czwartek, 12 lipca 2018

Dzieci krwi i kości (Dziedzictwo Oriszy #1), Tomi Adeyemi

MOJA OCENA: 

OPIS: Niegdyś kraina Orisza tętniła życiem i magiczną mocą, ale to już przeszłość. Teraz, pod rządami bezwzględnego władcy, magowie są ofiarami okrutnych prześladowań. Zélie straciła matkę, a jej lud – wszelką nadzieję. Kiedy jednak nadarza się okazja, aby pokonać monarchę, dziewczyna nie zamierza się poddać! Z pomocą zbuntowanej księżniczki planuje przechytrzyć następcę tronu, który chce unicestwić magię.
Orisza to niebezpieczna kraina, królestwo złowrogich śnieżnych lampartusów i mściwych duchów. Ale największym zagrożeniem dla Zélie jest ona sama, musi bowiem zapanować nad własną mocą i coraz silniejszym uczuciem do wroga…

RECENZJA: Od czasu do czasu, każdemu z nas wpada w ręce jedna z tych nielicznych książek, która zostawia w nas swój ślad, dotyka czegoś głęboko , porusza i przez to zostaje z nami na zawsze. „Children of Blood and Bone” jest dla mnie taką właśnie książką.  

Przede wszystkim jest pięknie napisana niemal poetyckim językiem, który płynie, malując żywe, barwne obrazy magicznego świata i królestwa Orïshy. Tomi Adeyemi, (wychowana w Stanach Zjednoczonych, jest dzieckiem nigeryjskich imigrantów) przy pisaniu powieści czerpała garściami z zachodnio-afrykańskiej mitologii z przecudnym wprost rezultatem. Bogowie i magia wykreowana w książce jest niezwykła, nowa i fascynująca, tak rożna od dobrze znanych nam elfów, krasnoludów i czarodziejów. Magia w "Children of Blood and Bone" jest zakorzeniona głęboko w żywiołach ziemi, w życiu i śmierci, w duszy magów. Ta nowa fantastyka całkowicie mnie zachwyciła i sprawiła, że mam ochotę dowiedzieć się więcej o afrykańskich wierzeniach i poznać ich niezwykłe legendy. 

Wyjątkowe w „Children of Blood and Bone”, bo rzadko spotykane w literaturze fantasy, jest również to, że wszyscy bohaterowie powieści są ciemnoskórzy. Adeyemi pięknie opisuje różnice w kolorach skóry swoich bohaterów, malując cale spektrum odcieni przepięknych, hebanowych postaci.  Następnie na tle tych właśnie różnic tworzy mrożąca krew w żyłach historię, która ani na chwilę nie zwalnia tempa i całkowicie pochłania. Dramat znęcania się jaśniejszej w odcieniu skóry grupy społecznej nad druga, ciemniejszą, w książce Adeyemi stanowi główny wątek historii i nie jest to przypadek. Jest to brutalne i surowe przypomnienie o prawdziwych problemach dyskryminacji rasowych od wielu lat nękających Stany Zjednoczone.

„Children of Blood and Bone” to przede wszystkim opowieść o strachu i uprzedzeniach, o opresji i nienawiści. O sile potrzebnej by walczyć o to, co słuszne, o poświęceniu i wierze w to, że potencjał by zmienić świat, drzemie w każdym z nas. Ta książka to głos przeciwko dyskryminacji, przemocy i  represjom. To głos protestu wołający  o sprawiedliwość i walkę  o godność każdego człowieka,  niezależnie od koloru skory.  


"Children od Blood nad Bone" to świetna historia, ale przede wszystkim bardzo ważna i potrzebna. Jest to również debiut literacki Tomi Adeyemi i jeśli jest to przedsmak tego, co autorka jeszcze ma nam do zaserwowania to wróżę Adeyemi ogromny sukces jako jednej z najważniejszych autorek w Stanach Zjednoczonych.  Z niecierpliwością czekam na drugi tom powieści.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa

środa, 11 lipca 2018

Tajemnica domu Helclów (Profesorowa Szczupaczyńska #1), Maryla Szymiczkowa

MOJA OCENA: 

OPIS: Profesorowa Szczupaczyńska ma tysiąc spraw na głowie. Musi pamiętać o pulardzie na obiad, nie zapomnieć kupić wina przeciwko cholerze, sprawdzić, czy nowa służąca dobrze wyczyściła srebra. I jednocześnie potwornie się nudzi. Kraków w 1893 roku nie obfituje w atrakcje.

