy Mortce uda się rozwiązać sprawę, zanim dojdzie do kolejnej tragedii? Jaki cel ma podpalacz? Dlaczego wybiera akurat te, a nie inne domy? A może zależy mu na konkretnej osobie, a pozostałe podpalenia mają odwrócić uwagę? Czy aby wyegzekwować sprawiedliwość, komisarz naciągnie granice prawa?

RECENZJAChmielarz jest zdecydowanie lepszy od Mroza, jego bohaterowie kompleksowi i prawdziwi. Dobrze oddaje realia pracy policji w Polsce, nie przesadza z nadmiarem brawurowych akcji, nie udaje że Mortka to drugi James Bond.  

Sama historia jest ciekawa, fabuła dość prosta jak na dzisiejsze standardy kryminałów ale napisana naprawdę dobrze. Trzyma się kupy, ma sens, nie staje się fantazja z kosmosu i raz jeszcze jest wiarygodna w polskich realiach. Dla mnie jest to niezmiernie ważne i przesądza o tym, czy książka mi się spodoba czy nie. Chmielarz jest świetnym pisarzem, ma pomysł na swoich bohaterów i historie którą chce opisać i trzyma się tego konsekwentnie. W rezultacie dostajemy solidny kryminał, w który z łatwością można uwierzyć. 

Jeśli chcemy eksportować nasze, polskie książki za granice to powinny to być właśnie tytuły od Wojtka Chmielarza. Polecam.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



Czasami kłamię, Alice Feeney

okładka książki, autor i tytuł
Tłumaczenie: Agnieszka Walulik

MOJA OCENA: ★★★

OPIS: A kiedy sądzisz, że już wszystko rozumiesz... wtedy czasami kłamię!

Są trzy rzeczy, które powinniście wiedzieć o Amber Reynolds. Pierwsza: jej mąż już jej nie kocha. Rzecz druga: jest Boże Narodzenie, a Amber leży w szpitalu w stanie śpiączki. Zapadła w nią po wypadku samochodowym, którego praktycznie nie pamięta. Jej ciało jest bezwładne i nieruchome, zdane na łaskę
i niełaskę innych ludzi, ale jej umysł nie śpi, analizując wydarzenia ostatnich tygodni.

Na co dzień czuwają nad nią siostra i mąż, których po cichu podejrzewała o romans. W ciemności szpitalnej sali czai się jednak ktoś, kto nieustannie jej zagraża. Policja także nie wierzy w nieszczęśliwy zbieg okoliczności, ślady na ciele Amber wskazują na to, że ktoś celowo chciał wyrządzić jej krzywdę. Kim jest tajemniczy oprawca? Czy to mąż Amber, tak jak podejrzewają śledczy? Czy może duch przeszłości, ktoś, o kim dawno już zapomniała?

Poza tym... Rzecz trzecia: tak się składa, że Amber czasami kłamie.

W tej intrygującej, mrocznej opowieści niczego nie można być pewnym! Nie ma jednej wersji wydarzeń, a sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Kto mówi prawdę?

RECENZJA: Wow! Po prostu wow!

Nie jestem do końca pewna jak napisać recenzje tej książki tak, żeby niczego nie zdradzić, ale o jednym mogę Was zapewnić. Książka wciąga. I to bardzo. Pochłania po prostu. 

Zaczyna się interesująco i w miarę postępu podkręca tylko temperaturę. Poznajemy kobietę leżącą w szpitalu, w śpiączce, która słyszy wszystko co się dookoła niej dzieje choć nie może się poruszyć. Wiemy ze stało się jej coś złego i że ktoś z jej otoczenia za to odpowiada. Wraz z rozwojem fabuły poznajemy pozostałych bohaterów, z których absolutnie każdy wydaje się podejrzany i nikt nie wzbudza naszego zaufania. Staramy się wiec usilnie odpowiedzieć sobie na pytania narastające w głowie, próbujemy znaleźć winnego, rozwiązać zagadkę, odkryć tajemnicę. I być może jesteśmy nawet przekonani, że nam się udało, że wiemy o co chodzi, odgadliśmy co się to dzieje, ale uwierzcie mi, to tylko pozory. Nie wiemy nic. Zupełnie nic. Jesteśmy ślepi i nic nie widzimy. I niczego się nie spodziewamy. A już na pewno nie tego co następuje. 

Łapcie za tą książkę. Warto!