Kiedy więc przypadkiem dowiaduje się, że w słynnym Domu Helclów zaginęła jedna z pensjonariuszek, zaczyna działać. Z wrodzoną dociekliwością – niektórzy mogliby ją nazwać wścibstwem – rozpoczyna śledztwo.

Kryminał Szymiczkowej to zaskakujący pastisz literatury z epoki, który dowodzi, że w mieszczańskim świecie pani Dulskiej jest miejsce na sensacyjną aferę. Przekorna gra z konwencją, wyjątkowy styl, cięte dialogi i przewrotny portret Krakowa końca XIX wieku. Błyskotliwa powieść Szymiczkowej wdzięk klasycznego kryminału łączy z pyszną satyrą na dawno minioną epokę.

RECENZJA: To co w książce piszących pod pseudonimem Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego najbardziej przypadło mi do gustu, to wspaniale stworzony klimat starego Krakowa i rewelacyjnie opisane życie krakowskiego mieszczaństwa z końca dziewiętnastego wieku. Ciągle napięcia i niesnaski,  wewnętrzne rozgrywki i przepychanki między rodzinami bez ustanku rywalizującymi o lepszy status społeczny. Żale i pretensje, wzajemna niechęć ukryta pod płaszczykiem życzliwości i sympatii, zdrady i sojusze,  wysiłki wkładane w to, by choć przez chwile pokazać się u boku arystokracji, zdobywając tym samym prestiż w środowisku i wywołując zazdrość rywali.  To wszystko bezbłędnie oddaje duszna, mieszczańską atmosferę Krakowa.

Największą zaletą "Tajemnicy domu Helclów" jest jednak zdecydowanie główna postać profesorowej Szczupaczyńskiej. Ambitna, energiczna, zdeterminowana żona profesora, nienagannie wpisuje się w wymogi mieszczańskiego stylu życia. Żelazną ręką prowadzi dom i rozporządza służbą, rywalizuje o względy w krakowskim środowisku, zabiega o honory a jednocześnie z gracją reprezentuje męża wśród socjety oraz dyskretnie, za kulisami dba o rozwój jego kariery akademickiej. Pomimo intensywnego życia Zofia faktycznie się nudzi i czuje, że w jej w życiu brakuje ekscytacji i podniet, czemu próbuje zaradzić czytając w wolnych chwilach kryminały. Nuda ta wyparowuje jednak jak kamfora, kiedy nieco przypadkiem zostaje wciągnięta w historię zniknięcia podopiecznej domu społecznego Helclow. Ten jeden dzień odmienia dotychczasowe, monotonne życie profesorowej i przeobraża ją w zdeterminowanego i nieustępliwego detektywa. Wykorzystując swoją ambicję, status społeczny i niepodważalną inteligencje, na własną rękę rozpoczyna śledztwo mające na celu wyjaśnienie niezwykłej tajemnicy. Jej fenomenalny spryt i przenikliwość, a także nadzwyczajna umiejętność wyciągania pozornie nic nieznaczących plotek od swoich rozmówców sprawiają,  że szybko wyprzedza w śledztwie policjantów i w ostateczności to właśnie ona sama rozwikłuje skomplikowana zagadkę.  

Najbardziej imponującą z szerokiego wachlarza umiejętności profesorowej Szczupaczyńskiej jest jednak przebiegłość, z którą po cichutku prowadzi całe śledztwo, kompletnie za plecami niczego nie podejrzewającego męża. Kontrast pomiędzy nieudolnym i mało spostrzegawczym Ignacym a zaradna i pomysłową Zofią nadaje tej powieści dodatkowego uroku i humoru oraz zjednuje sympatie naszej bohaterce. 

Pomimo tego, że watek kryminalny jest w "Tajemnicy domu Helclów" ciekawy i intrygujący to myślę, że książka spodoba się bardziej fanom powieści historycznych niż kryminałów, a to ze względu na mnogość opisów dziewiętnastowiecznego miasta Krakowa oraz życia jego mieszkańców. Dla mnie osobiście jest to wielki plus książki, ale jeśli ktoś w tego typu lekturze nie gustuje, może go to odrzucać.
Jeśli jednak kochacie starodawne historie napisane z humorem i niezwykłą starannością, to "Tajemnica domu Helclów " jest lektura w sam raz dla was. Polecam!