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa

sobota, 10 marca 2018

Ekspozycja (Komisarz Forst #1), Remigiusz Mróz



MOJA OCENA: ★★☆☆

OPIS: Termin "ekspozycja" ma przynajmniej pięć znaczeń. Podobnie wieloznaczny jest każdy krok mordercy.
Pewnego ranka turyści odkrywają na Giewoncie makabryczny widok – na ramionach krzyża powieszono nagiego mężczyznę. Wszystko wskazuje na to, że zabójca nie zostawił żadnych śladów.
Sprawę prowadzi niecieszący się dobrą opinią komisarz Wiktor Forst. Zanim tamtego ranka stanął na Giewoncie, wydawało mu się, że widział w życiu wszystko. Tropy, jakie odkryje wraz z dziennikarką Olgą Szrebską, doprowadzą go do dawno zapomnianych tajemnic… Winy z przeszłości nie dadzą o sobie zapomnieć. Okrutne zbrodnie muszą zostać odkupione.

RECENZJA: Nie mam wyjścia, musze to napisać. Strasznie mierna jest ta książka.

"Ekspozycja" jest nudna, choć dużo się w niej dzieje.  Najpierw pojawia się trup, potem ucieczka, zatrzymanie, podróż, więzienie, pobicie, następne więzienie, próba gwałtu, kolejne pobicie, jeszcze jedno pobicie, ucieczka, kolejna podróż, kolejne starcie... i tak przez cala lekturę. Niby dużo akcji a strasznie się to wszystko ślimaczy, jest monotonne i nieciekawe. Zamiast rozpracowywać mordercę, bohaterowie zajmują się wygrzebywaniem z kolejnych tarapatów, które w miarę rozwoju sytuacji stają się coraz bardziej fantastyczne, urojone i niestety, niekończące. Ledwo się z jednych wydostają i jest nadzieja, że znów zajmą się śledztwem, popadają w kolejne. W połowie książki czułam już przesyt i z każdą kolejną kartką miałam coraz bardziej dość.  

Kolejną rzeczą, która mnie u Mroza odrzuca to wszechobecny seksizm, opisy cyków, tyłków oraz próby gwałtów. Czytając "Kasacje" sądziłam, że po prostu autor naszkicował w ten sposób świat na potrzeby tej konkretnej książki, ale teraz z niesmakiem dostrzegam, że jest to jakiś trend u pana Mroza. Nie wiem, czy ma to nadać książkom pikanterii, czy może jest to jedyny pomysł autora na męskich bohaterów, ale jeśli tak to wygląda w każdej jego powieści to ja dziękuję, wysiadam. 

Bohaterowie też niestety pozostawiają wiele do życzenia. Nie znoszę obleśnych erotomanów pokroju Forsta, którzy przyswoić sobie nie mogą, że nie każda napotkana w ich życiu kobieta chce z nimi iść do lóżka. Napawają mnie obrzydzeniem i nie jestem w stanie wykrzesać dla tych typków nawet odrobiny sympatii. Jak dla mnie, mogliby go zakatrupić i nie byłoby za czym płakać. Nie lubię kolesia. Poza tym, wydaje się że jest dość przeciętnym policjantem, bo ja nie zauważyłam, żeby wykazał się żadną szczególna przenikliwością podczas tego śledztwa. Może coś przeoczyłam?

Jego koleżanka, Szrebska, zresztą też do orłów nie należy. Jak na ambitna i odnosząca sukcesy dziennikarkę jest zaskakująco niemrawa, bezużyteczna i nieporadna. Mam wrażenie, że przez większość książki po prostu ciągnie się za Forstem i bardziej mu zawadza, niż pomaga. Taka paprotka bardziej niż partnerka.  

Autor ma też chyba jakiś fetysz związany z masakrowaniem swoich bohaterów. To co w "Kasacji" miało sens i współdziałało z fabuła książki, tutaj powtórzone jest tyle razy, że dochodzi do absurdu. Takiego łomotu nawet James Bond by nie przeżył. Forst musi być chyba jakim potomkiem Supermana albo innego Thor'a bo inaczej nie pojmuje jak po wielokrotnym, skrajnie brutalnym skatowaniu jest w stanie nie tylko chodzić i mówić, ale lać się dalej. Ma powybijane zęby, ale żadnych problemów z jedzeniem, obitą i opuchnięta twarz, stłuczoną czaszkę, połamane żebra, ale bez problemu taszczy trupa do lasu by go następnie zakopać? Nie wiem, może się mylę, nie jestem lekarzem, ale trudno mi uwierzyć że po takich cięgach ktokolwiek mógłby funkcjonować normalnie. Nie kupuje tego. 