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



wtorek, 19 czerwca 2018

The Summer Children (Kolekcjoner #3), Dot Hutchison

MOJA OCENA: 

OPIS:  Ta agentka FBI przyzwyczaiła się już oczekiwać prawie wszystkiego. Z wyjątkiem tego…

Kiedy agentka specjalna Mercedes Ramirez znajduje na swojej werandzie małego chłopca, całego pokrytego krwią i tulącego w ramionach pluszowego misia jeszcze nie wie, że to dopiero początek. Chłopiec opowiada jej straszną historię: anioł zabił jego rodziców i przyprowadził tutaj, aby Mercedes mogła go chronić.

Jego rodzice nie zostali jednak tak po prostu zabici. To była rzez, masakra jakiej nikt w jednostce jeszcze nie widział. Ale zobaczą to ponownie. Anioł zemsty rozpoczął  właśnie wymierzanie okrutnej sprawiedliwości i nie zamierza szybko przestać.

Stopniowo, jeden po drugim, coraz więcej dzieci pojawia się na progu domu Mercedes i wszystkie opowiadają podobna historie. Każde dziecko to ofiara znęcania we własnym domu. Każde ociera się i rozdrapuje stare blizny Mercedes. Każde odciska swoje piętno na jej życiu i karierze.

Teraz kiedy dochodzenie wciąga ja głębiej w mrok, Mercedes zaczyna obawiać się, ze jeśli nie zniszczy jej śledztwo, zrobią to jej własne wspomnienia. 

RECENZJA: Bohaterowie "The summer children", czterej znani nam już agenci FBI, Ramirez, Eddison, Hannoverian oraz nowo przydzielona do zespołu Sterling, tym razem zajmują się tropieniem mordercy, który być może zagraża także jednemu z nich. Stawka jest podwójnie wysoka, dochodzenie wkracza w życie osobiste agentów a czas nieubłagalnie odlicza godziny do kolejnej tragedii.  Niestety w najnowszym kryminale Hutchison coś się zepsuło, coś nie zadziałało tak dobrze jak w dwóch wcześniejszych tomach i sprawiło że "The summer children" jest jedynie cieniem poprzednich powieści.

Po pierwsze główni bohaterowie książki, czterej agenci FBI stali się karykaturami samych siebie. Są irytująco idealni i pozbawieni wad. Zawsze wiedza jak się zachować, w każdej sytuacji wiedza co powiedzieć, potrafią znaleźć najwłaściwsze słowa aby poprawić każdą sytuacje. Nie popełniają błędów, nie są bezradni a jeśli już zdarzy im się pomyłka to nie jest ona spowodowana przez nich samych, zawalił oczywiście ktoś inny, mniej kompetentny, mniej fantastyczny niż oni. 

Również ich relacje z ofiarami, które poznaliśmy w poprzednich częściach cyklu, Inarą, Bliss i Priyą stały się co najmniej dziwne, żeby nie powiedzieć naciągane. To, że agenci federalni mieliby od czasu do czasu kontaktować się z dziewczynami aby sprawdzić jak się maja to jedno, ale niemal dosłowne ich adoptowanie  przez cały zespół dochodzeniowy to już kompletna bzdura. W ciągu trzech lat od wydarzeń w Ogrodzie trojka agentów stała się nagle rodzeństwem dla trzech pokaleczonych, zgnębionych i wstrząśniętych dziewczyn i weszła w zażyłość, która tak dalece wykracza poza zwykle zainteresowanie, że zaczyna to wyglądać niemal na obsesję i historia całkowicie traci w moich oczach jakąkolwiek wiarygodność.

Podobnie ma się wątek pozbierania się i "uleczenia" trójki dziewczyn, które nie tak dawno padły ofiarami przerażających zbrodni. Mam wrażenie ze Hutchison na sile próbuje wynagrodzić bohaterkom wszystkie traumy i doświadczenia z poprzednich książek i nagle obraca ich życia w pasma samych sukcesów, rozkoszy i beztroski. 

To absurdalne szczęście kontrastowane jest zwłaszcza silnie przez opowieść Ramirez o własnych, podobnych doświadczeniach. Jak bardzo trudno było jej się pozbierać, jak przerażająco powoli ten proces postępował i jak nawet do dziś wciąż się ta trauma za nią ciągnie, wpływając zarówno na jej życie jak i prace. Nic z tego zdaje się nie dotyczyć Inary, Victorii-Bliss czy Priya’i. Tak jakby te trzy dziewczyny były nagle w stanie odciąć, odkroić tamte przeżycia i zbudować swoja przyszłość zupełnie poza tamtymi doświadczeniami. Nie podoba mi się ten zabieg. Nie wierze w takie cudowne ozdrowienie, szybkie dojście do siebie z głębokich traum. Jest tutaj jakiś rozdźwięk pomiędzy tym co widzieliśmy w poprzednich książkach a tym beztroskim życiem, które dziewczyny wiodą obecnie. Ich relacje z agentami bardzo się w ten rozdźwięk wpisują. Szkoda, bo przez ten zabieg książka staje się infantylną bajką dla dzieci i zupełnie marnuje świetnie naszkicowany porter psychologiczny ofiar i agentów, który Hutchison zbudowała w "Kolekcjonerze motyli". 

Dobrym przykładem takiego niezrozumiałego zabiegu upiększania historii dziewczyn jest motyw ze zdjęciem. W pewnym momencie książki pojawia się zdjęcie, na którym uwieczniony zostaje moment kiedy Priya rzuca otrzymanym właśnie od agenta Eddison'a misiem i trafia go prosto w głowę. Misie te wręczane są dzieciom po tragicznych przeżyciach podczas pierwszych rozmów z agentami FBI, jako przełamanie lodów i coś na pocieszenie, do czego można się przytulic i popłakać w tych strasznych momentach. Moment rzucenia misiem w agenta miał zostać uwieczniony na zdjęciu przez mamę Priya’i. Naprawdę mam uwierzyć, że kilka godzin po otrzymaniu informacji, że jej najstarsza córka została zamordowana z zimna krwią przez psychopatycznego szaleńca, zrozpaczonej matce przychodzi do głowy pstrykać zdjęcia młodszemu dziecku podczas przesłuchania z policja??? Temu dziecku, które właśnie straciło siostrę z która było związane tak blisko, ze pisały do siebie pamiętniki? Matce tego dziecka przychodzi do głowy pomysł uwieczniania na zdjęciach jej traumy i rozpaczy? Nie kupuje tego. Dla mnie jest to absolutnie niewiarygodne zdarzenie, które nie miałoby miejsca w prawdziwym życiu. 

Sam watek kryminalny jest dobry, rozdziera serce i poraża. Przeżycia dzieci są świetnie opisane, są dramatyczne bez zbędnych, sensacyjnych i okrutnych szczegółów. Niemoc i frustracja przebijające się przez strony książki, a także wypalenie i rozpacz na jakie narażeni są ludzie na co dzień pomagający dziecięcym ofiarom znęcania jest autentyczna, namacalna i burzy w nas krew.  Książka jest okej, niestety straciła dużo w stosunku do pierwszej części cyklu, głównie z powodu bezsensownych zabiegów upiększania życia bohaterek poprzednich powieści. Decydując się na taki krok, Hutchison sama na własne życzenie zepchnęła się z pozycji pisarki dobrych kryminałów do autorki nieco naiwnych książek dla młodzieży, koniecznie takich z happy endem. Szkoda. 


Dot Hutchison ogłosiła właśnie na swojej stronie, ze cykl „Kolekcjoner” został przemianowany z trylogii na serie. Najnowsza, czwarta książka w kolekcji ukarze się w 2019 roku i będzie nosić tytuł „The Vanishing Season”.  

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa, tłumaczyła Kasia Olm

czwartek, 24 maja 2018

Metro 2033, Dmitry Glukhovsky

Tłumaczenie: Paweł Podmiotko

MOJA OCENA: 

OPIS: Rok 2033. W wyniku konfliktu atomowego świat uległ zagładzie. Ocaleli tylko nieliczni, chroniący się w moskiewskim metrze, które dzięki unikalnej konstrukcji stało się najprawdopodobniej ostatnim przyczółkiem ludzkości. Na mrocznych stacjach, rozświetlanych światłami awaryjnymi i blaskiem ognisk, ludzie ci próbują wieść życie zbliżone do tego sprzed katastrofy. Tworzą mikropaństwa spajane ideologią, religią czy po prostu ochroną filtrów wodnych… Zawierają sojusze, toczą wojny.

WOGN to wysunięta najbardziej na północ zamieszkała stacja metra. Kiedyś była jedną z najpiękniejszych, a po zagładzie przez długi czas pozostawała bezpieczna. Teraz pojawiło się na niej śmiertelne niebezpieczeństwo.