Nie rozumiem też po jakiego grzyba książka nafaszerowana jest zupełnie niepotrzebnymi wykładami o jakiś tam tajemniczych zwojach sprzed tysięcy lat, które są tak marginalne w stosunku do całej historii, że aż śmieszne.  I pomyśleć, że trzeba po te liche rewelacje lecieć aż do Stanów Zjednoczonych... Dla mnie te osobliwości nie były ani zdumiewające ani szczególnie ciekawe a już na pewno nie siało z nich groza, choć myślę ze taki był właśnie zamiar autora. Szrebska z jakiś niejasnych powodów doświadcza przecież palpitacji serca słuchając wywodów amerykańskiego pastora. Myślę, że w zamyśle autora my, czytelnicy, też mamy przechodzić podobne emocje.  Być może miał to być taki zabieg à la Dan Brown i "Kod Leonarda Da Vinci" ale wyszło strasznie nieudolnie i mało sensacyjnie.

Po przeczytaniu "Ekspozycji" dochodzę do wniosku, że jednak mój pierwszy instynkt co do twórczości Remigiusza Mroza był trafny. To nie mój styl, nie moja bajka, nie to czego szukam w kryminale. Po inne książki tego autora już raczej nie sięgnę.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa

poniedziałek, 5 marca 2018

Kasacja (Chyłka i Zordon #1), Remigiusz Mróz

okładka książki, postacie kobiety i mężczyzny
MOJA OCENA:  ★★★☆☆

OPIS: Manipulacje, intrygi i bezwzględny, ale też fascynujący prawniczy świat…
Syn biznesmena zostaje oskarżony o zabicie dwóch osób. Sprawa wydaje się oczywista. Potencjalny winowajca spędza bowiem 10 dni zamknięty w swoim mieszkaniu z ciałami ofiar.
Sprawę prowadzi Joanna Chyłka, pracująca dla bezwzględnej, warszawskiej korporacji. Nieprzebierająca w środkach prawniczka, która zrobi wszystko, by odnieść zwycięstwo w batalii sądowej. Pomaga jej młody, zafascynowany przełożoną, aplikant Kordian Oryński. Czy jednak wspólnie zdołają doprowadzić sprawę do szczęśliwego finału?
Tymczasem ich klient zdaje się prowadzić własną grę, której reguły zna tylko on sam. Nie przyznaje się do winy, ale też nie zaprzecza, że jest mordercą.

RECENZJA: Dobre to jest. A byłam pewna, że nie będzie. Głównie dlatego, że Mróz jest tak intensywnie reklamowany, byłam przekonana, że jest przereklamowany. A tutaj niespodzianka. Historia wciąga, jest wartka i ciekawa, bohaterowie wiarygodni.  Jest to kolejny thriller w sam raz na weekend, coś szybkiego do poczytania, niekoniecznie wysoce ambitnego.

Mróz ma lekkie pióro, zgrabnie potrafi opisać zawiłości prawne polskiego wymiaru sprawiedliwości bez zbytniego przynudzania, choć przyznam się, że były dwa czy trzy momenty, kiedy zaczęłam przysypiać. Nie jest to jednak trend w całej książce i pomimo tych przestojów, akcja wraca do szybkiego tempa.  

Kasacja uświadomiła mi również, jak mało wiem o działaniu systemu prawnego w Polsce.  Wychowałam się oglądając amerykańskie filmy i seriale kryminalne i oczywiście wydaje mi się, że na temat tamtego prawa wiem znacznie więcej niż naszego własnego. Podobało mi się, że ta lektura trochę mnie w tej kwestii podszkoliła.  

Przyznam wam jednak, że ani Chyłka ani Zordon nie przypadli mi szczególnie do gustu. Rozumiem, dlaczego autor zdecydował się napisać obie postacie w taki a nie inny sposób i te postacie są napisane dobrze ale do moich ulubieńców nie należą. Po to, żeby grać w pierwszej lidze z chłopcami, Chyłka sama zostaje chłopcem tyle, że w spódnicy. Jest wiec nieuprzejma, arogancka, grubiańska i obcesowa. Pali papierosy, słucha metalu, jeździ jak pirat drogowy zupełnie jak na faceta przystało.  
Zordon z kolei jest mało bystry i dość niemrawy , ale aby można było nam, czytelnikom tłumaczyć kruczki i zabiegi prawne bez zwracania się bezpośrednio do nas, ktoś w książce musi być zielony w tych sprawach.  Padło na niego. I ten zabieg działa naprawdę dobrze.  To wszystko ma ręce i nogi, układa się w logiczną, realną całość i sprawia, że opowieść płynie żwawo i gładko. Tutaj tylko i wyłącznie moja osobista preferencja stanęła mi na drodze by zapałać jakimś głębszym uczuciem do naszych bohaterów.  