Artem, młody mężczyzna z WOGN-u, otrzymuje zadanie: musi przedostać się do legendarnej stacji Polis, serca moskiewskiego metra, aby przekazać ostrzeżenie o nowym niebezpieczeństwie. Od powodzenia jego misji zależy przyszłość nie tylko peryferyjnej stacji, ale być może całej ocalałej w metrze ludzkości.

RECENZJA: Metro 2033 to przepięknie koszmarna i fenomenalnie mroczna opowieść science fiction. Fascynująca i trzymająca w napięciu post apokaliptyczna wizja Rosji, gdzie niedobitki ludzkości walczą o przetrwanie chroniąc się od dziesiątek lat w tunelach dawnego moskiewskiego metra. Dmitry Glukhovsky bardzo obrazowo i malowniczo opisuje życie na kilkunastu stacjach kolei podziemnej, ten nowy, niezwykły świat, gdzie ludzie zmagają się z niezliczonymi wprost przeciwnościami, próbując wciąż desperacko trzymać się starego i znanego im schematu życia. Każda stacja to miniaturowe państwo z odrębną polityką, celami i ideologia, fanatycznie i zagorzale walczące o własna niepodległość. Wybuchają i toczą się tutaj wojny, zawierane są sojusze i rozejmy, tworzą się koalicje i układy. Na skale przemysłową rozwinięto uprawę grzybów i hodowlę zwierząt gospodarskich, w tym świń i kur, kwitnie handel przedmiotami zdobytymi z ogromnym trudem i przy narażeniu życia na powierzchni ziemi, a stalkerzy którzy się tym zajęciem trudnią otoczeni są aurą mistycyzmu i każdy niemal chłopiec choć przez chwilę marzy by w dorosłym życiu zostać jednym z nich.  

Pomimo niezwykłej pomysłowości i zawziętości ocalałych z kataklizmu nuklearnego, życie w metrze jest dalekie od sielankowego. Brakuje tutaj niemal wszystkiego, od światła dziennego zaczynając, do elektryczności i żarówek przez funkcjonującą kanalizacje aż po leki i lekarzy a na rzeczach codziennego użytku skończywszy.  W podziemiach nie istnieją pory roku, nie ma ciepła promieni słonecznych ani chłodu cienia. Nie ma wiatru ani deszczu, mknących po błękicie nieba białych obłoków czy gwieździstego firmamentu nocą. 

Urodzone po wojnie dzieci nigdy nie widziały śniegu ani zachodu słońca, nie poczuły ciepłego wiatru smagającego ich policzki i niosącego zapach deszczu ani zimnej porannej rosy na gołych stopach.  Nigdy nie dotknęły dłonią trawy, nie widziały wysokich, cicho szumiących drzew ani kwitnących kwiatów. Nie słyszały śpiewu ptaków, brzęczenia os, nie widziały lasu i gór ani bezkresnych, otwartych przestrzeni pól i łąk. Ich całym światem są duszne, wąskie, podziemne tunele oraz wyniszczone stacje metra. Ciemność i strach. I żadnej nadziei na ratunek.

Wizja ta jest do głębi przejmująca, ponura i złowieszcza i bardzo silnie działa na wyobraźnie. Przez wiele dni nie mogłam przestać myśleć o tym apokaliptycznym, przygnębiającym życiu. W takim świecie nietrudno uwierzyć w demony i potwory i dać się przekonać, że jedyną nadzieją ludzkości jest żyć jak szczury pod ziemia a każda istota zamieszkująca powierzchnie musi być wrogiem czyhającym tylko na okazje by unicestwić nasze życie. 

Z powieści Glukhovsky epatuje nie tylko wspomniany już strach, ale też smutek i niewysłowiony żal za utraconym światem. Książka jest jedna wielką tęsknotą za tym, co sami bezmyślnie i zdaje się ze bezpowrotnie zniszczyliśmy. 

Genialnie wykreowany świat metra, poczucie nadciagającej zagłady, beznadzieja egzystencji i desperackie próby jej ocalenia, to najmocniejsze strony tej książki. Zakończenie zaskakuje, pogrąża nas niemal w rozpaczy i sprawia ze tracimy resztki jakiekolwiek nadziei na lepszą przyszłość. Aż do epilogu.


Metro 2033 to fenomenalna książka, jeśli jesteście tak jak ja wielbicielami dystopijnych historii o zagładzie ludzkości. Wciągnie was, zachwyci, przerazi i pogrąży w rozpaczy aż nie będziecie mogli wyjść z podziwu. A potem podaruje wam iskierkę nadziei. Cztery gwiazdki!

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



piątek, 18 maja 2018

Żmijowisko, Wojciech Chmielarz

MOJA OCENA

OPIS: Grupa trzydziestolatków, przyjaciół ze studiów, co roku wyjeżdża wspólnie ze swoimi rodzinami na wakacje. Tym razem trafiają do zagubionej wśród jezior i lasów agroturystyki w niewielkiej wsi Żmijowisko. Bawią się jak zwykle – odreagowując stres szybkiego wielkomiejskiego życia. Jest alkohol, są narkotyki. A także skrywane od lat urazy, dawne uczucia i wzajemne pretensje.
Podczas jednej z mocno zakrapianych imprez ktoś kogoś prawie topi. Wywiązuje się kłótnia, podczas której otwierają się dawne rany. Następnego dnia córka jednej z par, piętnastoletnia Ada, znika. Pomimo poszukiwań nikomu nie udaje się jej odnaleźć. Rozpływa się w powietrzu.
Rok później jej ojciec wraca do Żmijowiska, by podjąć ostatnią próbę odnalezienia córki.

"Ada była ciągle najważniejsza. Każdego dnia o niej myślałem, każdego. O tym, co się stało. O tym, co moglibyśmy zrobić inaczej."
Przez te dwanaście miesięcy znienawidziła go cała Polska. Ale – jak się okazuje – nie wraca tam sam…

"Żmijowisko" to opowieść o tragedii, która niszczy. O rodzinie, która musi stawić czoło próbie przekraczającej ludzkie wyobrażenia. Uczuciach, które trwają pomimo mijających lat i nie niosą pocieszenia. Zdradzie, bólu i miłości. Strachu, zbrodni i karze. O tym, ile jesteśmy w stanie zrobić dla naszych dzieci i jak wiele nas to kosztuje.

RECENZJA: Tym co lubię najbardziej u Wojciecha Chmielarza jest to, że się w swoich książkach nie spieszy. Nie chodzi mi przy tym o szybkość ich pisania a o rozwój fabuły.  Wojtek jest skrupulatny i precyzyjny bez popadania w nudna drobiazgowość. Sposób w jaki maluje swoich bohaterów, ich osobowości i nastroje, ich trudy i zmagania, otaczająca ich rzeczywistość a nawet krajobrazy, jest rozmyślny i nieprzypadkowy i metodycznie, konsekwentnie prowadzi nas do ustalonego przez autora celu. Fabuła książki posuwa się naprzód zupełnie tak jak życie bohaterów: niby niespiesznie a jednak nieubłagalnie i nieuchronnie zbliża się ku przejmującemu finałowi. Akcja jest wartka, ale nie pędzi na oślep na złamanie karku i nie zostawia w tyle wiarygodność opowieści. 

To co mnie w książce uderzyło chyba najbardziej to prozaiczność popełnionej zbrodni, jej przypadkowość i głupota.  Jak niezwykle bezsensowna jest ta tragedia, jak być może łatwa do uniknięcia, gdyby ktoś z naszych bohaterów zebrał się na odwagę i w końcu zdecydował na szczerość. To opowieść o błędach i żalu, chowanych głęboko urazach, zmarnowanej młodości, niewykorzystanych szansach i toksycznym poczuciu obowiązku. 

"Żmijowiska" nie mogłam odłożyć. Wciągnęło mnie absolutnie i totalnie i po prostu musiałam dowiedzieć się jak to się wszystko skończy. A kończy się szokująco. Wyrywa serce i zostawia po sobie pustkę. Czyli tak jak w dobrym thrillerze być powinno. Biegnijcie do księgarni! Potrzebne wam "Żmijowisko"!

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa


piątek, 4 maja 2018

Grzech (Komisarz Eryk Deryło #1), Max Czornyj

MOJA OCENA☆☆

OPIS: W Lublinie dochodzi do serii zaginięć. Ktoś porywa kobiety, a ich rodziny otrzymują tajemnicze listy. Do sprawy zostaje przydzielony wybuchowy komisarz Eryk Deryło.
Gdy znalezione zostają pierwsze zwłoki, na miasto pada strach, a presja wywierana na lubelską policję rośnie.
Tropy mnożą się i plączą. Krąg podejrzanych się poszerza.
Strach przeradza się w panikę. Ciało kobiety zostało okrutnie zbezczeszczone, z rozmysłem upozowane i porzucone na jednym z lubelskich cmentarzy. Morderca przez cały czas znajduje się o krok przed ścigającą go policją.
Do sprawy włącza się Miłosz Tracz, profiler mający za zadanie przygotować portret psychologiczny sprawcy.

Czy okoliczności, w jakich porzucane są ciała, mają znaczenie? A może wyraźne, bluźniercze nawiązania do symboliki religijnej stanowią jedynie próbę zmylenia pościgu?
Jedno jest pewne, zapłatą za grzech jest śmierć.

RECENZJA: "Grzech" Maxa Czornyja skończyłam czytać trzy tygodnie temu, tuż przed wyjazdem na krótki urlop. Zrobiłam notatki z książki a napisanie recenzji postanowiłam odłożyć do momentu powrotu z wakacji. To z kolei przeciągnęło się nieco w czasie, bo jak to zazwyczaj bywa pojawiło się kilka pilniejszych do ogarnięcia spraw i dopiero dziś usiadłam by ową recenzje napisać. 

Po przejrzeniu notatek ze zdziwieniem stwierdziłam, że stosunkowo niewiele z tej lektury pamiętam.  Pamiętam porwane i torturowane młode kobiety, ogromna ilość okrucieństwa i zmasakrowane ciała. Pamiętam pokręconego księdza, który nie jest księdzem oraz prowadzącego śledztwo niemłodego, zmęczonego i nieco wypalonego komisarza Deryło, do którego od razu poczułam sympatie. Swoją drogą ciekawa jest u mnie ta natychmiastowa przychylność i wręcz gustowanie w tego właśnie typu postaciach detektywów i komisarzy.  Starych wyjadaczach chleba, doświadczonych, zmęczonych praca i doświadczeniami, gderliwych i wybuchowych a jednocześnie całkowicie oddanych pracy i piekielnie skutecznych. Kiedy spotykam takiego bohatera w książce natychmiast zostaję jego wierną fanką. 

Fabuła książki posuwa się dość wartko, dochodzenie jest intensywne, przestępca popaprany, zbrodnie ohydne a pomimo to, opowieść nieszczególnie zapada w pamięć. Jej najsłabszym punktem zdecydowanie jest zakończenie, gdzie kulminacyjny moment jest zupełnie pozbawiony intensywności, rozmywa się, rozpada na kawałki i nie bardzo chce trzymać się kupy. Czegoś tu mocno brakuje a w wyjaśnieniu motywów zbrodni mam wrażenie, że autor poszedł trochę na łatwiznę lub może po prostu zabrakło mu pomysłu na mordercę. Książka sama w sobie nie jest zła, choć jest niezwykle brutalna i krwawa i jak dla mnie, brakuje jej spójnego wytłumaczenia zawartych w niej okrucieństw. Powiedziałabym, że jest to niezła pozycja na weekend lub wakacje, jako coś szybkiego i jednocześnie intensywnego do poczytania.

W swoim debiucie literackim Max Czornyj  pokazał jednak duży potencjał wiec z pewnością sięgnę po jego kolejna książkę.  Trzy gwiazdki.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa



czwartek, 3 maja 2018

Nawiedzony dom na wzgórzu, Shirley Jackson

TłumaczenieMaria Streszewska-Hallab

MOJA OCENA★☆☆

OPIS: „Wejście do Domu na Wzgórzu przypomina wkroczenie w głąb umysłu szaleńca; wkrótce sami zaczynamy popadać w obłęd” – Stephen King

Do starego, mrocznego i owianego złą sławą domu na wzgórzu przybywają cztery osoby: doktor Montague – znawca okultyzmu, szukający żelaznych dowodów na istnienie zjawisk paranormalnych, jego śliczna asystentka, Eleanor – młoda kobieta posiadająca sporą wiedzę na temat duchów, a także Luke – przyszły spadkobierca rezydencji. Z początku wydaje się, że będą mieć do czynienia jedynie z niewytłumaczalnymi odgłosami i zamykającymi się samoistnie drzwiami. Jednak tak naprawdę mroczny i tajemniczy dom cały czas gromadzi siły, by wybrać spośród śmiałków swoją ofiarę.

Nawiedzony dom na wzgórzu zaliczany jest do najważniejszych powieści grozy wszech czasów. Utwór doczekał się dwóch kinowych ekranizacji, a w 2018 roku ukaże się serial produkcji Netflix.

RECENZJA: Dziś trudno mi uwierzyć, że jeszcze kilka tygodni temu bałam się zacząć "Nawiedzony dom na wzgórzu".  

Zanim sięgnęłam po tę lekturę, naczytałam się kilku recenzji wychwalających ją jako mistrzostwo gatunku, więc nastawiałam się na mocna, gotycka opowieść z duchami. Taką na której będę się bać i nie będę mogła spać po nocach, co mi nad wyraz łatwo przychodzi. Z tego powodu po horrory sięgam dość rzadko, a kiedy już się na nie zdecyduję, wzbieram książki w których, obok przerażających strachów, znajdę naprawdę świetnie napisane postacie i ciekawą fabułę. Według recenzji, opowieść Jackson spełniała wszystkie te wzmagania. 

Jakie było więc moje rozczarowanie, kiedy po przeczytaniu połowy książki, nie natrafiłam na ani jeden groźny lub wypełniony strachami fragment. Co więcej, w całej historii znajdują się zaledwie dwie sceny, w których dzieje się coś złowrogiego, co można zaliczyć jako upiorne i nadprzyrodzone. Cała reszta książki to snucie się bohaterów po domu, popijanie brandy i prowadzenie całkowicie pozbawionych sensu dialogów. Te ostatnie przyprawiały mnie o mdłości i sprawiały ze miałam ochotę wydrapać sobie oczy, byleby już tych bredni nie czytać. 

Skąd się te beznadziejne rozmówki wzięły? Czy jest to wynik nieudolnego tłumaczenia z oryginału czy może takie sztuczne twory są dziełem autorki? Nie wiem i nie mam zamiaru tego sprawdzać. Nie dałabym rady przeczytać tej książki jeszcze raz, nawet w oryginale. 

Bohaterowie też niestety tej książki nie ratują. Eleanor jest miałka, niemrawa, pozbawiona własnego zdania i jakiejkolwiek osobowości, dziecinna i nużąca. Theodora jest pewna siebie, arogancka, wyniosła i niesympatyczna. To właśnie te dwie postacie wypowiadają w książce najbardziej idiotyczne i irytujące kwestie, sprawiając wrażenie nieskończenie głupich, niedorzecznych i odpychających. Nie mogłam znieść ani jeden ani drugiej. 

Mężczyźni są w porównaniu z kobietami bezbarwni i nijacy. Luke to rozpuszczony kobieciarz, któremu wydaje się ze ma ciężkie życie a o doktorze Montague wiemy tylko tyle, że zajmuje się badaniem zjawisk paranormalnych i jest całkowicie zdominowany przez swoją gburowatą żonę. Jako samozwańczy ekspert od zjawisk metafizycznych, nie wnosi on absolutnie niczego do tej historii, poza nakłonieniem naszej gromadki do spędzenia czasu w nawiedzonej posiadłości i okazuje się być całkowicie bezużyteczny.

Narracja książki prowadzona jest z perspektywy Eleanor,  gdzie w miarę postępu fabuły  obserwujemy jak dom, czy raczej zło panoszące się w nim, przejmuje powoli i stopniowo umysł dziewczyny. Nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, że koszmarny dwór na swoją ofiarę wybrał właśnie Eleanor – jest ona zdecydowanie najbardziej naiwna i ograniczona z naszej czwórki bohaterów i sprawia niekiedy wrażenie upośledzonej umysłowo. Stanowi łatwy cel.

To czego mi w tej książce brakuje, oprócz interesujących bohaterów to jakiejś intensywnej, gwałtownej kulminacji, jakiegoś zwieńczenia narastającego powoli napięcia. To opisane w końcówce jak dla mnie nie jest wystarczające i reakcje bohaterów na wydarzenie niewspółmierne. Samo zakończenie zaskakuje, ale z nóg nie zwala. Niczego nie wyjaśnia, w nic się nie zagłębia, jest powierzchowne i niedostateczne i zostawia nas z poczuciem niedosytu. Jak zresztą cała historia.


Jako klasyk, "Nawiedzony dom na wzgórzu" na pewno można przeczytać. Jako horror lub choćby dreszczowiec, niestety rozczarowuje.

*źródło opisu ksiazki: materialy wydawnictwa