Jeśli szukacie polskiego thrillera prawniczego, który nie przynudza spokojnie możecie sięgnąć po książkę Remigiusza Mroza. Wypełni wam godziny tak, że nawet się nie obejrzycie a zakończenie pewnie was zaskoczy.  Trzy gwiazdki.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa


niedziela, 18 lutego 2018

Naturalista (Naturalista #1), Andrew Mayne

okladka ksiazki, tlo to brazowe futro niedzwiedzia, na nim tytul i autor
MOJA OCENA: ★★★☆☆

OPIS: Profesor Leo Cray zna się na dostrzeganiu schematów, zbieżności i wzorców. Kiedy głęboko w lasach Montany odnalezione zostają zmasakrowane zwłoki kobiety a lokalna policja na ślepo miota się szukając jakichkolwiek wskazówek, to właśnie Theo szybko dostrzega coś, co przeoczyli inni. Coś nienaturalnego. Coś, co tylko on może powstrzymać.
 
Jako profesor biologii obliczeniowej, Theo lepiej rozumie się na kodach cyfrowych i mikrobach niż na tajemnych sztukach medycyny sadowej i kryminalistyki. Podczas wypadu w teren ląduje jednak niespodziewanie w samym środku dochodzenia w sprawie brutalnego morderstwa jednej z jego dawnych studentek.  
Stopniowo, kiedy ujawniane są nowe szczegóły zbrodni i odnalezione zostają kolejne ciała, policja dochodzi do wniosku ze sprawcą jest tutaj albo grizzly-zabójca albo... Theo. Ścigając się z czasem i policją, starając się za wszelką cenę pozostać jeden krok naprzód, Theo musi użyć całej swojej wiedzy i naukowej przenikliwości, aby zdemaskować mordercę. Czy uda mu się przechytrzyć oprawce zanim sam stanie się jego ofiarą?

RECENZJA: Książkę czytałam w oryginale.

Musze przyznac, ze ta recenzja sprawila mi sporo trudosci. Z jednej strony ksiazka jest zajmujaca i wciaga swoja historia. Z drugiej, nie jest szczegolnie błyskotliwa czy gleboka w tresci i pod wieloma względami przypomina mi "Co kryją jej oczy" Pinborough. Obie są szybkie i przystepne w czytaniu, opowieści intrygują a akcja trzyma w napięciu, jednak historie są zbyt niedorzeczne i absurdalne by mogły być traktowane poważnie. Doskonala rozrywka – jak najbardziej. Literatura wyższego lotu – zupelnie nie.

"Naturalista" przesycony jest zarówno trudnymi do uwierzenia zwrotami akcji jak i oklepanymi, stereotypowymi bohaterami. Po pierwsze nieudolna, przygłupia policja, nieszczególnie zainteresowana rzeczywistym wyjaśnieniem zabójstwa. Po drugie utalentowanyny profesor, koniecznie nieporadny towarzysko i niewprawny w relacjach międzyludzkich, ktory niespodziewanie zmuszony zostaje samotnie przeprowadzić śledztwo, z którym nie poradzili sobie policyjni detektywi. Theo jest oczywiście  genialny, wiec każde jego podejrzenie, każde przeczucie (a tych ma nasz profesor bez liku) i każde działanie prowadzi bezbłędnie do kolejnej wskazówki i na właściwy trop.
Po trzecie, zakonczenie. Trudno mi tutaj napisac wiecej, zeby nie zdradzic szczgolow ksiazki, ale powiedzmy tylko, ze scena finalowej rozgrywki jest tak niewiarygodna ze az... fenomenalna. Nierealna? Oczywiscie. Porywajaca, spektakularna? Jak najbardziej, w stu procentach.

Musze przyznać, iż pomimo że książka zdecydowanie nie jest wysokiego lotu i jak dla mnie charakteryzuje się nieco zbyt wyfantazjowaną fabułą, (co jest prawdziwym paradoksem, bo cała jest naszpikowana faktami naukowymi), to jednak doskonale trzyma czytelnika w niepewności. Klimat książki jest mroczny, nieco upiorny , zdecydowanie złowrogi i pełen niepokoju a sprawca zbrodni przerażający, jak w dobrym thrillerze być powinno.  Za te wlasnie cechy dostaje ode mnie trzy i pol gwiazdki.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa; tlumaczyla Kasia Olm

On Amazon: